Nikifor, za życia zwany Krynickim, po śmierci zidentyfikowany jako Epifaniusz Drowniak, życie poświęcił malarstwu w pełni. Bo też nie rozpieszczało go zanadto, nie pozostawiając wiele miejsca na inne formy swego przeżywania, samorealizacji, celebry. Zrodzony w wiecznym niedostatku, jako syn nędzarki Eudokii Dworniak, z ojca nieznanego, być może malarza, wykluczony dodatkowo niedomaganiami fizycznymi (niedosłyszał, mówił niewyraźnie) i – w oczach świata – umysłowymi. Pełnię siebie odnalazł w odmalowaniu świata z przenikliwością i wrażliwością człowieka, którego nie stać było na luksusy rozproszeń.
Sam siebie cenił słusznie na tyle, że twórczość swą zwykł podpisywać jako Matejko. Zachwytem nad sobą zaraził Herberta – do tego stopnia, że ten oddał mu hołd wierszem. Za swego mistrza uważał go Dwurnik (datując swą twórczość od 13.06.1965, czyli „Rysunku nr 1” sporządzonego pod wpływem Nikiforowego obrazu zobaczonego w Kielcach). W filmie Krauzego brawurowo wcieliła się weń Krystyna Feldman.
My natomiast możemy w Muzeum Etnograficznym oglądać dziś ponad 130 jego dzieł zebranych na wystawie określającej Nikifora mianem „Malarza nad malarzami” (do 27.02). Prezentowane prace odzwierciedlają szerokie spectrum nikiforowych wizualnych zainteresowań. Jest więc przede wszystkim architektura: miejska i fantastyczna, dworcowa, wille, cerkwie, kościoły, pensjonaty. Są pejzaży krynickie i wsi okoliczne. Są święci, kościoły, jest i sam twórca. Miał zwyczaj samoobrazować się w licznych wcieleniach. Obdarowało go życie skąpo losem ograniczonym, sam więc pomnażał sobie dostępne życiorysowe opcje jak najlepiej potrafił. Przypisując sobie wdzięczne role świętego, duchownego, urzędnika, sędziego, cz najtrafniej: wielkiego malarza (oraz mojego na tej wystawie faworyta: jegomościa wznoszącego toast za miasto, z wysokości jednego z jego dachów, kufelkiem piwa).
Napędzany niepohamowaną potrzebą ekspresji malował nieraz na czym popadło: odwrotach druków urzędowych, opakowaniach po czekoladzie, papierosach. I to na wystawie widać, w pracach eksponujących tak front, jak obrazowe kulisy, na których zwykł niezrównany samouk odbijać czasem pieczęć, podbijając ich rangę.
Na koniec i zachętę niech przemówi sam artysta krynicki, ten kolorystyczny wrażliwiec, słowami z listu, spisanego dla niepiśmiennego artysty przez osobę życzliwą: „Obrazki moje na zawsze po mnie zostaną. A są inne od innych, bo są moje własne. Proszę, przypatrzcie się im bliżej”.
Fot. Przemysław Walczak, PME






























