Arek Jakubik: Musiałem Zbliżyć Się do Śmierci

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Alicja Pruszyńska: Wracamy ponownie z projektem Sounds Are Back In Town, czyli cyklem koncertów w naszym Studiu Anywhere TV.  Ze mną artysta, który wystąpił w kolejnej edycji projektu – wspaniały aktor i muzyk, Arek Jakubik. Arku, spotykamy się dzisiaj głównie za sprawą muzyki. Czy dobrze rozumiem, że to ona gra u Ciebie teraz pierwsze skrzypce zawodowo?

Arkadiusz Jakubik: Absolutnie tak. Myślę, że od co najmniej dwóch lat muzyka gra pierwsze skrzypce. Natomiast teraz jest taki moment i ten koncert tutaj w studio Anywhere – w przepięknych okolicznościach przyrody, bo gramy przy klimatycznym kinie Kinogram w Fabryce Norblina – to jest ostatni koncert, który zamyka dla mnie ten dwuletni muzyczny etap. Przyznam szczerze, że potrzebuję chwilę od muzyki odpocząć. Przenoszę się na konkurencyjną dla mojego świata muzyki planetę pod tytułem „film i aktorstwo”. Zaczynam przygotowania do filmu o Jacku Kuroniu i to będzie teraz najważniejsza dla mnie rzecz. Muzyka musi więc na chwilę ustąpić miejsca tej drugiej przestrzeni mojej aktywności twórczej. 

Alicja: To z pewnością dobra informacja dla Twoich fanów od strony aktorskiej — również nie możemy się doczekać! Wracając jeszcze do naszego projektu, chciałam nawiązać do nazwy Sounds Are Back in Town. Dla niektórych może ona symbolizować powrót do głębszego przeżywania muzyki. W dzisiejszym szybkim świecie może nam tego brakować. Jak Ty to czujesz? Czy dostrzegasz taki głód, potrzebę u siebie, u innych?


Reklama

Arkadiusz: Alicjo, myślę, że właśnie dlatego się tutaj znalazłem z moim solowym projektem, z albumem Romeo i Julia żyją. To dokładnie to, co powiedziałaś — potrzeba głębszego przeżywania muzyki. Słuchania dźwięków i słów, które przynoszą emocje, które wzruszają. Ja już to mówiłem nieraz — jestem dziadersem. (śmiech). Jestem z pokolenia, które słuchało płyt, obojętnie winylowych czy CD, w całości od początku do końca. Brało się album swojego ulubionego wykonawcy – wiem, że wtedy tych ulubionych było stu, a nie sto milionów – ale to był po prostu rytuał, misterium. Spotykaliśmy się ze znajomymi i od pierwszej nuty do ostatniej słuchaliśmy każdej płyty. I – przepraszam Cię – to my wybieraliśmy ulubione piosenki. Kłóciliśmy się o to, która piosenka jest najlepsza, a która najgorsza na płycie. Nie było playlist i dziennikarzy, którzy nam wmawiali, które piosenki są najlepsze na danym albumie. To właśnie z tego wzięła się moja idea stworzenia konceptualnego albumu. Zadawałem sobie pytanie – jak emocjonalnie zaszantażować słuchacza, żeby posłuchał mojej płyty od początku do końca? I w końcu wpadłem na pomysł. Co by było, gdybym scenariusz filmu fabularnego przerobił na piosenki? Ważne jest to, że Romeo i Julia żyją, to nie audiobook, ani słuchowisko. To po prostu dziesięć piosenek. I one tworzą muzyczno- filmową historię o Janie i Krystynie Marcach z Piaseczna. Naszych polskich Romeo i Julii.
Mam nadzieję, że kiedy ktoś zacznie słuchać tej płyty, to ciężko będzie ją w trakcie wyłączyć, bo nie dowiecie się wtedy, jak się ta historia kończy. Znaczy kto zabił. (śmiech)

Alicja: To prawda. Płytę należy wręcz przesłuchać od początku do końca i będziemy to podkreślać. Czyli można powiedzieć, że z pewnego buntu zrodził się ten album? 

Arkadiusz: Za stary jestem na bunt. (śmiech) Ten album powstał raczej z niezgody na to, jak dziś funkcjonuje muzyka i jak ją postrzegamy. W radiu piosenka musi trwać trzy, albo najlepiej dwie i pół minuty, bo trzeba czasu na reklamę.  Nie mówię już o percepcji internetowej. Na Tik Toku to jest piętnaście sekund i następny, następny, następny… Muzyka z playlist streamingowych wpada jednym uchem i natychmiast drugim wypada, nic w nas nie zostawiając. Dlatego tak bardzo zależało mi na tym, żeby wrócić do tego, o czym powiedziałaś na początku— do słuchania, przeżywania muzyki i opowieści, które serwują nam twórcy.

Alicja: Czy dla artysty dzisiaj stworzenie takiego albumu to duże wyzwanie?
Mam na myśli to, co mówiłeś — że coraz częściej artysta bardziej skupia się na odbiorcy i na tym, jak go zainteresować, niż na własnych emocjach, które chce przekazać.

Arkadiusz: Kiedy zaczynałem z moim macierzystym zespołem Dr Misio, szukaliśmy wydawcy. Miałem spotkanie z szefem znanej alternatywnej wytwórni muzycznej, który posłuchał naszej pierwszej płyty i powiedział: „Nie, Arek, komu ty chcesz imponować? To musi być muzyka dla ludzi. Musisz mieć fajne szlagworty. Masz taką piosenkę Śmierć w Tesco. Kto będzie słuchał o jakiejś śmierci? Musi być fajny, wpadający w ucho tekst, posłuchaj, taki jak na przykład…:  „Hej, cześć Teresko, spotkajmy się w Tesco…” I kazał mi wszystko na tej płycie pozmieniać. Poprosiłem wtedy o radę mojego przyjaciela Olafa Deriglasoffa, który zęby zjadł na rokendrolu i zapytałem:„Stary, co mam zrobić? Zmienić te teksty i muzykę, żeby dotrzeć do ludzi?”. Olaf powiedział mi wtedy: „Wiesz dla kogo robi się naprawdę muzykę? Dla siebie i dla swoich przyjaciół. I do tego świata twojej wrażliwości i energii zaprasza się ludzi. Mówisz: Słuchajcie, to jest mój świat. Jeżeli wam się podoba — zostańcie. Jak zaczniesz robić muzykę dla jakiejś anonimowej, wirtualnej masy, to znaczy, że robisz muzykę dla nikogo”. To było kilkanaście lat temu. Od tamtej pory mam jedną zasadę – robić muzykę dla siebie i dla przyjaciół. I wszystkich zawsze serdecznie do naszego świata będę zapraszał. 

Alicja: W takim razie zaprośmy słuchaczy do świata Romea i Julii. Jak już podkreśliłeś, to album konceptualny — czyli taki, który trzeba przesłuchać od A do Z. Mamy tu jedną opowieść i kilku głównych bohaterów. Zastosowałeś też ciekawe zabiegi — są zwroty akcji, są retrospekcje. Jednym z nich jest Sonda uliczna, zatrzymajmy się przy niej. Zastanawiam się, czy — oprócz chęci zmylenia słuchacza — kryje się w niej jakaś metafora? Bo te głosy mieszkańców Piaseczna przewijają się przez cały album. Czy chodzi tu o pokazanie nam, że nie wiemy, co dzieje się za drzwiami sąsiada? Czy to może głębszy obraz społeczeństwa?

Arkadiusz: Każdy człowiek ma swoją prawdę i swoją wersję wydarzeń, w którą święcie wierzy. I nie chodzi tylko o Jana i Krystynę Marców z Piaseczna. Mieszkam na wsi kilka kilometrów od tego miasteczka. Znam je jak własną kieszeń. Słuchacz po wysłuchaniu tych najróżniejszych, czasem wykluczających się wersji zdarzeń, sam musi wyrobić sobie zdanie na temat tego co się naprawdę wydarzyło z Marcami.

Alicja: Zarówno w tekstach, jak i w teledysku poruszyłeś ważny wątek – pokoleniowy. Muszę tu przywołać cytat z albumu: „Romeo i Julia nie muszą być młodzi. Są tacy jak my. Kogo to obchodzi, ile mają lat?” Czy chciałeś poprzez tę płytę przekazać coś pokoleniu, dla którego wiek może wyznaczać limity i ograniczenia?

Arkadiusz: Przywołałaś jeden z najważniejszych dla mnie tekstów na tej płycie. Nie ma znaczenia ile mamy lat. Każdy z nas może być Romeo i Julią. Bohaterowie płyty — Jan i Krystyna — są po czterdziestce. Bardzo mi zależało, żeby każdy słuchacz mógł „przekleić” swoją twarz na twarz Romea i swojej ukochanej partnerki na twarz Julii. Romeo wcale nie musi mieć przystojnej twarzy Leonarda DiCaprio z najsłynniejszej ekranizacji w reżyserii Baza Luhrmanna. Ja sam mam ulubioną ekranizację Romea i Julii — tę Franco Zeffirellego. Tam grała przepiękna Olivia Hussey. Ale to też nieprawda, że Julia musi mieć piętnaście lat, jak było w oryginale u mistrza ze Stratfordu. Julia to możesz być Ty. To może być Twoja mama. Przepraszam – nawet Twoja babcia. Tak, jak było w teledysku do „Werony”, pierwszego singla z tej płyty. Tam, z pełną premedytacją osadziliśmy akcję w Domu Seniora Muzyka pod Piasecznem, we wsi Kąty. Aktorzy, którzy wcielili się w Romea i Julię mieli około dziewięćdziesiąt lat. Pensjonariusze tego domu wystąpili jako statyści. I wiesz co? Życie dopisało nam scenariusz, którego nigdy byśmy nie wymyślili. W przerwie między ujęciami podchodzi do mnie starsza pani z balkonikiem, trzymając za rękę swojego kolegę. Łapie mnie za ramię i mówi: „Panie Areczku, ja chciałam przedstawić mojego absztyfikanta. On mi się wczoraj oświadczył i my bierzemy ślub”. No i my po prostu zwariowaliśmy. Wszyscy – zamiast patrzeć na aktorów – patrzyli na tę zakochaną parę dziewięćdziesięciolatków. Jak oni się trzymali za ręce, jak się przytulali, tańczyli, miziali, migdalili… (śmiech) Nastolatkowie nie mają tylu motyli w brzuchu, co ci starsi państwo. To był najlepszy dowód, że miłość naprawdę nie zna wieku. Romeo i Julia to może być każdy z nas.

Alicja: To bardzo poruszające. To też piękny przykład, że mimo często trudnego dialogu międzypokoleniowego, istnieją między nami uniwersalne wspólne mianowniki. Jednym z nich może być właśnie ta miłość. Co według Ciebie łączy pokolenia w tej sferze?

Arkadiusz: Wiesz co, ja nie mam poczucia jakiegoś wielkiego konfliktu pokoleń. Z moimi synami mam świetny kontakt. Myślę, że kluczem do wszystkiego jest rozmowa i nie narzucanie swoich zasad, swoich mądrości. Nie stawianie się w pozycji mentora: „Bo jestem starszy, więcej wiem, więcej przeżyłem, więc rób, jak ci mówię” – nie. Kluczem jest słuchanie drugiej strony. I jeśli mnie zapytasz lub poprosisz o radę, to ją dam. Jeśli nie, to nie narzucam swojego światopoglądu. Mało tego, klawiszowcem w zespole Dr Misio jest Adam Czarnecki. Oprócz tego, że jest niezwykle uzdolniony muzycznie, to ma dwadzieścia osiem lat, dokładnie tyle samo, co mój najstarszy syn. Nie ma między nami żadnych podziałów. Nadajemy na tych samych falach. Traktowanie się po partnersku to jest chyba tajemnica tego wszystkiego. 

Alicja: Pięknie powiedziane. To może teraz pytanie z pozoru banalne – czym jest prawdziwa miłość według Arka Jakubika?

Arkadiusz: Jest wszystkim. Bez miłości by nas nie było. Powtarzam to czasem na koncertach — choć moja żona nie cierpi, kiedy mówię to publicznie. (śmiech) Że jestem prostym chłopakiem ze Śląska Opolskiego i że miłość to jest ciężka robota. To znaczy, że budzisz się obok swojej kobiety i codziennie rano każdy z nas powinien schodzić na dół do piwnicy, by otworzyć piec, wziąć łopatę, naładować węgiel i wrzucić go do pieca. Musisz pilnować tego ognia, bo jak zapomnisz o tym i ten ogień w środku zgaśnie, to już go nigdy nie rozpalisz. 

Alicja: No dobrze, ale w Twoich tekstach padają też słowa: „Miłość to strach, co w głowie ciągle się panoszy”, „Miłość to żal, co w oku szczęśliwego tonie”. Płyta opowiada o smutnej historii — jest w niej dużo żalu, zdrady, bólu, śmierci… Zastanawiam się, czy to jest próba oswojenia się z tymi trudnymi emocjami? Czy da się z nimi oswoić? 

Arkadiusz: Nie wiem. Ale myślę, że warto próbować. Na pewno temu albumowi towarzyszy Afrodyta, bogini miłości — bo to przecież opowieść o pięknej, choć trudnej miłości Jana i Krystyny z Piaseczna. Ale wiesz, ja tego wszystkiego nie wymyśliłem sobie, siedząc przed ekranem laptopa. Kiedyś Romeo miał na imię Oskar, a Julia — Ruth. „Oskar i Ruth” to było przedstawienie, które grałem z moją żoną, Agnieszką przez 17 lat, a jesteśmy ze sobą razem 33 lata. Tak, jesteśmy dinozaurami w naszym środowisku. (śmiech)  I cały czas pięknie dajemy sobie radę. Dlaczego o tym mówię? Bo ten spektakl stał się dla nas czymś naprawdę ważnym. Raz, że przeglądaliśmy się w nim jak w lustrze, do dziś przerzucamy się w domu tekstami z tego przedstawienia — a dwa, że była to nasza taka prywatna, małżeńska autoterapia. Umówiliśmy się, że nie możemy zagrać tego spektaklu, jeśli jesteśmy pokłóceni. Bo to historia takiego kompletnie zwariowanego małżeństwa — oni się non stop kłócą, a potem się godzą i robią to w różnych konwencjach filmowo-teatralnych. Wiadomo, że w każdym, nawet najlepszym związku są ciche dni. Z naszej wsi mieliśmy godzinę drogi do Teatru Powszechnego, gdzie graliśmy ten spektakl. I pamiętam, że czasem zdarzały się takie ciche dni. Agnieszka jest Skorpionem, ja upartym osłem spod znaku Koziorożca. Jedziemy na spektakl samochodem — ja prowadzę, ona obok. Ani słowa. Nie patrzymy nawet na siebie. W garderobie — dalej nic. Godzina do spektaklu – ona się maluje, ja się przebieram. Inspicjent przychodzi i mówi: „Kochani, widownia wchodzi i za piętnaście minut zaczynamy” – my nadal milczymy. Minuta do dziewiętnastej — z głośnika słychać: „Zaczynamy, zapraszam za kulisy”.
Zapalają się światła na widowni, zaczynają grać Beethovena, a my nie wychodzimy na scenę, bo wiemy, że nie możemy wyjść pokłóceni. Każde czeka na to, kto pierwszy wyciągnie rękę.
Każda sekunda trwała wieczność, ale w końcu zawsze ktoś się łamał. Najczęściej pół na pół: „Chodź tutaj, ty durniu jeden…” „No już, zołzo jedna…” I się przytulaliśmy. Dopiero wtedy mogliśmy wyjść i zagrać Oskara i Ruth. Przestaliśmy grać, bo Agnieszka na ostatnim spektaklu złamała nogę, mieliśmy długą przerwę i trudno było wrócić. Plan jest taki, żeby zagrać go kiedyś w domu. A jak się uda, to żeby go grać raz w roku w styczniu. Będziemy zapraszać naszych przyjaciół, znajomych na urodziny, ale pod warunkiem, że obejrzą u nas w domu Oskara i Ruth. Jestem ciekawy, jak będzie to wyglądało, gdy będziemy mieli po dziewięćdziesiąt lat. (śmiech)  Właśnie z tej historii zrodził się pomysł na Romea i Julię z Piaseczna. Tyle tylko, że z jednej strony przygląda się tej historii Afrodyta, a z drugiej… Thanatos, bóg śmierci. Bo z nią też musiałem się zmierzyć. Zbliżyć się do niej, spróbować ją zrozumieć. To był dla mnie bardzo trudny czas…

Alicja: Bo płytę zadedykowałeś swojej mamie…

Arkadiusz: Tak, to był trudny czas kiedy odchodziła. Wszystko jej zawdzięczam. Dlatego na tej płycie stykają się dwa światy: miłości i śmierci. A najważniejszy dla mnie refren zamyka album słowami: „Miłość i śmierć wszystko wybaczy, miłość i śmierć — już wiesz, co znaczy.”

Alicja: To jest właśnie przykład tego, z czym wszyscy się mierzymy…

Arkadiusz: A propos ostatniej piosenki czy wiesz, że powstała dużo później? Pracę nad płytą skończyłem na dziewiątej piosence — „Romeo i Julia żyją”. Tam padają słowa: „Jan wynurza się z wanny, woła – Krystyna – cisza. Koniec filmu.” I to było dla mnie zamknięcie tej fabularnej opowieści. Dobra, teraz chwila nepotyzmu – wszystkie demówki nagrałem z moim młodszym synem, Jankiem. Potem, z tym materiałem poszedłem do Olafa Deriglasoffa i pamiętam, że miałem cały czas poczucie, że czegoś mi tam brakuje. Nie wiedziałem jeszcze czego. Zaczęliśmy pracę z Olafem nad tymi dziewięcioma demówkami — poprawki, aranżacje… I dopiero po czterech miesiącach zrozumiałem czego brakuje. Pozytywnego zakończenia. 

Alicja: A może nadziei?

Arkadiusz: Też. Jesteśmy teraz przed kinem Kinogram. Ja — jako widz, zwykły człowiek — lubię, gdy film kończy się jakimś światełkiem w tunelu. To nie musi być happy end, ale odrobina pozytywnej energii. Na tej płycie wtedy tego nie było, dlatego dopisałem dziesiąty utwór pt. „Epilog”. Z tym refrenem: „Miłość i śmierć wszystko wybaczy”. Z takim obrazem, że Jan i Krystyna Marcowie grają sobie Szekspira gdzieś w równoległym świecie, a ludzie z aniołami siedzą z colą , popcornem i oglądają ich jak w kinie. Właśnie z takim obrazem chciałbym, żeby słuchacz zakończył tę podróż.

Alicja: Przejdźmy zatem do koncertów. Zagraliście już te utwory na żywo?

Arkadiusz: Ała… tylko raz i to dawno temu. Poczekaj, bo przypomniała mi się zabawna historia związana z tą płytą i graniem. Praca nad tymi piosenkami zaczęła się jeszcze w czasie pandemii.  Synkowie wrócili wtedy do domu. Wszyscy byliśmy pozamykani i razem z młodszym synkiem, Jankiem, graliśmy kompulsywnie w Fifę na PlayStation. Janek niestety był dużo lepszy ode mnie. Tak spinałem dłonie na tym padzie, że nabawiłem się… zapalenia stawu łokciowego. Poszedłem do lekarza, a on mówi: „To łokieć golfisty”. Ja na to: „Panie doktorze, ja w golfa nie gram”.
– „No to łokieć tenisisty”. – „W tenisa owszem, ale teraz korty pozamykane”.
I mówię: „Panie doktorze, to jest nowa jednostka chorobowa — łokieć fifisty”. (śmiech) Zakazał mi grania na padzie. Wtedy właśnie, odstawiając Fifę, zaczęliśmy z Jankiem, który świetnie gra na gitarze, w domowym studio pracować nad płytą. Zamieniliśmy Fifę na Romea i Julię. Dwa lata temu ta płyta była już gotowa i miałem ogromny dylemat, bo jednocześnie pracowałem nad płytą Dr Misio pt. „Chory na Polskę”. Początkowo planowałem, że „Romeo i Julia żyją” wyjdzie jesienią jako pierwsza. Ale zmieniłem zdanie. Uznałem wtedy, że to co dzieje się w Polsce, jest ważniejsze. Romeo i Julia to uniwersalna opowieść, spokojnie mogła poczekać. Skończyliśmy zatem płytę „Chory na Polskę”,potem premiera, trasa jesienna, wiosenna, znowu jesienna… I pamiętam — wracaliśmy busem z ostatniego koncertu Dr Misio w grudniu zeszłego roku… Wziąłem z domu głośnik, puściłem zespołowi całą płytę „Romeo i Julia żyją”. Wiedzieli, że coś tam nagrałem, ale nie słuchali wcześniej całości. Zapytałem, czy im się podoba – powiedzieli, że tak. Zapytałem więc, czy chcieliby zagrać to w składzie „misiowym” – zgodzili się wszyscy.

Od stycznia zaczęliśmy pracę nad aranżacjami – mamy tylko jednego gitarzystę w zespole, a płyta jest mocno gitarowa. Po trzech miesiącach prób, w marcu zagraliśmy jeden, jedyny koncert.
Performance właściwie — na festiwalu teatralnym w Inowrocławiu. Zobaczyliśmy wtedy, że to działa. Publiczność przyjęła nas bardzo gorąco. Chcemy ten materiał grać i jak tylko skończy się moja przygoda z filmem o Jacku Kuroniu, to na jesień startujemy z trasą koncertową z materiałem z tego albumu.  Choć w wakacje jeszcze zagramy dwa, trzy koncerty.

Alicja: Wspaniale. Zapraszamy już teraz! Na albumie jest dziesięć utworów — dziesięć filmowo-muzycznych odcinków. Domyślamy się, że założeniem było, żeby każdy słuchacz mógł stworzyć w głowie swój własny film. Ale… widziałam, że już pojawiają się prośby o ekranizację. Czy myślałeś o tym?

Arkadiusz: Taki pomysł chodzi mi po głowie, ale to się jeszcze musi skrystalizować. Na pewno nie będzie to wizualizacja jeden do jednego, bo ta opowieść już istnieje jako płyta. Myślę raczej o alternatywnej historii. Jan Marzec wraca po latach do Piaseczna z tą płytą i z tymi piosenkami w roli głównej. Taki mam pomysł z tyłu głowy. Nie będę spoilerował, ale myślę o tym, żeby w przyszłości powstał na bazie tego pomysłu film… prawdziwy fabularny do kina.

Alicja: Jest na co czekać! I wtedy widzimy się na premierze w kinie Kinogram?

Arkadiusz: Dokładnie! A potem zagramy koncert w sali obok.

Alicja: Skoro już o nowych projektach mowa — w jednym z wywiadów powiedziałeś, że za każdym razem szukasz czegoś nowego, zaskakującego. Czy trudno dziś zaskoczyć nowym projektem Arka Jakubika?

Arkadiusz: Trudno. To znaczy muzyczne rzeczy Dr Misio tworzę z moimi przyjaciółmi z zespołu.
Przy solowych albumie po prostu robię tak, jak uważam. Nie mam wtedy nad sobą żadnego producenta, reżysera…

Alicja: Jest to dużo większa wolność?

Arkadiusz: Tak. To potrzeba mówienia własnym głosem. Natomiast, jeżeli chodzi o propozycje filmowe czy teatralne – dostaję ich trochę – zawsze początkiem lub końcem rozmowy dla mnie jest lektura scenariusza. Jeśli coś mnie poruszy, jeśli czuję, że mam w tym projekcie coś do przepracowania – wtedy wchodzę w taki filmowy czy teatralny projekt. Ale jeśli mam tylko wystąpić, dać swoją „twarz”, powiedzieć parę zdań złożonych i zarobić parę złotych, a nie będzie mnie to jakoś przejmowało jako człowieka… to nie jestem chyba jeszcze gotowy, aby w takich projektach brać udział.

Alicja: To może przewrotnie zapytam – czy znajdujesz przestrzeń, aby sam siebie zaskakiwać zawodowo? Czy coś zaskoczyło Ciebie ostatnio? 

Arkadiusz: (Śmiech) Ja wiem… Niedawno zdarzyło się coś takiego bardzo dziwnego. Rok temu zadzwoniła do mnie moja agentka, Donata Rojewska z propozycją polsko-izraelskiej koprodukcji.
Debiutująca reżyserka Or Sinai napisała scenariusz oparty na swojej historii.  Przeczytałem go i… mi po prostu spadły kapcie. Posmarkałem się, popłakałem, pośmiałem. Pomyślałem sobie: „Jakubik, takiego scenariusza nie czytałeś od lat. Musisz w tym zagrać”. Tak się stało. Film nosi tytuł „ Mama”. To kino realistyczne, art-housowe. Kręciliśmy go na Podkarpaciu w małej wiosce.
Rok temu nie przypuszczałbym, że trafi on na festiwal w Cannes. Że pierwszy raz w życiu dostanę zaproszenie i wejdę na ten legendarny czerwony dywan. Chociaż ja nie jestem „ściankowy” i trochę się bałem tego Cannes, ale wszystko tam elegancko się odbyło i film się bardzo publiczności spodobał. Przyszedł do nas dyrektor artystyczny festiwalu Thierry Frémaux i powiedział:„Obejrzałem tysiąc dwieście filmów z selekcji i Państwa film jest jednym z najlepszych”. Pogratulował, a nie musiał tego robić, zwłaszcza debiutującej reżyserce. To dla nas bardzo wiele znaczyło. Ten właśnie film o jest taka rzecz, która mnie samego zaskoczyła i przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Tak to jest, że jak się ludzie za bardzo napinają przy realizacji jakiegoś filmu, to zazwyczaj nic z tego nie wychodzi. A jeżeli po prostu robimy jakąś emocjonującą, przejmującą opowieść, to czasami z takich spotkań coś sensownego może wyjść. 

Alicja: Arku, w takim razie takich pozytywnych zaskoczeń Tobie życzę jak najwięcej.
Dziękuję pięknie za rozmowę. Pozostaje nam zaprosić na koncerty i czekamy oczywiście na kolejne filmy.

Arkadiusz: Dziękuję, Alicjo. Pozdrawiam Państwa serdecznie. Do zobaczenia!

Fot. Bartosz Maciejewski

Reklama