
“Tak… To prawda.. 2020” – dokładnie tymi słowami kilka dni temu grupa Rage Against the Machine ogłosiła reaktywację. Twitterowa notka wywołała lawinę komentarzy i pytań, na które członkowie formacji odpowiedzieli rozpiską koncertów zaplanowanych na 2020 rok. Na razie nie wiemy, czy ekipa Zacka de la Rochy i Toma Morello przewiduje nowy rozdział w historii zespołu, czy może powinniśmy traktować ten zryw jako jednorazowy wybryk, ale tak czy inaczej, warto zastanowić się, co to cudowne odrodzenie tak naprawdę oznacza.
Panowie z LA prawdopodobnie wybrali idealny moment na powstanie z popiołów. W porównaniu z latami ich świetności, dzisiejsze czasy jeszcze bardziej zbliżają ludzkość do nieuchronnej apokalipsy. Problemy klasy niższej, o których opowiadali na swoim albumowym debiucie albo “The Battle of Los Angeles” stały się jeszcze bardziej dotkliwe, a na dodatek nasza kochana zachodnia cywilizacja dorzuciła do nich toksyczny fetysz technologii oraz duszną, niedyplomatyczną atmosferę kreowaną przez nieodpowiedzialnych wodzów mających nieuleczalny militarny kompleks. Obcując z tą globalnie niebezpieczną aurą, nie możemy już liczyć na skuteczność kulturalnej, progresywnej debaty. Żeby wygrać, potrzebujemy radykalnych środków przekazu. Polemika w stylu Rage Against the Machine, tj. bezkompromisowy, często wulgarny krzyk wolności, obecnie wydaje się jedynym sposobem na obudzenie tłumów.
Przyszłoroczne występy na pewno narobią nie lada zamieszania również dlatego, że przebiją ironiczno-sarkastyczną bańkę, skonstruowaną przez opiniotwórcze głosy mediów społecznościowych. Ciekawie będzie obserwować reakcje internetu na szczery, trochę niedzisiejszy idealizm przekazu niesionego przez RATM. Moje pokolenie, wychowanych na cynicznych memach konsumentów informacji, pewnie zostanie poddane istnej terapii szokowej. Gdy usłyszymy Zacka de la Rochę z całych sił walczącego o słabszych, zaczniemy przecierać oczy ze zdumienia. Zadamy sobie kilka pytań: “czy to możliwe, by artysta w XXI wieku wykazywał się empatią oraz wrażliwością wobec światowych utrapień?”, “a więc istnieje jeszcze jakaś użyteczna filozofia poza nihilizmem?”, “to jednak społeczna aktywność ma większy sens niż apatia?”.
Reaktywacja Rage Against the Machine jest ciekawa również w czysto muzycznym kontekście. Gdyby amerykańska formacja postanowiła wrócić do nas na stałe, ich aktywność sceniczna i hipotetycznie też fonograficzna, zmazałaby hańbę wpisaną w gatunek o nazwie rap metal. Od czasu rozpadu zespołu aż do dziś, kombinacja ostrych gitar i hip-hopowej melodeklamacji kojarzy się głównie z brakiem gustu. Wpływ na niekorzystny wizerunek tego stylu miało kilka grup o nazwach zaczynających się na literkę “L”, które zmutowały brzmienie RATM i wczesnego Faith No More, infekując je wręcz perwersyjną pompatycznością i melodramatycznością. Niewykluczone, że autorzy “Killing in the Name” zniwelują trwające kilkanaście lat uczucie niesmaku pozostawione przez różnych Durstów i przywrócą dobre imię rapowo-rockowemu konglomeratowi.
Kolejna dekada potrzebuje tych antysystemowych buntowników jak nigdy przedtem. Mam więc nadzieję, że weterani zaangażowanego społecznie rocka nas nie zawiodą i spontaniczny zryw przeobrazi się w międzynarodową artystyczną rewoltę.

















