Oscary to wrestling

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kilka dni temu cały świat wstrzymał oddech na wieść o nominacjach do tegorocznych Oscarów. Jak to zwykle bywa, gdy Akademia ogłosiła listę wyróżnionych tytułów, internet został zalany falą postów o niesprawiedliwie pominiętych dziełach. Nie zabrakło również opinii zajadle krytykujących ideę imprezy skoncentrowanej przede wszystkim na atrakcyjnych komercyjnie superprodukcjach.

Skoro więc ta uroczystość jest właściwie powszechnie uznana za nieistotne targowisko próżności elit, to dlaczego co roku przynajmniej przez parę miesięcy utrzymuje się na wąskiej liście topowych medialnych tematów?

Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w eseju francuskiego filozofa Rolanda Barthesa na temat amerykańskiego wrestlingu. W bardzo ważnym dla myśli strukturalistycznej tekście autor podkreśla znaczenie sportowo-teatralnego spektaklu dla całego społeczeństwa Stanów Zjednoczonych. Narracja prowadzona przez wizję zapasów rodem z parku rozrywki zawsze doprowadza do triumfu Dobra, powalającego czarny charakter na łopatki. Dzięki obserwowaniu niemiłosiernie nokautowanych łotrów (a raczej wcielających się w nich zawodników), publiczność zachowuje mentalną higienę i w cynicznych czasach odzyskuje resztki wiary w powszechny ład.

Oscary oraz wrestling charakteryzują analogiczne znaki szczególne. Prestiżowa gala podobnie jak specyficzne, ringowe potyczki opiera się na akceptacji umowności. Gwiazdy biorące udział w ekskluzywnej imprezie całkowicie świadomie oddychają konwenansami. Zakładają niepraktyczne kreacje, doczepiają sobie permanentne uśmiechy, udają przyjaźń z innymi przedstawicielami branży, a nawet symulują szacunek do dziennikarzy. Kolejną wspólną cechą obu widowisk jest przewidywalność. Fan wrestlingu zawsze wie, kto zwycięży tak, jak kinoman potrafi przewidzieć większość filmowych laureatów na podstawie niezmiennego od lat schematycznego klucza doboru jednostek zasługujących na laury. Wreszcie, ostatni punkt wspólny to atrakcyjna synteza prostoty ze spektakularnością formy. Kilku facetów okładających się krzesłami, a także gadające głowy dziękujące rodzicom, otrzymują bliźniaczo patetyczną oprawę bliską podniosłym rejestrom starożytnych eposów.

Nazwałbym oscarowe show czymś w rodzaju negatywu wrestlingu. Amerykańskie zapasy “na niby” przedstawiają krwawą drogę przez mękę prowadzącą do satysfakcjonującego finału. Natomiast transmisja ukazująca wybory członków Akademii uwodzi przyjemnym blichtrem, po to, by na koniec zostawić odbiorcę z rozczarowującymi rezultatami.

Tak więc, czy należy określić naszą nieustanną potrzebę oglądania niesatysfakcjonującego wydarzenia masochizmem? Pewnie tak, ale można to pragnienie dość racjonalnie wytłumaczyć. Przede wszystkim wszyscy chcemy funkcjonować jako “niezależni-zależni” komentatorzy. Wręcz kochamy wchodzić w rebelianckie buty i bezlitośnie ganić filmowe zabawy elit, lecz równocześnie jak ognia unikamy kontrowersji, które mogłyby wyrzucić naszą opinię poza powszedni margines. Chwaląc się popieranymi przez cały świat negatywnymi, oscarowymi refleksjami zjemy ciastko i dalej będziemy je mieć.

Oprócz przytulenia się do cieplutkiego konformizmu łakniemy także realnego czarnego charakteru. Odtwarzamy więc postać wrestlera o pseudonimie “Obrońca Honoru X Muzy” i z radością przygniatamy złotego ludzika komodą. Bohaterski czyn odrywa nas od codziennej szarości, dlatego regularnie w ciągu pierwszych miesięcy każdego roku budujemy własną zbroję rycerza współczesnej popkultury.

Fakt, iż Oscary nie cieszą się przychylnością tłumów to wbrew pozorom ich największa karta przetargowa. Dzięki antagonizującej charakterystyce zdobywają rzesze telewidzów-zbawicieli kinematografii. Odbiorcy masowo piszący facebookowe i twitterowe komentarze dotyczące “hollywoodzkiej nieszczerości” napędzają całą tę machinę ku radości VIPowskich figur z ekranu.

Nie ważne, czy z zapartym tchem śledzimy zimowe igrzyska Fabryki Snów, czy manifestujemy sprzeciw wobec gali, w obu przypadkach organizatorzy Oscarów sprytnie wykorzystują nasze błędne przekonanie o ważkości indywidualnej opinii.

Reklama

External brain jako przewaga konkurencyjna w modzie

Ranita Sobańska w rozmowie z Barbarą Andrzejewską i Krystianem Cieleckim. Wspólnie rozkładamy na czynniki pierwsze jak połączenie strategii, produktu i AI wpływa na wyniki biznesowe. Mówimy o tym, dlaczego same pomysły nie wystarczą, jak poprawiać marżę i strukturę kolekcji oraz w jaki sposób wdrożenia AI mogą skracać czas decyzji i zwiększać efektywność organizacji.

Dla kogo Yoga Twarzy to będzie game changer? | Olga Szemley i Joanna Walaś

Dziś Joanna Walaś gości u nas Olgę Szemley – pionierkę jogi twarzy w Polsce i twórczyni Yogatwarzy – autorska metoda i Yogattractive (Jogatwarzy.com), jedynej metody jogi twarzy i automasażu w Polsce posiadającej certyfikat fizjoterapii, potwierdzonej 12 letnimi badaniami naukowymi nad kobiecymi rytuałami pielęgnacyjnymi na pięciu kontynentach oraz na Cambridge University.

Cena Sukcesu. Kiedy warto się zatrzymać? – Kamila Rowińska | Mentalne Espresso

W tej rozmowie Kamila Rowińska mówi bardzo szczerze o tym, dlaczego nie chciała być niewolnikiem własnego sukcesu, jak wygląda cena intensywnego życia zawodowego i co dzieje się wtedy, gdy człowiek zaczyna pytać siebie, czemu naprawdę chce poświęcić kolejną dekadę życia. Pojawia się też temat trudnego dzieciństwa, budowania sprawczości, kompensacji, pieniędzy, rodziny i tego, kim jesteśmy wtedy, kiedy zdejmie się z nas etykietę człowieka sukcesu. To rozmowa o dojrzałości, odwadze i o tym, że rozwój osobisty naprawdę opłaca się w każdym znaczeniu tego słowa.