To zdanie lapidarne, ale i wszechobejmujące główną bohaterkę Romę Dąbrowską, 69-letnią poetkę, która poznajemy, gdy przycupnęła na przystanku między istnieniem a nieistnieniem, i próbuje dokonać życiowego bilansu. A ów – jak niemal zawsze! – nie tylko nie wykazuje zysków, ale nijak nie chce wyjść bodaj na zero.
Powiem od razu, że powieść Rudzkiej jest świetnie napisana. Co chwilę skrzy się od błyskotliwych zdań, łączących inteligentny sarkazm z poetycką tkliwością. Jest też mądra, bo pokazuje życie ludzkie w jego wielowymiarze. Jest nietuzinkowa, bo idzie w poprzek łatwych rozwiązań dramaturgicznych. Jest wreszcie – niosąc prawdę, której wolelibyśmy nie poznawać – bolesna.

A prawda ta brzmi następująco: nie dość, iż musimy targać na plecach syzyfowy kamień własnej egzystencji, to jeszcze przygniatają nas do ziemi uwikłani w ból i cierpienie nasi antenaci. I właśnie ów zwrot w stronę myśli wybitnego niemieckiego psychoterapeuty Berta Hellingera (która mówi, że losy każdego człowieka są determinowane przez traumatyczne doświadczenia jego przodków, także tych niepoznanych osobiście), wydaje mi się w powieści Rudzkiej najciekawszy.
I tak – stojąc na przystanku „starość” – poetka Roma Dąbrowska zadaje własnemu życiu szereg dotkliwych pytań, na które nigdy nie dostanie odpowiedzi. Znamy je za to my, czytelnicy, bo pisarka Zyta Rudzka, mocą swojej twórczej omnipotencji, pozwoliła nam je poznać. Wszelako wiedząc o poetce Dąbrowskiej więcej niż ona sama wie o sobie, doświadczamy jednocześnie nieprzyjemnej konstatacji, że we własnym życiu pozostajemy równie ślepi, co bohaterka „Krótkiej wymiany ognia”. Bo – tak jak i ona – możemy się czytać wyłącznie od środka, a stamtąd widać mniej.
Zyta Rudzka, „Krótka wymiana ognia”, Wyd. WAB, Warszawa 2018.


















