Robert Gonera: Hipokryzja znaczy aktorstwo 

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Specjalista od spektakularnych zniknięć i ważnych powrotów. Jak o nim pisze popularny filmowy portal „przystojny polski aktor młodego pokolenia”. ROBERT GONERA powraca w roli Ignacego Szwartzbarta w „Śmierci Zygielbojma”. 


Reklama

Z Robertem Gonerą rozmawia Grzegorz Kapla 

Rozmawiamy w świątecznym czasie Chanuki, w studio AnywhereTV, w dawnej fabryce Norblina, o krok od getta, więc zapytam o „Śmierć Zygielbojma”, film o wyjątkowej postaci, której historia  wciąż nie przebiła się do popkultury. Uda wam się to zmienić?   

 „Śmierć Zygielbojma” dotyka po pierwsze holokaustu, po drugie Szmula Zygielbojma, który popełnił samobójstwo, aby Zachód zechciał dostrzec to, co się dzieje z Żydami w okupowanej Polsce. Zagrałem Ignacego Szwartzbarta, przedstawiciela Rządu polskiego na obczyźnie. Temat polsko – żydowski w różnych formułach powraca. I choć nie zastąpi praktycznie nieistniejącej już kultury żydowskiej, w takim wymiarze, w jakim istniała przed holokaustem, to mamy z nią jakiś mistyczny, duchowy kontakt. Łącznie z przypominaniem najtrudniejszych czasów, w których byliśmy świadkami tego, co wyprawiał nazizm hitlerowski na terenach Polski. Holokaust jest cały czas umiejscowiony, oczywiście w sensie geograficznym, w Polin. Zygielbojm popełnił samobójstwo w akcie rozpaczy, po rozmowie z emisariuszem z Polski, czyli Janem Karskim, który przekazał te wieści. Co to były za wieści? Jak zostały one przekazane przez Karskiego Zygielbojmowi? Podejrzewam, że to pozostanie mroczną tajemnicą, jak wiele tajemnic XX wieku, II wojny światowej i holokaustu.

Spróbowaliście przypomnieć ten gest, bardzo polski, bardzo romantyczny. 

Krzysztof Krauze, świętej pamięci, z którym parę filmów zrobiłem, mówił że jest takie chińskie przekleństwo: „abyś wiedział pierwszy”. To przekleństwo dotknęło Karskiego i Zygielbojma, także Pileckiego, bo do nich wieści o wyjątkowym okrucieństwie pewnych działań docierały jako pierwszych. Pewnie przy okazji różnych okrutnych wydarzeń w historii, w szczególności okrutnego XX wieku, iluś tam ludzi wiedziało wcześniej. To jest przekleństwo. Karski żył do końca z tym ciężarem, bo to jest też film o Karskim, w gruncie rzeczy. Karski przekazuje instrukcje od Wyższych Rad Żydowskich z Polski, żeby Żydzi na świecie podjęli głodówkę w tej sprawie, żeby zwrócili uwagę dużych instytucji międzynarodowych czy światowych na Zachodzie. Zygielbojm nie podejmuje głodówki. Popełnia samobójstwo. Bez wątpienia, Karski musiał to zarejestrować. Wieści o holokauście zmieniały się na coraz gorsze. Od trucia gazem z ciężarówek do Cyklonu B. Może to wzbudziło w nim to uczucie, że w jakiś sposób, wieściami z Polski to on Zygielbojma doprowadził do tego aktu rozpaczy. Ja nie jestem specjalistą w tym, chociaż głęboko to przeżywam, podobnie jak przeżywam wszystkie kryzysy relacji polsko-żydowskich i w ogóle Polski ze światem. Jechałem tu z dolnośląskiej prowincji, gdzie zniknąłem i strasznie trudno mi o tym mówić, ponieważ do dziś poza nielicznymi nie został nikt, kto był świadkiem okrucieństwa holocaustu. Ja bardzo długo wyznawałem zasadę, że jeżeli czegoś nie dotknąłeś, to nie opowiadaj. Dziś ta relacja staje się opowieścią historyczną, ale XX wiek niezwykle silnie się odcisnął na świecie okrutnym piętnem wojen, kolonializmu. I to nie były tylko nazistowskie Niemcy, chociaż przede wszystkim… Jesteśmy w trudnej sytuacji. Ilu pozostało dziś w Polsce Żydów? Tysiąc? 

W ostatnią niedzielę zapalałem chanukową świecę z przyjaciółmi i to tutaj, niedaleko miejsca w którym jesteśmy, więc to życie, ta kultura wraca. Bardzo smutno zaczęliśmy, ale mamy świąteczny czas, idzie Boże Narodzenie, wróciłeś wspaniałym, ważnym filmem…

Mamy smutne konstatacje zostawić za nami, tak? Na Camerimage w Toruniu, na pięknie przygotowanej konferencji prasowej, praktycznie nie było zainteresowania tym filmem. Może jesteśmy zainteresowani już tylko kastowością „Teściów”, z całym szacunkiem dla tego obrazu, niż przestrogą wobec naszych relacji?  Krótko mówiąc, moim zdaniem przyjmowanie perspektywy XX wieku do rozprawiania o współczesności jest dzisiaj niebezpieczne. Trudne. A ja się martwię, żebyśmy nie zaczęli tego wieku, podobnie jak poprzedniego. 

Skoro dotknęliśmy rozrywkowego aspektu życia, to Twoje spektakularne zniknięcie też dostarczyło przed kilkoma laty, nie ma co ukrywać, sporej dawki rozrywki. Zniknąłeś spektakularnie.

Ja takich cezur nie widzę. Rejestruję je przy okazji takich rozmów jak nasza, a jakieś tam stany niepoprawności rejestrują media niższego rzędu, typu Fakt czy Pomponik, ja tym nie żyję, ja nawet nie mam telewizji.

Chciałeś sprowokować ten medialny świat do jakiejś reakcji?

Nie, nie, to jest tak, że mi się bardzo dostało od mediów. Umiem znikać, umiem się pojawiać, bo w pewnym sensie musiałem zostać swoim własnym kontrwywiadowcą, to znaczy wiedzieć czego, poza aktorstwem, które uprawiam trzydzieści lat, chce ten świat. Ja go nie znałem nawet zanim nie zabrał się za wynurzenia na mój temat. Nie wiedziałem jak mogą zinterpretować moje zachowania, czy dresscode. W sytuacji, którą wspominasz, wylądowałem zmęczony po zdjęciach w Berlinie, w kurtce ramonesce, więc nie mogłem po prostu usiąść w eksponowanym miejscu na uroczystej prezentacji ramówki pewnej telewizji. Ale czy to była przyczyna mojego zniknięcia? Nie wiem. W zasadzie to nigdy na dobre nie zniknąłem ani nigdy na dobre się nie pojawiłem. 

To nie jest prawda. Dzięki „Grom ulicznym”, czy rolą w „Długu” zapisałeś się w historii kina.

Dziękuję bardzo, ale normalnie jest tak, że winda działa tylko w górę, w moim przypadku było inaczej. Ja jestem raczej constans. Jak patrzę na siebie ubranego dzisiaj, to przypomina mi się moje zdjęcie z lat 80-tych. W zasadzie wyglądałem podobnie, też założyłem nową marynarkę. W tym sensie uprawiam mój zen od tych trzydziestu paru lat i nie mam poczucia, żebym się bardzo zmieniał, znikał, czy się pojawiał. To jest wyłącznie kwestią oceny ludzi, którzy obserwują mnie z dystansu, kiedy udzielam wywiadów, kiedy podsumowujemy jakieś historie. Dzisiaj akurat to rozmowa, dlatego mam okazję na żywo reagować, ale częściej jest inaczej. Moją rodzinę, moją mamę dotyka to w szczególności. Mama przytacza mi coś, co rzekomo powiedziałem w „Na żywo”, czy „Na gorąco” nawet nie znam tych tytułów.  To nie jest mój świat. Ja tym nie żyję. Oczywiście, biorę to na siebie, jednak jest to część mojego świata. Nie mogę tego negować, skoro ten świat pozbawił mnie rodziny, opieki nad dziećmi, w gruncie rzeczy ulokował mnie na pozycji „znikającego samotnika”. Mówię szczerze, mówię o tym, o czym być może aktorzy tego świata nie wiedzą. Ja też, zaznaczam, tego nie rozumiem, bo to przecież nie są media, to jest jakieś inne zjawisko. Może oni naprawdę nie rozumieją, jak to wpływa na losy innych ludzi? Na nasze życie?

Może nie mają czasu na taką refleksje, bo gonią za klikalnością? 

– Tak, no więc ja się odpłacam tym samym. Nie chce mi się rozumieć tego świata, nauczyłem się tego, jestem dorosły, pewnym sytuacjom ufam, innym nie ufam. Kontroluję to, co mówię. Ale proszę mi wierzyć, że to jest bardzo trudne, kiedy ktoś tam odkrywa historię moich pomrukiwań na ramówce jednej z telewizji i ogłasza ją wszem i wobec całemu światu, podczas gdy to, co mówiłem, po pierwsze było wyrazem sympatii wobec tych osób, które jakoś tam w slangu naszym wewnętrznym kocham, lubię, szanuję. To miało być z mojej strony pozytywne, a przebił się obraz gościa, który siedział na podłodze w ramonesce i dogadywał. Stało się to młynem na rozmaite komentarze, rozbuchano tę całą sytuację, więc ja nie mam ochoty tego komentować. Nie jestem osobą, za którą mnie uznali, ale trudno dzisiaj uwierzyć komukolwiek, że jest w stanie kontrolować swój wizerunek. Jedna refleksja na koniec. Za takim potraktowaniem stoją prawdziwe dramaty. To jest okrutny świat. Poza fałszem i hipokryzją, która za nim stoi, nic tam nie ma. I ja nie mam nic do powiedzenia temu światu. Jestem prostym chłopakiem, który coś tam przeczytał, coś tam robił przez te trzydzieści lat. Dużo, bardzo dużo. I chyba zostałem zbyt poważnie potraktowany przez ten rykoszet rynku, jakim jest świat tego rodzaju mediów. Ja chyba nie powinienem być tak serio traktowany, bo ani ten zawód nie jest na serio, ani ja tak na serio nie jestem wyznacznikiem sztuki aktorskiej. Im jestem starszy, tym bardziej wycofuję się do milczenia poza rolami. Dzisiaj, jadąc do Warszawy, myślałem o tym, że żyjemy w czasach hipokryzji. Jesteśmy otoczni oceanem hipokryzji, a po grecku hipokryzja znaczy właśnie  aktorstwo.  Pierwotnie ten termin nie miał w ogóle kontekstu cywilizacyjnego. Oznaczał tylko po prostu aktorstwo. ‘Ypokrisía’. Ja to wiem od świętego pamięci Iliasa Wrazasa filozofa, marksisty, wrocławianina. Jest mi bliski, bo jestem też zanurzony we Wrocławiu, w Dolnym Śląsku, mieszkam w siedemnastowiecznym krajobrazie i to mi daje szczęście i ukojenie. Śląsk to jest sfera magiczna, nie opowiedziana w ogóle w Polsce.

To może o tym właśnie porozmawiamy następnym razem?

Dziękuję bardzo. 

 

Fot. Michał Buddabar

Reklama

External brain jako przewaga konkurencyjna w modzie

Ranita Sobańska w rozmowie z Barbarą Andrzejewską i Krystianem Cieleckim. Wspólnie rozkładamy na czynniki pierwsze jak połączenie strategii, produktu i AI wpływa na wyniki biznesowe. Mówimy o tym, dlaczego same pomysły nie wystarczą, jak poprawiać marżę i strukturę kolekcji oraz w jaki sposób wdrożenia AI mogą skracać czas decyzji i zwiększać efektywność organizacji.

Dla kogo Yoga Twarzy to będzie game changer? | Olga Szemley i Joanna Walaś

Dziś Joanna Walaś gości u nas Olgę Szemley – pionierkę jogi twarzy w Polsce i twórczyni Yogatwarzy – autorska metoda i Yogattractive (Jogatwarzy.com), jedynej metody jogi twarzy i automasażu w Polsce posiadającej certyfikat fizjoterapii, potwierdzonej 12 letnimi badaniami naukowymi nad kobiecymi rytuałami pielęgnacyjnymi na pięciu kontynentach oraz na Cambridge University.

Cena Sukcesu. Kiedy warto się zatrzymać? – Kamila Rowińska | Mentalne Espresso

W tej rozmowie Kamila Rowińska mówi bardzo szczerze o tym, dlaczego nie chciała być niewolnikiem własnego sukcesu, jak wygląda cena intensywnego życia zawodowego i co dzieje się wtedy, gdy człowiek zaczyna pytać siebie, czemu naprawdę chce poświęcić kolejną dekadę życia. Pojawia się też temat trudnego dzieciństwa, budowania sprawczości, kompensacji, pieniędzy, rodziny i tego, kim jesteśmy wtedy, kiedy zdejmie się z nas etykietę człowieka sukcesu. To rozmowa o dojrzałości, odwadze i o tym, że rozwój osobisty naprawdę opłaca się w każdym znaczeniu tego słowa.