
Karolina Ciesielska: Są ze mną Martyna Byczkowska i Kaja Zalewska, tuż po premierze
swojego pełnometrażowego debiutu „La petite mort”. Nie jesteście tylko partnerkami artystycznymi, ale też przyjaciółkami od „zawsze”. Od kiedy się znacie i gdzie się poznałyście?
Martyna Byczkowska: „Od zawsze” to może nie.
Kaja Zalewska: Był okres, że się nie znałyśmy.
Martyna Byczkowska: Rozmawiałyśmy nawet ze znajomymi, że byłoby zabawnie, gdyby to był performance i gdybyśmy tak naprawdę były sobie obce.
Kaja Zalewska: Ja miałam siedem lat, Martyna chyba dziesięć. Poznałyśmy się w domku
letniskowym – przyjechałam do Martyny na wakacje, bo nasi rodzice się poznali. Pamiętam, że śmiałyśmy się z tego, że Martyna słuchała wtedy metalu, nosiła podarte dżinsy i rzemyki, a ja chciałam się pokazać i przyjechałam w różowych koturnach.
Martyna Byczkowska: Przypomnę, miałaś siedem lat.
Kaja Zalewska: Mama kupiła mi takie buty. Pamiętam to jako zderzenie dwóch światów.

Karolina Ciesielska: Ale właśnie to sprawiło, że się zaprzyjaźniłyście. Bardzo szybko zaczęła się też wasza współpraca artystyczna. „La petite mort” to debiut na dużym ekranie, ale pierwszy film zrobiłyście już prawie dwadzieścia lat temu – „Szczęśliwe małżeństwo”. Możecie powiedzieć coś więcej o tym projekcie?
Martyna Byczkowska: To był remake amerykańskiego filmu, choć nie pamiętam już jego tytułu. Historia opowiadała o młodym małżeństwie. Podczas porodu umarła żona i matka dziecka, zostali niemowlę i mąż. Na tym ucięliśmy historię. Była jeszcze lekarka, którą grałam ja – doktor Simpson. Mój brat grał rolę męża, mając chyba osiem lat.
Karolina Ciesielska: Miałaś wtedy trzynaście lat, a Kaja dziesięć?
Kaja Zalewska: Może byłyśmy nawet młodsze.
Martyna Byczkowska: W filmie jest wszystko, nawet napisy końcowe. Może powinnyśmy wrzucić to na YouTube. Bardzo podobała mi się scena mojego brata z Kają, kiedy się kłócili, a Kaja nagle zaimprowizowała: „A jak urodzi nam się dziecko, czy coś?” (śmiech)
Kaja Zalewska: Maciek wspaniale improwizował. Nie miał aktorskich aspiracji, ale był przez nas angażowany. Pamiętam, że w jednej scenie rozmawialiśmy ze sobą, a Maciek powiedział: „Pieczeń się pali, pójdę zobaczyć”. Jego improwizacje były niesamowite.
Martyna Byczkowska: Miałyśmy też płyty CD, które puszczałyśmy podczas nagrywania
scen. Potem trudno było oddzielić muzykę w montażu, więc oba nośniki nakładały się na
siebie.
Karolina Ciesielska: Można to uznać za zabieg artystyczny (śmiech)
Martyna Byczkowska: Jednak nie mogłybyśmy tego wrzucić na YouTube – musiałybyśmy zdobyć prawa do wszystkich piosenek z dwóch składanek: „Dziewczyny lubią dobrą zabawę” i „Dziewczyny czasem płaczą”.



Karolina Ciesielska: Teraz wróciłyście do współpracy i stworzyłyście „La petite mort”. Film został doceniony podczas festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie, zdobywając dwie nagrody: Jantara za szczególny wkład twórczy debiutanta oraz Nagrodę Dziennikarzy dla pełnometrażowego filmu fabularnego. Słyszałam, że było to dla was spore zaskoczenie.
Martyna Byczkowska: W środowisku filmowym zdarza się „ten telefon”, ale w naszym przypadku dotyczył czegoś zupełnie innego. Naprawdę nie byłyśmy przygotowane. To nie
jest kokieteria. Jeździmy na różne festiwale i widzimy, jakie pokazuje się na nich filmy. Samo dostanie się na festiwal było dla nas dużym wyróżnieniem. Ten projekt miał eksperymentalną formę i od początku czułyśmy, że nie ma sensu zgłaszać go do PISF-u czy Studia Munka. Dysponowałyśmy też zupełnie innym budżetem. Nie traktowałyśmy go klasycznie jako pełnometrażowego filmu. Teraz, pokazując go przy innych filmach festiwalowych, trochę tak jest.
Kaja Zalewska: Mogłyśmy sobie podszepnąć o tym, żeby przygotować podziękowania, ale kompletnie niczego się nie spodziewałyśmy. Później nawet bałam się oglądać transmisję, bo nie pamiętałyśmy, co powiedziałyśmy na scenie. Było dużo emocji, ale to naprawdę bardzo miłe uczucie.
Karolina Ciesielska: Z mojej perspektywy to wizualnie szalona uczta. Mam też poczucie, że jest to bardzo osobisty film. Myślę, że pokolenie osób urodzonych w latach 90. może z nim szczególnie rezonować. O czym chciałyście opowiedzieć?
Martyna Byczkowska: To trudne pytanie, bo wszystkie nasze myśli dotyczące dojrzewania, tego, gdzie jesteśmy teraz, a także różne pomysły na sceny i obrazy zawarłyśmy w tym filmie. Dlatego jest on tak złożony. Oczywiście ma pewną oś fabularną, ale całość składa się z bardzo osobistych mikroelementów. O każdej scenie mogłybyśmy opowiadać osobno.

Kaja Zalewska: Punktem wyjścia była postać Ofelii. Martyna miała wtedy za sobą rolę Ofelii w teatrze i chciała dalej rozwijać ten temat. Zaczęłyśmy od dość uniwersalnego pomysłu Ofelii stojącej przed sądem, ale później doszłyśmy do wniosku, że niezależnie od tematu będzie to przede wszystkim hołd dla naszej przyjaźni. Na to wszystko złożyły się nasze rozmowy, spotkania i próby.
Karolina Ciesielska: Miałam też poczucie, że to hołd dla lat 90. i początku XXI wieku, do których czujemy obecnie dużą nostalgię. Skąd bierze się ta tęsknota do tamtych lat?
Martyna Byczkowska: Nie chcę siać żadnych teorii – mówię o sobie osobiście i o tym, co dotyczy wielu moich znajomych, ale jest dosyć uniwersalne. Był czas kiedy internet dopiero wchodził do naszego życia. Telefony, YouTube i media społecznościowe już istniały, ale nie były jeszcze tak wszechobecne w naszej rzeczywistości. Więcej czasu spędzało się na zewnątrz, a nawet siedzenie przy komputerze było doświadczeniem grupowym, społecznym. Dzisiaj samotność i izolacja młodych osób są większe, dlatego patrzymy na tamten czas z nostalgią.
Kaja Zalewska: Nie miałyśmy też dostępu do wszystkiego. Chłonęłyśmy to, co amerykańskie. Pamiętam, że Martyna miała posegregowane płyty CD i na urodziny dostawała albumy Rihanny czy Fergie. Losowałyśmy numery utworów, do których będziemy tańczyć, i nagrywałyśmy się. Oglądałyśmy też „You Can Dance”, zbudowany na formacie „So You Think You Can Dance”. Wszystko było nowe i ekscytujące. Teraz mamy dostęp praktycznie do wszystkiego, co jest ogólnoświatowe.


Martyna Byczkowska: Kojarzy mi się to również z moimi rodzicami, którzy żyli w PRL-u i stali godzinami w kolejkach z kartkami. Kiedy my byłyśmy małe, pojawiały się supermarkety i coraz większy dostęp do różnych rzeczy. Zachłysnęliśmy się Europą i Ameryką. Czuliśmy, że teraz będzie już tylko lepiej. Mija jednak prawie sto lat od II wojny światowej. Nie chcę wchodzić w politykę, ale historia lubi się zapętlać. Mam wrażenie, że ludzie to wyczuwają. Jest w tym jakieś wyparcie, ale covid, wojna za naszą granicą i inne wydarzenia składają się na pewną całość. Możemy mówić, że Polska świetnie się rozwija,ale gdzieś z tyłu głowy odzywa się historyczny analityk, który przypomina, że długo nie było wojny, więc może to czas, żeby cały świat znów był w konflikcie. I w tę stronę to zmierza.
Karolina Ciesielska: Historia pokazuje, że co sto lat wojna wybucha w jednym lub drugim miejscu. Oczywiście miejmy nadzieję, że tak się nie stanie i że uda się znaleźć rozwiązanie.
Kaja Zalewska: Czuję bezpieczeństwo, wracając do tamtych czasów, i nie chodzi tu tylko o dzieciństwo. Przebodźcowanie, którego dziś doświadczamy, jest ogromne. Miło wracać do kaset VHS czy zdjęć – niekoniecznie idealnych, ale autentycznych i tworzonych z sercem. Było mniej możliwości, więc nie robiło się tysiąca zdjęć. Nawet kiedy miałyśmy już aparaty cyfrowe, karty pamięci szybko się zapełniały. Dziś możemy robić zdjęcia bez końca. A analogi były prawdziwym skarbem. Chyba dlatego lubimy wracać do tamtych rzeczy – dają nam poczucie bezpieczeństwa.
Karolina Ciesielska: A gdy myślicie o latach swojego dzieciństwa, to jakie obrazy pojawiają się w waszych głowach, poza płytami, kasetami wideo i zdjęciami? Może są wśród nich wspomnienia z Kartuz? Czy jest jakieś miejsce, które szczególnie wspominacie?
Kaja Zalewska: Rondo (śmiech). Martyna zawsze opowiadała, że jako nastolatka chodziła na rondo, gdzie spotykali się gimnazjaliści.
Martyna Byczkowska: Tak, bardzo miło wspominam rondo. Kartuzy bardzo się rozwinęły i dziś wokół ronda nie jeżdżą już samochody – jest tam deptak. Kiedyś rzeczywiście było to rondo. Siedziało się pośrodku, a wokół krążyły auta. Tak spędzaliśmy czas. Mam stamtąd różne nagrania, na przykład takie, na którym kręcimy „Titanica”. W „La Petite Mort” trochę z przymróżeniem oka inspirowałyśmy się Johnem Wilsonem, „How to with John Wilson” i jego sposobem pokazywania Nowego Jorku – z czułością, ale też z poczuciem humoru. W podobny sposób przedstawiłyśmy Kartuzy, choć są to Kartuzy z naszych wspomnień, nieco przejaskrawione. Nie chcę robić wielkiej reklamy Kartuzom, bo nie chciałabym, żeby nagle wszyscy tam przyjechali. Nie chciałabym też, żeby były przepełnione turystami. Niedawno oczyszczono jeziora…

Kaja Zalewska: Jest też kąpielisko.
Martyna Byczkowska: Wygląda to dużo lepiej, ale ja i tak wracam sentymentalnie do dawnych Kartuz. Rondo, parki, ławki, nasze skrytki, Wyspa Łabędzia – to miejsca, w których wydarzały się naprawdę ważne rzeczy.
Kaja Zalewska: Jest jeszcze Płaska – miejsce, w którym poznałyśmy się po raz pierwszy. Jeździłyśmy tam co roku. To właśnie tam powstawały nasze teledyski i pierwsze filmy. Chyba z nudów po prostu wymyślałyśmy sobie różne rzeczy. Kiedy chcę odpłynąć myślami, zamykam oczy i widzę ten pomost. Taki stary, bo teraz wszystko jest już odnowione. Zamykam oczy i widzę jezioro, pomost, kilka trzcin i ten obraz jest dla mnie pewnym ukojeniem.
Karolina Ciesielska: Oprócz tego, że chciałyście oddać hołd waszej przyjaźni i pokazać sentyment do przeszłości i do waszych miejsc, zdecydowanie eksperymentowałyście też z formą. W filmie pojawia się wiele różnych środków wyrazu. Na początku zastanawiałam się, w którą stronę to pójdzie, ale wraz z rozwojem historii film coraz bardziej się rozpędza i widz odnajduje rytm. Widziałam w tym performance, teledysk, teatralność, a także rozwiązania kojarzące się z mediami społecznościowymi, choćby poprzez wykorzystanie zoomu. Dlaczego ważne było dla was mieszanie tych form? Czy była to forma dla samej formy, czy zawsze stał za tym jakiś większy cel?
Martyna Byczkowska: Jeśli chodzi o kolory i jasne barwy, nasz operator, Ignacy Ciszewski, początkowo proponował takie zielonkawe biele. Wszystko wyglądało trochę jak pod wodą, było bardzo mroczne. Od razu poczułyśmy, że to może być zbyt dosłowne.
Skoro poruszamy trudne tematy, to mogłoby to być zbyt tautologiczne i oczywiste. Stwierdziliśmy wspólnie razem z Ignacym, że ten „oróżowiony” świat – czyli biel jak ze starej taśmy – lepiej oddaje aurę młodości i dzieciństwa.Nawet jeśli coś się rozpada, pozostaje przecież pragnienie szczęśliwego dzieciństwa. Jeśli chodzi o pracę kamery, w każdej scenie była ona albo cichym obserwatorem, albo uczestnikiem wydarzeń. W zależności od tego dobierałyśmy sposób filmowania. Czasem wynikało to również z okoliczności. Na przykład z jednej strony było okno, więc nie dało się ustawić kamery na Kaję. Wtedy mówiłyśmy sobie: „Dobrze, robimy jednego mastershota i zastanawiamy się, jak zrobić to w ciekawszy sposób”. Bywało też tak, że nie było czasu na wiele dubli i trzeba było wymyślić, jak nakręcić scenę w pół godziny.

Kaja Zalewska: To chyba też kwestia kombinowania. Kiedy zaczynamy robić film, budżet zazwyczaj nie jest duży. Od razu więc myślimy, co zrobić, żeby podać historię w sposób ciekawy dla widza – tak, aby brak finansowania czy czasu na planie nie były odbierane jako minus. Od dziecka trochę tak kombinowałyśmy. Bawiłyśmy się formą teledyskową, a Martyna od najmłodszych lat zajmowała się montażem. Bardzo lubiłyśmy to robić. Kamera i montaż stały się dla nas właściwie osobnym aktorem. To bardzo pomogło nam w tym eksperymencie. A kiedy już zaczęłyśmy iść w tę stronę, stwierdziłyśmy: skoro lecimy, to lecimy na całość.
Karolina Ciesielska: To imponujące, że wszystko powstało w nieco ponad tydzień. Wiem, że to nie jest standardowy czas na realizację filmu. Mówicie, że ograniczały was budżet i czas, ale czy to może być nowy sposób robienia kina? Mam wrażenie, że dziś jesteśmy mniej cierpliwi. Nawet duże produkcje mają coraz mniej dni zdjęciowych. Czy waszym zdaniem kino będzie zmierzało właśnie w tym kierunku?
Martyna Byczkowska: Pewnie dla producentów i osób odpowiedzialnych za finanse zawsze oszczędniej jest zrobić film w mniejszej liczbie dni, ale nie chciałabym, żeby nasz przypadek był przykładem na to, że „da się”. Oczywiście ograniczenia pobudzają kreatywność, bo zmuszają do szukania innych rozwiązań. Jednak gdybyśmy z Kają nie były tak niecierpliwe i nie miały potrzeby zrealizować tego filmu jak najszybciej – zamiast przez kilka lat szukać finansowania i ryzykować, że pomysł się wypali – to większa ilość czasu na pewno byłaby na korzyść. Da się znaleźć równowagę pomiędzy odpowiednim budżetem a higieną pracy, tak aby każdy poczuł się odpowiednio i nie pracował ponad swoje możliwości.
Kaja Zalewska: Wcześniej nie uczestniczyłam w planach filmowych, raczej sporadycznie, więc możliwość stworzenia czegoś własnego była czymś niesamowitym. Dlatego chciałabym, żeby ten film był też pewną zachętą – żeby kombinować. Ważne jest, żeby mieć wokół siebie ludzi, którzy chcą się zaangażować i pomóc. To chyba taki list od nas obu: wyrażajcie się, róbcie swoje, próbujcie. Powstało coś kompletnego i mamy możliwość skonfrontowania tego z widzami. Na ten moment jest to dla nas wystarczające i bardzo motywujące.

Karolina Ciesielska: Ja mogę tylko bić brawo i czekać na kolejne projekty. Chciałam jeszcze zapytać o wasze kariery. Kaja, mówisz, że dopiero wchodzisz na ten rynek i myślę, że po tym filmie wszystko potoczy się w bardzo dobrym kierunku. Martyna, ty jesteś w branży już od kilku lat i twoje nazwisko od pewnego czasu jest bardzo gorące. Masz już za sobą kilka dużych produkcji – oczywiście „1670”, “Absolutni debiutanci”, w zeszłym roku „LARP. Miłość, trolle i inne questy”. Czy jest jakaś produkcja, która dała ci szczególną satysfakcję podczas pracy?
Martyna Byczkowska: Nie, chyba każda produkcja ma swoją aurę i swój czas, który niesie ze sobą jakieś doświadczenia. To nie jest tak, że wybrałabym „mamę” albo „tatę”. Każdy projekt przyniósł mi coś innego i przed rozpoczęciem pracy nigdy nie wiedziałam, co za nim będzie stało. Zarówno przy „1670”, jak i przy „Absolutnych debiutantach” to miało zupełnie inny wymiar.
Karolina Ciesielska: A czy był taki moment, kiedy pomyślałaś, że ugruntowałaś już swoją pozycję na rynku? Czy jeszcze nie? Chociaż mam wrażenie, że byłaby to już fałszywa skromność.
Martyna Byczkowska: Nie wiem, co właściwie oznacza „ugruntowanie na rynku”. To temat, o którym rozmawiałyśmy z Kają – co tak naprawdę znaczy mieć ugruntowane nazwisko w Polsce. Mam wrażenie, że często jest to odbierane pejoratywnie: ktoś stał się już popularny, został „odhaczony” i teraz trzeba znaleźć kogoś nowego. Cieszę się, że Kaja jest teraz na etapie odkrycia – właściwie sama siebie odkryła, co jest piękne. Tupnęła nogą i pokazała, że jest. Mam jednak wrażenie, że w Polsce rozpoznawalność nie oznacza, że można już wszystko. Zmieniają się zasady gry. Znam reżyserów, którzy sugerują: „Nie, chcę odkryć kogoś nowego, a ty już jesteś odkryta”. Tylko co to właściwie znaczy?
Karolina Ciesielska: Każdy musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie, co znaczy bycie „odkrytym”. To pewnie narzuca również kolejne, obligatoryjne sytuacje czy zderzenia – ja mogę tylko trzymać kciuki. Chciałam jeszcze wrócić do humoru. W „La petite mort” i „1670” jest pewien podobny rodzaj humoru – trochę na granicy, oparty na pastiszu i czarnym humorze. Nie do końca wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Czy właśnie taka estetyka w kinie was przekonuje?

Kaja Zalewska: Mamy kilka takich inspiracji. Oczywiście Phoebe Waller-Bridge i „Fleabag” – od tego w ogóle wychodziłyśmy, jeśli chodzi o żart w filmie. Ale też John Wilson.
Martyna Byczkowska: Bo Burnham i Tim Robinson.
Kaja Zalewska: To jest specyficzny rodzaj humoru, który nie wszystkich bawi. Oczywiście, ogólnie jest tak, że każdego bawi co innego, ale chyba ważny jest też dystans do siebie. Lubimy śmiać się z samych siebie i z różnych okoliczności.
Martyna Byczkowska: Chodzi też o niezręczność. O to, jak daleko możesz się do niej zbliżyć, kiedy robi się już tak niewygodnie, że zaczyna być zabawnie. Niektórzy nie lubią tego uczucia i to też rozumiem. Wprowadzanie się w taki rodzaj cringe’u może generować
poczucie dyskomfortu.
Kaja Zalewska: Ja nie lubię takich sytuacji „na życie” ale kiedy je przeżywam, to później lubię mieć je w swojej „kieszonce” jako anegdoty. Myślę, że kolekcjonowanie takich historii jest czymś fajnym – nie tylko dla artystów, ale po prostu dla ludzi.
Karolina Ciesielska: A co ostatnio was zaskoczyło albo zachwyciło w kinie?
Martyna Byczkowska: Paradoksalnie – bo mówisz o zaskoczeniu – wróciłam do oglądania „Rodziny Soprano”.
Karolina Ciesielska: Czyli cały czas nostalgia.
Martyna Byczkowska: Tak, same powroty. Ale ciekawe jest dla mnie to, jak ten serial się starzeje. Konstrukcja jest taka, że po prostu działa. Nie dziwię się, że dla wielu osób jest to serial ikoniczny.
Kaja Zalewska: Ja ostatnio byłam w kinie na „Obsesji”, która jest teraz na językach. To mnie zaskoczyło, ale zaczęłam też zastanawiać się nad tym od strony scenopisarskiej. Jestem pod wrażeniem takiego mainstreamowego, a zarazem artystycznego podejścia do kina. Nagle film niskobudżetowy bije rekordy popularności i przyciąga do kin mnóstwo ludzi. To horror, czyli gatunek bardzo przystępny, ale zaczęłam się zastanawiać nad tym złotym środkiem – tą drabinką scenariuszową, którą posługują się artyści, reżyserzy i scenarzyści. Oddaję hołd temu, że powstało coś ciekawego i mainstreamowego. Pojawiają się tam świetni aktorzy, którzy wcześniej nie byli znani – ktoś po prostu im zawierzył.
Martyna Byczkowska: Na Millennium Docs Against Gravity był film Johna Wilsona „Jak zrobić film o betonie”. Bardzo go polecam, szczególnie fanom „Rodziny Soprano”, bo występuje tam Michael Imperioli, czyli Christopher. Jest tam świetna scena. John Wilson chce zrobić film o betonie i nie wie, jak zacząć. Trafia na darmowy kurs scenopisarski, gdzie dziewczyna mówi: „Scenopisarstwo w stylu «Rodziny Soprano» już nie działa, kochani”. Następna scena jest z Christopherem, z którym rozmawia o betonie. Kocham Johna Wilsona za ten przewrotny humor.

Karolina Ciesielska: Zbliżają się wakacje. Poznałyście się podczas wspólnego wyjazdu i spędzałyście razem mnóstwo czasu. Czy planujecie jakąś wspólną podróż albo wakacje?
Martyna Byczkowska: Jedziemy razem na Malta Festiwal w Poznaniu.
Kaja Zalewska: Czeka nas teraz taka festiwalowa trasa. To trochę inne wakacje, ale bardzo ciekawe – będziemy w różnych miastach z pokazami filmu. Czasami zapominamy, że mamy to wszystko jeszcze przed sobą. To bardzo miłe uczucie, że nie tylko spędzamy razem czas, ale możemy też pokazywać coś swojego.
Martyna Byczkowska: I spotykać się z ludźmi. Koszalin pokazał nam, jak ważne jest pierwsze zderzenie z widzami. Bardzo się stresowałyśmy, bo film jest osobisty i dość nietypowy. Wiedziałyśmy, że opinie będą podzielone i nie wszystkim film będzie się podobał, co jest zupełnie normalne. Bałyśmy się jednak całkowitego braku odzewu.
Karolina Ciesielska: I jakie były reakcje?
Martyna Byczkowska: Ludzie podchodzili do nas, dzielili się swoimi historiami i przemyśleniami. To było szczere, a dla mnie bardzo poruszające, że w ogóle chcieli się tym podzielić, a przecież nie musieli. Jeśli nawet dziesięć osób na sto rezonowało z filmem, to każdy twórca powie, że właśnie po to się to robi.
Kaja Zalewska: Bardzo ucieszyło nas też to, że film trafił nie tylko do kobiet w naszym wieku, bo tak początkowo zakładałyśmy. Okazało się, że podchodzili do nas ludzie w różnym wieku i różnej płci. To było naprawdę piękne, bo każdy wynosił z tego coś dla siebie. Bardzo zależało nam na tym, żeby film był uniwersalny i żeby każdy mógł odnaleźć
w nim coś własnego.
Karolina Ciesielska: Myślę, że to dlatego, że każdy nosi w sobie jakieś tęsknoty. Niezależnie od czasu, w którym je umieszczamy, zawsze będą przemawiać do innych. Bardzo wam gratuluję i czekam na kolejne projekty. Uważam, że wniosłyście do kina nową jakość i z przyjemnością obejrzę to, co stworzycie następnym razem. Dziękuję wam za rozmowę.
Kaja Zalewska: Dzięki bardzo.
Martyna Byczkowska: Dziękujemy.
Fot. Bartosz Maciejewski




















