
Zupełnie niedawno, brytyjska aktorka Karla Marie Sweet napisała na swoim Twetterze:
„W tym kraju jest tylu świetnych aktorów o kolorze skóry innym niż biały, którzy byliby świetni w „Czarnobylu”. Chyba jestem po prostu zawiedziona, że kolejny hitowy serial z potężną obsadą udaje, że ludzie o różnym kolorze skóry nie istnieją.”
Wpis ten spotkał się głównie z krytyką. Trudno było zrozumieć, o co tak na prawdę pani aktorce chodzi. Teraz, przy okazji nowej produkcji Channel 5 „Anna Boleyn” dyskusja o granicach poprawności politycznej rozgorzała na nowo. Słusznie, czy nie słusznie?
No to teraz ja.
Radykalizm czy fałsz, nie jest tylko domeną brunatnej prawicy. Niestety, potrafi też być czerwony, zielony, a nawet tęczowy. A kłamstwo na samym końcu, obraca się przeciwko tym, którzy po nie sięgają, nawet w słusznej sprawie. I najwspanialsze idee zawalą się, jeśli oparte są na lichych fundamentach.
Tak jak wielki wódz i wojownik Zulus Czaka, od którego brali po dupie Brytyjczycy (uwielbiam gościa), nie był jasnowłosym Skandynawem, tak Anna Boleyn, druga żona króla Henryka VIII Tudora nie pochodziła z Afryki.
Ktoś powie, że na przykład taki „Tron we krwi”, japoński film z 1957 był adaptacją „Makbeta” Williama Shakespeare’a, który przecież widział swoich bohaterów przez pryzmat sobie współczesnych Anglików. No tak, ale Kurosawa przeniósł angielską sztukę ze Szkocji do piętnastowiecznej Japonii, a główny bohater – samuraj Washizu – grany był przez Toshirō Mifune, a nie przez Gregory Pecka.
A co z filmami z gatunku fantasy, gdzie mamy do czynienia z postaciami niemającymi swych odpowiedników nie tylko w historii, ale w ogóle w świecie realnym? Wszystko jest zmyślone – czas, miejsce, superbohaterowie. I tu oczywiście nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Nawet nordycki bóg Heimdall grany przez Idrisa Elba’e, jest w historiach Marvela dla mnie czymś naturalnym, pozbawionym kontrowersji i po prostu świetnym. A tak na marginesie. W „Czarnej panterze” kolejnym filmie z uniwersum „Avengers”, króla Wakandy – mitycznego super państwa afrykańskiego – grał nieżyjący już czarnoskóry aktor Chadwick Boseman, bo było to oczywiste i jednoznaczne dla zachowania wiarygodności nawet fikcyjnej postaci. Nikomu do łba by nie strzeliło, aby obsadzić w tej roli Ryan’a Goslinga.
Może to kwestia wieku, może przykładam zbyt dużo wagi do historycznych detali? Może to tylko film, a Jodie Turner-Smith, jest po prostu kolejną aktorką wcielającą się w postać nieszczęsnej żony Henryka VIII. Może. Ale ja, jeśli pozwolicie, będę stał jednak na stanowisku, że tolerancji i szacunku, nie zbuduje się na radykalizmie, kłamstwie i ignorancji. Wręcz przeciwnie, takie zabiegi wywołują u mnie uczucie nachalnej indoktrynacji, która jest zupełnie zbędna. Karykatura idei, jak karykatura portretu – zaczyna się zawsze od przedobrzenia.
Ps. John Wayne grający Genghis Khana też do mnie nie przemawia.


















