
Witamy w kolejnym odcinku KARS, czyli kompletnie amatorskich recenzji samochodów, gdzie dowiadujemy się jak zwykły użytkownik użytkuje auto. W dzisiejszym odcinku mamy prawdziwą gratkę, czyli Ford Explorer z 2026 roku w wersji elektrycznej (nie mylić z elektroniczną). Czy da się zasilić amerykańską bestię polskim węglem? Czy kiedyś w Polsce powstanie infrastruktura pod samochody elektryczne poza większymi miastami? Czy kiedyś dowiemy się co stało się ze światem, że żyjemy w świecie post-prawdy i fakty przestały mieć znaczenie? Na niektóre z tych pytań, postaramy się dziś odpowiedzieć.

Ford Explorer ma długą i sławetną historię jako perełka w rodzinie Fordów, szczególnie na rynek europejski, gdzie pick-upy jednak nie są aż tak popularne. Kwestia braku pustyń, czy zupełnie innego podejścia do ego sprawiły, że faktycznie trudno jest na ulicy dojrzeć takowy samochód z doczepką. Stąd też – Explorery od lat były takim cudeńkiem SUV-owym w koronie Forda i nie bez powodu. Wykończenie, osiągi – wszystko to sprawiało, że byliśmy w Fordzie, ale czuliśmy się jakbyśmy byli w Fordzie Ultra Max Pro.


Zanim do feelingu, przejdźmy do osiągów. 5,3 do setki i to nie rano przed pracą, ~16–18 kWh/100 km zużycia energii i to nie poprzez głupie wtręty na spotkaniu rodzinnym, zasięg – well, debatowany jak wszędzie, deklarowany nawet powyżej 600 km na pełnym, realnie pewnie bliżej 450 przy 79 kWh baterii, więc jak puścicie Rów Babicze na pełnej to 600 raczej nie zrobi. Pięknie wykończony, skórka przemieszana z elementami plastikowymi i metalowymi, te ładne kolorki, co to się wszyscy jarają, wielki komputer pokładowy na środku, przestrzenny, przytulny i w ogóle ach, a czasami nawet – och.
Z zewnątrz, nowoczesny design, ten znany już z elektryków obły nieco kształt, bo wiadomo, że paliwo jest kanciaste, a prąd jest okrągły (duh?), duży bagażnik, bo wrzuciłem tam hulajnogę elektryczną i łupy z okradzionego sklepu meblarskiego, znaczy, meble z przeprowadzki i się zmieściło wszystko bez problemów, więc jakiś wózek wejdzie na pewno i kilka toreb też się zmieści.
Feeling z jazdy – fantastyczny! Jakby to nie był Ford! Nie wiem ile macie doświadczeń z marką, ale mieliśmy już kilka przygód z Pumami i innymi kotami z Ameryki i musze powiedzieć, że owa odczuwalna niekiedy sztywność fordowska jest tutaj nieobecna. Jest szybki, giętki, normalnie można robić deja vu, I Just Been in this place before, czyli drifty, można wyprzedzać na trzeciego bez problemów (choć nie polecamy!), a także zmieniać pasy bez obawy, że potrzebujemy dodatkowego auta jeszcze, żeby się zmieścić. Explorer wchodzi w pomiędzy te pasy jak japońska katana w masło, a wiemy, że ten pojedynek jest z góry przesądzony.






Ford Explorer w wersji EV jest naprawdę godny polecenia. Jak wskazuje producent na swej stronie interetowej (Deep research, wiadomix), możecie go dostać już od ok. 127 tysięcy z różnymi programami rządowymi, które mają służyć ochronie środowiska i przekonania ludzi do kupowania elektryków, ale w Polsce prąd jest na węgiel głównie, więc jest to co najmniej ciekawy pomysł; ale za auto tej klasy naprawdę nie jest straszną ceną. Dla porównania, za 127 tysięcy możecie dostać około 50 Opli Astra z 2000 roku. Wasza decyzja.



Jedyna kwestia, która może być problematyczna to infrastruktura ładowarek, co nie jest winą Forda, ale rzeczywistością Polski. Otóż, w większych miastach – supa cool, no problem, zawsze damy radę, ale na trasie już zaczynają się cyrki. Warszawa-Gdańsk/Kraków/Poznań – raczej będzie ok, ale jeśli chcecie udać się w góry na ten przykład, to trzeba to będzie poplanować. Ofkorsem jest to, że jakoś dojedziecie, ale nie będziecie mogli blastować Waszych ulubionych kawałków na pełnej, a czym jest jazda do Zakopanego bez zapętlonego motywu z Klanu w wersji hard bass. Niczym, moi drodzy, niczym.
Oficjalna polecajka i do zobaczenia na trasie!



















