Liczą się chęci? – Pezet – Muzyka Współczesna

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Większość albumów hip-hopowych opiera się na dwóch symbiotycznych portretach – artysty-autora i artysty-podmiotu lirycznego, aktywnie biorącego udział w mozolnie budowanej, komentującej codzienność narracji. Powracający z niebytu Pezet zawarł na “Muzyce Współczesnej” nawet nie dwie, a trzy takie audytywne ryciny, uzupełniając stały rapowy dualizm o jeszcze jednego bohatera – egzystujące niczym żywy organizm miasto.

Triumwirat pana Pawła spaja jedna, wyraźna myśl przewodnia. Otóż, każdy z protagonistów wierzy w samodzielnie wyśnioną rzeczywistość, która nijak ma się do meritum świata zewnętrznego. Zresztą, wątek mitomanii dobrze współgra z kreatywną kondycją Warszawiaka. Mam wrażenie, że kultowy w pewnych kręgach raper, ostatnie siedem lat spędził głównie na wyobrażaniu sobie rewolucji, jaką wywoła ten krążek. Niestety, chyba nie starczyło mu czasu, żeby tę wizualizację wprowadzić w życie i dlatego wartość poszczególnych utworów można mierzyć wyłącznie trybem przypuszczającym.

Zacznijmy od postaci Pezeta-rapera. Uważa się za półboga robiącego przysługę całej scenie swym wielkim kontratakiem, a tak naprawdę niemal każdy zaproszony kolega zjada tę nadludzką kreację bez mrugnięcia okiem. Pozbawione polotu zwrotki przedstawiają słuchaczowi nie żadnego Krakena czy Cthulhu, a raczej płotkę, której jedynym znakiem rozpoznawczym są manieryczne spójniki zdobiące krawędzie wersów. Członek formacji Płomień 81 twierdzi także, że wciąż nadąża za nowoczesnymi trendami. Nawiązuje więc do “Testing” Asapa Rocky’ego, pożyczając całą gamę brzmień lat dziewięćdziesiątych, od klasycznego samplingu, aż po klubową elektronikę doprawioną odrobiną świeższych, futurystycznych aranżacji. Jednak cała ta iluzja gatunkowej otwartości pęka jak bańka mydlana, gdy bezbarwne, konserwatywne flow stołecznego MC potyka się o bardziej powykręcane podkłady. Najlepsze momenty albumu, ściśle scalone z tradycjonalistyczną rytmiką, obnażają gościa znającego tylko stare sztuczki.

Emploi Pezeta-podmiotu lirycznego kontynuuje filozofię wiary w złudzenia. Rymowane historie snuje tu zagubiony chłopak, uwięziony w ciele prawie czterdziestoletniego faceta. Protagonista wciąż poszukuje miłości i wciąż spotyka go rozczarowanie. Być może wynika to z bezduszności XXI wieku, ale ja stawiałbym raczej na skrajną emocjonalną niedojrzałość. Ciężko kibicować mi poczynaniom postaci konstruującej wizję relacji międzyludzkich w oparciu o instagramową metaforykę, gdzie kluczowym toposem są “różowe włosy w kolorze bubblegum”. Uczucie, seks, śmierć – każdy z tych wątków główny bohater traktuje co najwyżej pretekstowo, jakby oczekiwał oklasków za sam fakt liźnięcia tematu. Ponadto, obowiązkowe dla panteonu herosów hip-hopu retrospekcje nocnego życia porażają banalnością, jakiej nie spodziewałem się po rapowym albumie. Niby nasz narrator ma tytuł imprezowego profesora (jak prawie wszyscy jego koledzy po fachu), lecz sprzedaje tę wiedzę z werwą 60-letniego wykładowcy, który jest o jedną kawę do tyłu.

Ostatnia reprezentantka trio, czyli warszawska metropolia to figura z kartonu, przywołująca na myśl tegoroczny album Taco Hemingwaya (który zresztą pojawia się także tutaj) albo “Ślepnąc od świateł” Jakuba Żulczyka. Przypomina bezkształtną masę, trzymaną w ryzach przez naskórkowe przymiotniki, które nigdy nie spędziły choćby sekundy w objęciach betonowego krajobrazu. Pezet stawia na piedestale scenerię złożoną ze styropianowych znaków szczególnych i usilnie próbuje wmówić odbiorcom, że dostają dobrą, reportażową robotę. Tożsamość ulicznego pejzażu określa estetyka wypolerowanej reklamy telewizyjnej, dla niepoznaki lekko przyprószonej lukrowanym brudem.

Powrót Pezeta jest niestety artystycznym zmartwychwstaniem na pół gwizdka. Pod pozorami innowacyjności, “Muzyka Współczesna” ukrywa treści znajdujące się zdecydowanie poniżej tolerowanych granic przeciętności. Szósty solowy projekt Pawła z Ursynowa fantazjuje sobie o efektownym nokautowaniu słuchacza, ale niedostatki warsztatowe oraz merytoryczne lenistwo autora uniemożliwiają imaginacjom przeprowadzkę do świata realnego.

Reklama