
Zdjęcie francuskiego weterana z czasów I Wojny Światowej, pacjenta szpitala psychiatrycznego, poddawanego leczeniu stresu pourazowego – rok 1919.
Albo to niemiecki komunista, zatrzymany przez Gestapo i wywieziony do KL Buchenwald – rok 1938.
A może to fotografia Kozaka z Lienzu, tuż przed rozstrzelaniem przez NKWD w czerwcu 1945 roku.
Nic z tego, co wymieniłem. To po prostu moje zdjęcie w czarnobiałej stylistyce. Faceta żyjącego w Polsce w pierwszej połowie XXI wieku. Coś mnie jednak w tej fotografii zaniepokoiło, z czymś skojarzyło.
Odwiedzając przeróżne muzea wojen, zbrodni i ludobójstwa, napotykamy często na czarno-białe zdjęcia ofiar konfliktów międzynarodowych, politycznych zawieruch i zwykłego ludzkiego zdziczenia. Przyglądamy się im beznamiętnie, stojąc przed nimi w kolorowych podkoszulkach, żując gumę, albo dłubiąc w nosie, by po krótkiej chwili zacząć rozglądać się za przejściem do następnej, klimatyzowanej sali. Bywa i tak, że jakieś zdjęcie wywoła u nas chwilę krótkotrwałej zadumy, czasem obrzydzenie, albo współczucie. Niekiedy zaś, ukrywany przed innymi uśmiech, no bo koleś wygląda tak śmiesznie.
Generalnie ludzie ze zdjęć, a przede wszystkim ich dramaty i cierpienie, są dla nas tak mało realne, jakby wzięte były z jakiejś makabrycznej bajki dla dorosłych. Może i nawet istnieli, ale kto ich tam wie? Ba, odnosimy nawet wrażenie, że wyglądają nieco inaczej niż my, jak gdyby byli innym gatunkiem zwierząt, trochę podobnym do nas, ale jednak dużo bardziej prymitywnym, szarym, niedoskonałym, rzekłbyś – groteskowym. Tak bardzo nie pasują do naszego współczesnego świata, świata który gwarantuje nam jedynie pewność dnia następnego. A problemy? Mój Boże, jakież to problemy? Samochód się psuje, pensjonaty nad morzem znowu za drogie, dłuży się nam oczekiwanie na nowy sezon ulubionego serialu, ktoś kretyńsko poprowadził ścieżkę rowerową, albo nocą znowu dokucza nam skurcz łydek.
Karmimy się iluzją naszej cywilizacyjnej wyjątkowości i przede wszystkim, niezmienności otaczającego nas świata. I zamiast czujne obserwować ludzi, którym marzy się nowy porządek świata, oparty na czarno-białych ideach – ideach uśpionych jedynie, a nie wykorzenionych na zawsze – co robimy my? My śpimy. Mylimy naszą kruchą bańkę egzystencjonalną, wydmuszkę skleconą z naszych pobożnych życzeń dotyczących najbliższej nam rzeczywistości, z jakąś wyimaginowaną kopułą z brązu i stali. A przecież tak niewiele trzeba, naprawdę bardzo niewiele trzeba by każdy z nas, stał się taką starą fotografią wiszącą w jakimś muzeum zbrodni i ludobójstwa, w po raz kolejny odbudowanej ze zgliszczy, Europie.



















