
Czterdzieści lat temu powstała jedna z najważniejszych płyt w historii muzyki popularnej.
Czternastego listopada 1979 roku brytyjska grupa The Clash zakończyła czteromiesięczne sesje nagraniowe, które zaowocowały wydanym w grudniu albumem “London Calling”. Jeszcze wtedy nikt nie spodziewał się, że trzecia płyta Joe Strummera i spółki będzie zapowiedzią radykalnej muzycznej rewolucji. Dotychczas znani z surowego punk-rocka artyści stworzyli arcydzieło, mocno odbiegające zarówno brzmieniowo, jak i filozoficznie od dokonań kolegów po fachu.
Dwupłytowy kolos nie ma właściwie nic wspólnego z estetyką forsowaną przez takie zespoły jak Sex Pistols albo The Buzzcocks. Podczas gdy wspomniane składy oraz zainspirowani nimi muzycy skupiali się na pisaniu prostych, hałaśliwych piosenek o niczym, autorzy “Should I Stay or Should I Go?”, aktywnie walczyli z tą nihilistyczną postawą. Ich innowatorski krążek absolutnie przeczył popularnemu w tamtych czasach hasłu “No Future”. Zawarte na nim utwory ukazywały przede wszystkim wiarę w możliwość wprowadzania istotnych zmian.
Idealistyczne pragnienie dokonania społecznego przewrotu słychać już na poziomie różnorodności stylistycznej “London Calling”. The Clash porzucili ograniczającą formułę standardowego punku i zaczęli poważnie eksperymentować z reggae, ska, soulem oraz funkiem. Gatunkowa rozmaitość wynikała z ich otwartości na inne kultury. Muzycy wierzyli, że sztuka może być orężem w walce o godność człowieka i prawdopodobnie właśnie dlatego ich multikulturowe inspiracje dotyczyły dźwięków synonimicznych ze społecznym buntem na Jamajce, oraz protestami zamieszkującej Stany Zjednoczone afroamerykańskiej wspólnoty. Poprzez znalezienie ideologicznej pokrewności brytyjskich gitar i uduchowionego liryzmu pozaeuropejskich stylistyk, zespół nadał swojemu przekazowi uniwersalności.
Zdobywca pierwszego miejsca w rankingu najlepszych rockowych albumów według magazynu Rolling Stone zawiera też wręcz nadwyżkę niezapomnianych zwrotek oraz chwytliwych refrenów. Jednak mimo że niemal każdy utwór ma ogromny potencjał singlowy, to żadnego z nich nie można nazwać dystrybutorem eskapistycznej rozrywki. Za wszystkimi prawie popowymi akordami stoi istotna społeczno-polityczna problematyka, niepozwalająca słuchaczowi nawet na chwilę biesiadnego zapomnienia. Johnny Rotten i jego adepci pragnęli jedynie pluć na wszelkie wartości i tańczyć pogo, natomiast The Clash zagrzewali do walki, przeciwstawiając swoją energiczną rebelię biernemu fatalizmowi innych przedstawicieli sceny.
Okładka przedstawiająca basistę Paula Simonona roztrzaskującego gitarę obrazuje bunt twórców niezgadzających się na reguły rządzące otaczającą ich rzeczywistością. Nie jest to jednak niedojrzałe popadanie w negację dla samej negacji, ani też zgniatanie dylematów moralnych pijacko-narkotykowym hedonizmem. Sprzeciw londyńskiego kwartetu jest o wiele bardziej produktywny, bo opiera się na działaniu. Treść manifestu tego zespołu, zamiast prowokować niekończące się akty autodestrukcji, prowadzi do naprawdę konstruktywnych refleksji.
“London Calling” należy traktować jako zapowiedź ery post-punku, czyli nurtu czerpiącego z podstaw gatunku tylko po to, by je efektownie przełamywać. Ten album udowadnia, że punk-rockowy artysta, podobnie jak twórca hip-hopowy, ma szansę na stworzenie arcydzieła tylko, gdy wyzwoli się ze stylistycznych okowów swojej macierzystej estetyki. Traktując schematyczne reguły z nabożnością, zagubi się w labiryncie szablonów, ale budując z nich tunel prowadzący do unikalnych idei, dokona rzeczy co najmniej nieprzeciętnych.

















