
Monika Bień-Königsman – autorka książki “¡Olé! Hiszpania dla dociekliwych”, bloga hiszpanskiesmaki.es oraz przewodników i artykułów o Hiszpanii. Z zawodu projektantka wnętrz, której najbliżej do klimatów śródziemnomorskich. Nic dziwnego, bo w Hiszpanii zakochała się od pierwszego wejrzenia, w momencie, gdy tylko wysiadła z samolotu na lotnisku w andaluzyjskiej Almerii. Dosłownie wpadła jak śliwka w kompot, choć właściwsze byłoby określenie, jak lód do gazpacho. Mówi, że Hiszpania i Maroko nauczyły ją inaczej patrzeć na świat oraz dostrzegać światło i barwy, w całej swej intensywności i niuansach. A Hiszpanie zarazili ją luzem i większą spontanicznością. Ale przede wszystkim, kraje te pokazały jej bogactwo smaków, które teraz odkrywa przed nami w swojej najnowszej książce: Entre amigos. Hiszpański przepis na szczęście. Na jej stronach Monika zaraża hiszpańską radością życia, zmysłowo opowiada o tym kraju, jego pięknych miejscach i ludziach. I robi to ze smakiem (również dosłownie).
O najnowszej książce, która stała się spełnieniem marzeń Moniki Bień-Königsman, o jej miłości do Hiszpanii i planach na przyszłość rozmawia Anna Gajewska.
Co Cię zaprowadziło do Andaluzji? Co przyciągnęło i co spowodowało, że tam zostałaś?
Do Andaluzji pojechałam z Brighton. Moja koleżanka Polka mieszkała wtedy w Almerii (Andaluzja) i zaprosiła mnie do siebie. Poleciałam więc do niej. Z Wielkiej Brytanii jest bardzo dużo lotów, bo Anglicy bardzo lubią latać do Hiszpanii, więc z lotem nie było problemów. Wylądowałam na małym lotnisku w Almerii. Lotnisko w porównaniu z innymi hiszpańskimi portami jest maleńkie, ale bajecznie położone- prawie na plaży. 100- 200 metrów od morza. To był lipiec, było gorąco. Pierwsze co zobaczyłam w Hiszpanii to morze. Z lotniska pojechałyśmy prosto do uroczej miejscowości Nijar i zabrała do tapas baru. Nakarmiła mnie i uraczyła schłodzonym winem. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Przepadłam w ciągu 15 minut.

Moje uczucie pogłębiały wizyty w kolejnych miejscach. Następne, które zobaczyłam, jeszcze tego samego dnia, była wyludniona mieścina na szycie jakiegoś wzgórza. Było tam jak w Meksyku – tyci placyk, biały maleńki kościółek, kaktusy, palmy. Stamtąd wróciłyśmy do Nijar i poszłyśmy do sklepu, i jak się po wejściu okazało warsztatu, z ceramiką (miejscowość słynie z przepięknych wyrobów ceramicznych). Co mnie zdziwiło – sklep był wielki, ale w środku nie było sprzedawcy. Po chwili zobaczyłyśmy roześmianą starszą panią, która poinformowała nas, że wyszła tylko do koleżanki na kawę, ale nie zamykała sklepu, bo to tak mało ludzi przychodzi. Zobaczyłam jak fajni i otwarci są tam ludzie. Zrobiłam zakupy, niestety nie mogłam kupić zbyt dużo. Ale piękne kubki i miseczki mam do tej pory.
W Andaluzji spędziłam tydzień. Szóstego dnia nabawiałam się ostrego zaplenia krtani. Straciłam głos, bo ciągle piłam bardzo zimne napoje, a także jadłam mocno schłodzone gazpacho z kostkami lodu. Dodatkowo w lecie klimatyzacja jest wszędzie ustawiona na bardzo mocne chłodzenie. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich zmian temperatur. Trafiłam wówczas na ostry dyżur. Zawiózł mnie tak ówczesny chłopak mojej koleżanki, Jesus (bardzo popularne imię w Hiszpanii – w tłumaczeniu na język polski jest to Jezus). Dostałam antybiotyki, żeby przetrwać jakoś lot powrotny. Zważywszy, że nie jestem osobą wierzącą, jakież było zdziwienie mojego męża, gdy napisałam mu smsa, że było źle, ale jest już dobrze, bo pomógł mi Jezus.
Wróciłam do Wielkiej Brytanii. Przywitał mnie deszcz. Ja bez głosu, w letnim ubraniu i w japonkach, wpadając ciągle w poślizgi wróciłam do mojego mieszkania i wtedy postanowiłam – musimy się wyprowadzić do Andaluzji.
Kupiłam więc szybko przewodnik po Andaluzji. I kiedy go kartkowałam, trafiłam na Gibraltar (brytyjskie terytorium zamorskie) i już wiedziałam, że to jest to. Mimo, że Brighton jest niezwykle przyjemnym miejscem do życia, to po trzech latach pobytu wróciliśmy do Polski, przepakowaliśmy się, zarezerwowaliśmy na tydzień pensjonat w La Linea de La Concepcion (miejscowość położona zaraz przy Gibraltarze). Tyle czasu daliśmy sobie na znalezienie mieszkania. W Wielkiej Brytanii znalezienie lokum jest bardzo trudne. Żeby je wynająć trzeba mieć pracę, a żeby mieć legalną pracę, trzeba mieć mieszkanie. Takie błędne koło. W Hiszpanii tego problemu nie ma.

Czyli najzwyczajniej w świecie zostawiłaś wygodne życie i ciekawą pracę w Anglii, zapakowałaś walizki i pojechałaś do Hiszpanii dając sobie tydzień na znalezienie mieszkania?
Tak! Dokładnie tak się stało. Później mój mąż zaczął pracować na Gibraltarze, ja założyłam działalność i zajęłam się „home stagingiem” czyli wizualnym przygotowywaniem mieszkań na sprzedaż, pod wynajem, a także dekoracją i aranżacją wnętrz. No i tak sobie mieszkaliśmy w tej cudownej Andaluzji przez prawie półtorej roku.
Dlaczego wróciłaś?
Wróciłam, gdy w Hiszpanii zaczął się w 2009 roku kryzys. Po powrocie zaczęłam dalej studiować aranżację wnętrz, znalazłam fajną pracę, później urodziłam córeczkę, która teraz ma już 10 lat i nie chce się wyprowadzić do Hiszpanii, chociaż bardzo ją lubi. Ale latamy tam bardzo często.
Chciałabyś ponownie zamieszkać w Hiszpanii?
To trudne pytanie. Część mnie mówi, że tak. Ale jest jeszcze moja rodzina, która niekoniecznie chciałaby tam mieszkać na stałe. Tak naprawdę, najfajniej byłoby być trochę tu i trochę tam.

Czym zajmujesz się zawodowo teraz? Wróciłaś do Polski, mieszkasz we Wrocławiu, piękne miasto, ale cały czas ta Hiszpania jest obecna w Twoim sercu.
Zawodowo zajmuję się projektowaniem wnętrz. Przed wyjazdem do Anglii ukończyłam filologię polską oraz public relations. Mieszkając w Anglii otworzyły mi się oczy i zobaczyłam, że można zawód i praca nie są do ciebie przyklejone raz i na zawsze. Poznałam ludzi, którzy chcąc zmienić coś w swoim życiu po prostu to robią. U nas w Polsce w obecnej chwili jest już trochę inaczej, ale w tamtych czasach ludzie bardzo zachowawczo podchodzili do pracy, bali się, całe życie spędzali w jednej pracy.
Więc i ja mieszkając w Brighton ukończyłam dwuletnią szkołę projektowania wnętrz i tym też zajmowałam się po wyjeździe do Hiszpanii. A po powrocie do Polski znalazłam sobie jeszcze taką 3,5 letnią szkołę, gdzie studiowałam architekturę wnętrz. Robiłam to i pracowałam. Kilka lat temu zdecydowałam się otworzyć własną działalność i teraz projektowanie wnętrz jest moim głównym zajęciem.

Druga rzecz, którą się zajmuję, to pisanie o Hiszpanii. Zaczęło się od książki „!Ole! Hiszpania dla dociekliwych”. Wydawnictwo Dwie Siostry skupia się się przede wszystkim na literaturze dla młodych czytelników. W moich rękach znalazła się pierwsza część nowego cyklu „świat dla dociekliwych”, o Włoszech (Mamma mia, Włochy dla dociekliwych) i zapragnęłam napisać coś podobnego o Hiszpanii. Długo się nad tym nie zastanawiałam, bo gdybym za długo myślała, to bym znalazła w swojej głowie zbyt dużo przeszkód. Oprócz mojego bloga (https://hiszpanskiesmaki.es/) nigdy nic nie napisałam, nic nie wydałam. Miałam obawy, ale mimo wszystko postanowiłam spróbować. Nie zastanawiając się napisałam do wydawnictwa. Wydawnictwo dało mi zielone światło. Miałam napisać konspekt i przykładowe rozdziały. I tak w dużym skrócie powstała moja pierwsza książka. Chwilę potem zgłosił się do mnie wydawca luksusowego magazynu o podróżach All Inclusive z propozycją pisania dla ich magazynu. Od tamtego czasu czynię to regularnie. Piszę O Hiszpanii, ale ostatnio zostałam poproszona o napisanie o Maroku. Co sprawiło mi ogromną radość, bo to mój drugi ukochany kraj po Hiszpanii.
W pewnym momencie zgłosiła się do mnie przedstawicielka wydawnictwa Pascal, dla którego napisałam sześć przewodników o Hiszpanii.
Ostatnia książka – „Entre Amigos. Hiszpański przepis na życie” – chodziła mi po głowie już od dłuższego czasu. Zawsze sobie coś zapisywałam, notowałam, zbierałam materiały, robiłam opracowania, konspekty, ale ciągle się wahałam, czy to wysłać, czy nie. Czy może powinnam dopracować? W końcu stwierdziłam, że koniec z tym zwlekaniem. Mam już konspekt, mam przykładowe rozdziały. Wysyłam!
Co ma być to będzie. Wysłałam do dwóch wydawnictw. Z Pascalem bardzo dobrze mi się współpracuje. Po dwóch tygodniach otrzymałam odpowiedź, że mój projekt został omówiony na spotkaniu i zaakceptowany. Bardzo się ucieszyłam, bo wydanie tej książki jest spełnieniem mojego marzenia. Zawsze chciałam napisać książkę, w której znajdą się moje przepisy, moje zdjęcia, moje przeżycia.

Niebawem też będzie można wziąć udział w warsztatach kulinarnych z kuchnią andaluzyjską w tle. Pracuję właśnie nad tym projektem. To jest kolejna rzecz, którą chciałabym rozwinąć.
Dla mnie wielkim plusem jest to, że w książce jest bardzo mało przepisów potraw mięsnych. To nie jest takie proste w kraju, w którym spożywa się dużo mięsa.
Byłam przez 7 lat wegetarianką, ale w wyniku osłabienia musiałam zacząć jeść mięso. W tej chwili jestem, jak się niedawno dowiedziałam, fleksitarianką. Jem mięso okazjonalnie. Wiosną i latem nie jem go prawie wcale, a jesienią i zimą, jeśli bardzo tego potrzebuję, zjem steka wołowego, zaspokoję organizm i mam spokój na długi czas. Ogólnie staram się mięsa nie jeść – głównie ze względów etycznych. Jeżeli kupuję mięso dla córki (mój mąż nie je mięsa w ogóle), to jest tylko indyk lub kurczak z wolnego chowu. Wieprzowiny w naszym domu nie je się w ogóle. Na potrzeby książki zdarzyło mi się kupić kilka razy jamon serrano (hiszpańka szynka) i chorizo. Starałam się pokazać, że Hiszpanie jedzą również dużo warzyw: soczewica, pomidory, papryki, bakłażany, że ich kuchnia w dużej mierze opiera się na tych składnikach.

Zbliża się godzina 13. Co o tej porze robię Andaluzyjczycy?
Dzisiaj jest niedziela, więc zapewne siedzą na plaży. Generalnie o tej godzinie zaczyna się sjesta, więc w tygodniu to czas wspólnego jedzenia w barach tapas. Ale Czasami jadą do domu na krótką drzemkę. Do pracy wracają koło godziny 17:00
Od jakiegoś czasu wisi nad nami fala upałów. Jest piekielnie gorąco, a wczoraj robiłam z Twojego przepisu chłodnik gazpacho. Muszę przyznać, że bardzo długo czytałam Twoją książkę, bo co kilka stron biegłam do kuchni wypróbować jakiś przepis. Uchyl może rąbka tajemnicy i zdradź jakiś przepis z Twojej książki „Entre amigos. Hiszpański przepis na szczęście”, który możemy wykorzystać w domu w taką pogodę.
Jest jeszcze jeden chłodnik, w Polsce kompletnie nieznany. W Hiszpanii jest on bardzo popularny, bo jest superorzeźwiający. To ajo blanco – czyli białe gaspacho. Przygotowuje się go z migdałów, które są już zblanszowane, obrane ze skórki. Do tego dodaje się obrane czosnek. Jego ilość zależy od upodobań (warto zacząć od niewielkiej ilości). Do migdałów i czosnku dodajemy zimną wodę i oliwę. To wszystko miksujemy. Całość należy mocno schłodzić. Można też dodać koski lodu. Na wierzch kładziemy połówki zielonych winogron i super by było, gdyby się nam chciało wybrać z nich pestki. Winogrona są do urozmaicenia smaku i do ozdoby, więc nie jest tego dużo. Można się pomęczyć z wyciąganiem pestek. Powiem szczerze, że jestem bardzo ciekawa, czy ten chłodnik się u nas przyjmie, czy Polakom posmakuje. Hiszpanie ogólnie lubią napoje na bazie migdałów. Mają też swoją horchte. Generalnie migdały to ważny element ich kuchni.
Składniki:
200 g migdałów
500 g białych winogron
1 główka czosnku
200 ml oliwy extra vergine
sól do smaku
Migdały namaczamy na parę minut w gorącej wodzie, a następnie obieramy. Ucieramy je w mikserze razem z obranymi ząbkami czosnku i oliwą. Kiedy powstanie z nich gładka masa, dolewamy do niej taką ilość zimnej przegotowanej wody (może być też mineralna), aż osiągnie konsystencję kremowej zupy. Dodajemy trochę soli do smaku i wstawiamy do lodówki na kilka godzin. To przecież chłodnik! Podajemy udekorowany połówkami winogron bez pestek.
Innym prostym daniem są krewetki. W Hiszpanii robi się je zazwyczaj na grillu, ale czasami też na patelni. Dodajemy oliwę lub masło podsmażamy krewetki. Dodajemy pietruszkę lub kolendrę (wie, że można ją albo kochać albo nienawidzić, więc wybór zostawiam wam), białe wino i gotowe. W okolicach Kadyksu można je kupić na wynos w rożku jako przekąskę.

Twoja książka jest niezwykle interesująca. Znajdziemy w niej Twoje wspomnienia, przeżycia, wspaniałe opisy Andaluzji. To bardzo nieszablonowy „przewodnik” od kuchni. A bez kuchni nie zrozumiemy miejsca. Kuchnia oddaje wszystko: historię, geografię, kulturę. Co poleciłabyś turystom przybywającym do Andaluzji.
Tam jest tak pięknie, że trudno wskazać. Ja zawsze wszystkich zachęcam, żeby wyjechać poza Costa del Sol, czyli obszar między Malagą a Gibraltarem. Tam oczywiście jest przyjemnie, bo mamy plaże, urocze knajpki, całą turystyczną infrastrukturę. Jednak zachęcam wszystkich, żeby wypuścić się trochę bardziej w głąb. Wystarczy odjechać od plaż w górę jakieś 15-20 km a zobaczymy zupełnie inną Andaluzję. Przepiękne i zróżnicowane krajobrazy, trasy wijące się serpentynami wśród pueblos blancos, gaje oliwne, sady cytrusowe, małe lokalne knajpki przy drogach.

Kolejna rzecz – warto udać się za Gibraltar w stronę Kadyksu. Tam znajduje się port Algeciras, z której pływają promy do Maroka i Tangeru. Płynie się około półtorej godziny. Na drugi kontynent można się dostać również z Tarify, z której pływają szybkie małe promy. Taka podróż zajmuje około 35 minut. Jadąc wybrzeżem w kierunku Portugalii przy dobrej widoczności (a o nią nie trudno) możemy oglądać afrykańskie wybrzeże. Płynąc do Tangeru możemy zobaczyć również delfiny. Jest to fantastyczna całodniowa wycieczka. Pływałam kilka razy. Ja bardzo lubię Maroko, które jest podobne do Andaluzji. Ma to oczywiście związek z historią, bowiem w południowej części Hiszpanii Maurowie przebywali najdłużej. Podobieństwa odnajdziemy m.in. w architekturze. Słynna wieża La Giralda znajdująca się przy katedrze w Sewilli ma swoje odpowiedniki w pozostałości po meczecie w Rabacie i minarecie w słynnym meczecie Koutoubia w Marrakeszu. Podobieństwa znajdziemy również w kuchni, bo to Maurowie przywieźli do Hiszpanii takie produkty jak: ryż, cukier, bakłażany, ciecierzycę, karczochy, szafran. Długo by wymieniać. I oni zaszczepili w nich miłość do słodyczy na bazie miodu, cynamonu i migdałów oraz do dań jednogarnkowych i gęstych zup. Znacie marokańska harirę? Jeśli nie, to koniecznie musicie poznać.
No i koniecznie należy odwiedzić bary tapas. Ale warto zejść z turystycznych szlaków i odbić gdzieś w wąskie uliczki. Trafimy wtedy na prawdziwe lokalne perełki.

A pokazy flamenco nie są przereklamowane?
Flamenco jest u nich bardzo żywą tradycją. Mieszkając blisko szkoły podstawowej podpatrywałam, a właściwie podsłuchiwałam, jak podczas przerwy rozbrzmiewała z głośników muzyka flamenco i dzieci zaczynały do jej dźwięków bawić, się biegać, szaleć. Dzieci też żywo uczestniczą w różnych lokalnych świętach, gdzie tańczą flamenco. I nie jest to robione pod turystów, bo w miejscowości, gdzie mieszkałam turystów nie było. Dlatego warto poszukać lokalu, w którym odbywają się pokazy flamenco. Andaluzyjczycy są bardzo dobrymi tancerzami, a flamenco jest pełne emocji i ekspresji. Warto to zobaczyć.
Pamiętam pewien wieczór w Sewilli. Siedzieliśmy na malutkim placyku i w pewnym momencie zobaczyłam Jeana Reno. Rzeczywiście okazało się, że to on, w Sewilii odbywał się akurat festiwal filmowy, o czym nie mieliśmy pojęcia. Aktor wychodził ze swoją żoną, a my spontanicznie postanowiliśmy ich „śledzić”. Po chwili para zniknęła nam w jakiejś bramie, a my trafiliśmy do baru tapas, gdzie odbywał się właśnie występ flamenco. W lokalu znajdowali się sami Hiszpanie, żadnych turystów, co świadczyło o tym, że tu występy flamenco są dla lokalsów i żywą pielęgnowaną tradycją. Noc była fantastyczna. A co ciekawe, jakiś czas póżniej, oglądaliśmy film „Exils”. Serdecznie go polecam. Opowiada o dwóch mieszkających w Paryżu Algierczykach, którzy udają się do ojczyzny w poszukiwaniu swoich przodków. Ich trasa biegnie m.in. przez Andaluzję. I słuchaj oni trafiają dokładnie do tego baru, w którym my się wtedy przypadkowo znaleźliśmy.

Czy wydanie książki jest trudne?
Podobno tak, szczególnie trudno jest autorom, którzy nie mają doświadczenia, ani żadnych wydanych wcześniej książek. Dlatego zawsze najtrudniej jest wydać pierwszą książkę.
Natomiast ja zwykle działam na zasadzie intuicji i szybkich ruchów. Kiedyś zaczęłam czytać właśnie na temat wydania własnej książki – że to skomplikowane, że jeżeli ktoś nie napisał wcześniej niczego, to ma małe szanse, że w takim wypadku można pomyśleć o sfinansowaniu samemu pierwszej książki, albo rozłożyć koszty wydania po połowie. Z jednego wydawnictwa, do którego wysłałam moją propozycję, taką właśnie ofertę otrzymałam. Odpisali mi, że podoba im się pomysł, ale są w stanie pokryć tylko część kosztów. Ale odezwał się też Pascal. I dobrze wyszło, bo z Pascalem pracowałam już wcześniej, znałam specyfikę pracy z nimi, dobrze się dogadywaliśmy. Ale wracając do pytania – przestałam czytać te wszystkie informacje na temat rynku wydawniczego w Polsce, żeby się nie zniechęcić, bo gdybym dłużej wgłębiała się w temat, to pewnie bym tej książki nie wydała. Postanowiłam, że zrobię co mam zrobić, wyślę konspekt do różnych wydawnictw i będzie co ma być. Jeżeli się nie uda, będę myśleć dalej. Warto zwracać uwagę do jakiego wydawnictwa wysyłamy nasz pomysł. I jak już wiesz, z Pascalem pracowało mi się bardzo dobrze, oni też mnie znali z dobrej strony. Jestem osobą rzetelną, terminową, swoje projekty oddaję zawsze przed czasem. Zatem współpraca z nimi bardzo dobrze mi się układa.

Czy na byciu pisarzem można zarobić?
Jeżeli się dużo pisze, to tak. Ale trzeba dużo pisać. To też zależy od rodzaju książek. Ale każda książka jest opłacana inaczej. Inaczej jest płacone za przewodniki, a inaczej za powieści.
A co byś poradziła osobom, które chciałyby wydać książkę, ale mają obawy?
Zacząć pisać! Zapisywać wszystkie swoje pomysły, żeby ułożyć konspekt. Zamknąć je w jakieś ramy. Konspekt jest potrzebny zawsze. I zawsze są potrzebne przykładowe rozdziały. Są wydawnictwa, które oczekują już gotowej książki. Wydawnictwa podają ilość znaków, które należy napisać. Więc się nie zastanawiać, tylko zacząć pisać. Napisać konspekt, rozdziały i wysłać. Jak jeden wydawca odmówi, to próbować u kolejnych.

Kiedyś trafiłam na taką ofertę wydawnictwa: podział kosztów na pół, a zysk dla pisarza to 20% ze sprzedaży. Czy to jest normalna oferta?
Tak. Wydawnictwa tak działają. To wynika z tego, że wydawnictwo finansuje marketing, promocje, artykuły w prasie, co nie jest wcale takie łatwe, żeby się przebić i dostać do gazet. No i przede wszystkim obecność w księgarniach. Samemu jest bardzo ciężko dostać się „na półki”. Wydawnictwo nam to wszystko zapewnia, więc stąd ten podział. Warto jednak szukać wydawnictwa, które pokryje całość kosztów wydania książki. Na to jest szansa, gdy mamy dobry pomysł, wstrzelimy się w jakąś niszę.
Co byś chciała dodać na zakończenie? O sobie, o pracy, o Andaluzji?
Andaluzja jest miejscem szczególnie bliskim mojemu sercu z różnych względów. Również w pracy projektanta. Hiszpania i Maroko nauczyły mnie kolorów i wzorów, pokazały mi, że wnętrze niekoniecznie musi być chłodne i minimalistyczne i że odrobina śródziemnomorskiego klimatu zrobi dobrze naszym domom. W Hiszpanii poczułam się dobrze od pierwszego momentu. Bardzo lubię Andaluzyjczyków. Gdy tam mieszkaliśmy otrzymaliśmy od nich dużą dawkę serdeczności. To naprawdę bardzo otwarci i serdeczni ludzie. I bardzo spontaniczni. Jak widzą, że człowiek stoi zagubiony na ulicy, to podejdą, zapytają co się dzieje, czy nie potrzebujesz pomocy. Któregoś razu zaplątałam się labiryncie ulic w Sewilli. Szłam do hotelu położonego blisko katedry, bywałam tam nie raz, ale i tak zwyczajnie się zgubiłam. Zaczepiłam dwie dziewczyny, żeby zapytać o drogę, a one: to my cię tam zaprowadzimy. I faktycznie zaprowadziły mnie pod same drzwi hotelu. To doskonały przykład na to, jacy są Andaluzyjczycy (i Hiszpanie generalnie). Serdeczni, otwarci i lubią bliski kontakt. Wiem, że nie wszystkim to odpowiada, ale ja bardzo lubię bliski kontakt z ludźmi. Mi nie przeszkadza jak ktoś stoi blisko mnie, czy poklepie mnie po ramieniu. Lubię ich za to, że są tacy kontaktowi, zawsze można z nimi porozmawiać. Lubię ich podejście do dzieci, które jest całkowicie inne niż u nas. Te dzieci im w niczym nie przeszkadzają, one sobie biegają, bawią się, robią harmider i tak ma być, bo taka jest natura dzieci. I pewnie dlatego moja córeczka Weronika tak dobrze się tam czuje. Warto zaczerpnąć od nich trochę tej pobłażliwości dla innych, spontaniczności i luzu, bo tak się naprawdę lepiej żyje. Zwłaszcza teraz, kiedy czasy mamy niepewne.

.


















