
Ciepły wietrzyk muska mi stopy,
Piętnasty marca, idą roztopy.
Wiszę tak sobie w moim ogrodzie,
Przy pięknej pogodzie.
Żona odeszła, dzieci zabrała,
Psa mi otruła, go nie kochała.
Koledzy z firmy, też już nie dzwonią,
Zaczynam cuchnąć, śmiertelną wonią.
Wiszę już dobre cztery tygodnie,
Tracę na wadze, lecą mi spodnie.
Nos mi się zapadł, niczym po kile,
Tak mi mijają, wisielcze chwile.
Raz piłka wpadła dzieciom zza płotu,
Myślałem wreszcie, koniec kłopotu.
Lecz mała dziewczynka mnie rozbujała,
Nosek zakryła, do dzieci pognała.
Nic mnie nie boli, prócz samotności,
Nikt prócz much czerwi, u mnie nie gości.
Wszyscy mi bliscy, mają mnie w dupie,
Nikt nie pomyśli o moim trupie.
Sznur mi się wżyna w mą siną szyję,
Cieknę od środka, ciało mi gnije.
I tylko czasem na widok księżyca,
Zastygła krew wraca w me lica.
Myślę ach wtedy o moich wspólnikach,
bankach, skarbówce i komornikach.
O samochodach, zegarkach i garniturach
I na ich karkach wiszących sznurach.
W pięknym ogrodzie, na grubym sznurze;
Wisi biznesmen w swym garniturze.
Coś tam na koncie się nie zgadzało
I teraz wrony szarpią mu ciało.
Desperat
Wszedł na parapet,
Okno otworzył,
Jęknął – Niewierze!
Był na parterze.
Papierosy
Bo w papierosach jest siła ukryta
Co nad palaczem wieko zamyka.
Powiedział człowiek, który nie palił
I na białaczkę kitę odwalił.
Przebudzony
Chciał wstać z pościeli
do toalety,
Bo go przyparło dość mocno
niestety.
Lecz zamiast dźwignąć swe wątłe
ciało,
Walną się w czoło, aż w koło
zagrzmiało.
Spojrzał na boki, pomyślał przez
chwilę,
I pojął roztropnie, że leży
w mogile.
Nekrochwile (jak motyle)
Dwadzieścia lat, nie więcej,
Zatruła się w łazience,
Tak blado-trupie wdzięki,
Przywieźli mi z łazienki.
Poznałem ją w szpitalu,
Nie żyła od dni paru,
Jej nagie, zimne ciało,
W lodówce spoczywało.
Prosektoryjnych pieszczot chwile,
Nim złożą cię w mogile,
Ja obok nago leżę,
Nim ziemia cię zabierze.
Jej zgrabne, młode ciało,
Przede mną coś skrywało,
Już się za sekcję brałem,
Gdy w niej się zakochałem.
Tak przytuleni razem,
Ona zatruta gazem,
I moje ciepłe dłonie,
Na jej śmiertelnym łonie.
Prosektoryjnych pieszczot chwile,
Nim złożą cię w mogile,
Ja obok nago leżę,
Nim ziemia cię zabierze.
To co w niej najbardziej cenie,
To właśnie jej milczenie,
Otwartość na wyzwania,
Bez krztyny odczuwania.
I choć mnie nie obejmie,
Nie powie: zrób to głębiej,
Nie krzyknie: ty ogierze!
Ja w naszą miłość wierze.
Prosektoryjnych pieszczot chwile,
Nim złożą cię w mogile,
Ja obok nago leżę,
Nim ziemia cię zabierze.
I choć cię moja miła
Do grobu śmierć złożyła,
Ja ciągle cię wspominam
Gdy serca z ciał wycinam.
A nocą w samotności,
Jak schabowy bez kości,
Jak lampa bez żarówki,
Zaglądam do lodówki.
Prosektoryjnych pieszczot chwile,
Nim złożą cię w mogile,
Ja obok nago leżę,
Nim ziemia cię zabierze.
Rada grabarza
Wszystkich Świętych i Zaduszki,
Przyłóż czaszkę do poduszki,
Wsłuchaj się w wieczoru trzaski,
Jęki, zgrzyty, straszne wrzaski.
To jesienni kolędnicy:
Strzyga, upiór, trup z kostnicy.
Dzwonią śnieżnobiałe kości,
Czas cmentarnej to radości.
Znicze ogniem hen strzelają,
Dzieci trumny otwierają.
Groby wszystkie wypełnione,
Pięknie kwieciem ozdobione.
Ach listopad, zmarłych czas,
Wkrótce czeka to i nas.
Pomyśl w końcu o przyszłości,
Gdzie położysz stare kości.
Zanim będziesz zimny trup,
Bierz łopatę, kop se grób.
I gdy kiedyś przyjacielu miły,
Kłaść cię będą w dół mogiły,
Ty raz jeszcze zdziwisz uszu wiele,
Krzycząc: „Kurde! Patrzcie, ale mam kwaterę!”

















