
Pomyślałby kto, że po dwóch latach może ogarnie się ten chaos. Złapało i ścisnęło. Trochę nie mogłam uwierzyć, że po 2 latach pandemii, pełnym zaszczepieniu (w oczekiwaniu na dawkę dodatkową), złapało, ścisnęło.
Naprawdę chciałam wierzyć, że to grypa.
Stan mięśni: Ból
Gardło: Ból
Głowa: Ból
Ale przecież węch jest.
Ale przecież smak jest.
Pozytywny wynik również.
Przepadło.
Przepadłam.
Dzień I
Ogólne osłabienie, chyba coś nadchodzi, a może to zwyczajnie zmęczenie codziennymi mailami, rozmowami, zimową ciemnością i głuchością. co to będzie? Nie wie nikt. Funkcjonuję w miarę normalnie, pracuję, zajmuję się kotem, zajmuję się sobą.
Dzień II
Zaczyna się poważniej, całe ciało mnie boli (może to moja własna droga krzyżowa, a może to Mikołaj mnie kara). I tak sobie leżę i klikam, z nadzieją, że ktoś odklika, że już wkrótce, już niedługo będzie lepiej. Idę po śniadanie. O 14.00, bo wcześniej by nie weszło. Wracam i zanim je skonsumuję, kładę się, by trochę odpocząć. Po jedzeniu to samo. Już mam dość, bo braknie mi sił na wykonywanie codziennych obowiązków. Chyba zgodzicie się ze mną, że bezsilność w rankingu najgorszych uczuć uplasowuje się wysoko, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że najwyżej. W erze dzisiejszego pracoholizmu, czuję, że nie nadaję się do życia w społeczeństwie, jak obywatele Dubaju, którzy przestają pracować i przestają zarabiać. System emerytalny? Że co, proszę?
Dzień III
Stan fizyczny – bez zmian, po południu węch zaczyna szwankować. Trochę klikam, czytać nie dam rady, bo trochę mi w głowie pulsuje, rozkojarzenie poziom wysoki. Irytacji i znudzenia – podobny. To tak, jakby matka obiecała sanki i walkę na śnieżki, a Ty z katarem zostałeś/łaś uwięziony/na. I tak sobie leżę. W końcu nadszedł czas, w którym mogę odpocząć bez poczucia winy, które sama na siebie nakładam, ale nie, to się jednak nie uda, tak jak dzisiaj moja druga kawa zamiast zaspokoić moje usta, zaspokoiła podłogę. Lubię dawać, oczywiście, ale co moje, to moje. Czarny kubek do kawy z żółtym wnętrzem służy wyłącznie do picia kawy. Chyba, że jest kubkowy kryzys, to i ja mam kryzys. Teraz wszakże nadszedł kolejny. Jak sobie poradzić z nicnierobieniem?
Dzień IV
Hulaj dusza…piekło istnieje. Wszystkie mięśnie, bez wyjątku nadal spięte, to i ja się spinam niepotrzebnie. Czas wstać i coś zrobić. Okej, udaje się, ale teraz trzeba chwilę poleżeć. I tak to wygląda moje życie. Spacer do łazienki? Odpoczynek w łóżku. Wyprawa do kuchni po jabłko? Odpoczynek w łóżku. Staram się z każdego dnia robić więcej, ale mało więcej mogę. No dobrze, pogapię się jeszcze chwilę w sufit, może aktywuję drzemkę. Budzę się po dwóch godzinach. W końcu udało się coś osiągnąć! Chęć do życia i walki powróciła. Życie znowu ma sens.
Dzień V
Postanowione – wracam do żywych i mam nadzieję, że moje narządy wewnętrzne również. System emerytalny w Polsce jest, więc jest i po co żyć i pracować. Tak, to będą piękne lata.




















