
- Backstage | Wojtek Pilichowski
- #KONCERT Wojtek Pilichowski | Sounds Are Back In Town vol. 3
SLAP JAZZ – energetyczne, autorskie przedsięwzięcie, w którym jazzowa improwizacja spotyka się z funkiem, groove’em i koncertową mocą – to właśnie to mogliście usłyszeć dzisiejszego wieczoru w Fabryce Norblina. Grał dla Was Wojtek Pilichowski.
- Wywiad | NIETYPOWE KONCERTY ZAPADAJĄ MI W PAMIĘĆ | Wojtek Pilichowski i Alicja Pruszyńska
Alicja Pruszyńska w rozmowie z Wojtkiem Pilichowskim – tuż przed koncertem #SoundsAreBackInTown w studio #anywhereTV! Nasz gość jest jednym z najwybitniejszych i najbardziej rozpoznawalnych polskich basistów. Nasz gość to również kompozytor, lider zespołu i prawdziwy wirtuoz gitary basowej!
- Backstage | Arkadiusz Jakubik
- Wywiad | Arkadiusz Jakubik
- Sounds Are Back In Town – vol. 2 – Arkadiusz Jakubik
Szanowni Państwo – dla Was wszystkich, prosto z Fabryki Norblina i Kina Kinogram – Arkadiusz Jakubik / Dr Misio. Dziś prezentujemy numery prosto z płyty ‘Romeo i Julia żyją’ – miłego odsłuchu. A dla tych, którzy byli z nami stacjonarnie – wielkie dzięki!
Koncert / Sounds Are Back In Town / Vol 1 / Klaudia Sobotka
Pierwsze w Polsce wydarzenie, gdzie artysta streamuje koncert z naszego w pełni przeszklonego studia, a dźwięk i obraz trafiają na telebim i odsłuch w przestrzeni obok, w której witamy Was na otwartym evencie! Wszystko po to, żebyście mogli poczuć koncertowy klimat, nawet zanim padnie pierwszy dźwięk.
Konsekwencja jest drogą do celu | Klaudia Sobotka
Alicja Pruszyńska w rozmowie z Klaudią Sobotką – o twórczości, o projektach i planach na rozwój, a także o dzisiejszym koncercie, który już za chwilę! Widzimy się o 19:30 w Fabryce Norblina na poziomie Kina Kinogram i na social mediach Anywhere – na żywo.
Alicja Pruszyńska: Sounds Are Back in Town wraca – czyli cykl koncertów w naszym studiu AnywhereTV. Ze mną Wojciech Pilichowski, artysta, który wystąpił ostatnio na naszej scenie.
Wojciech Pilichowski: Rok nie minął, a my znowu się widzimy.
Bardzo się cieszę. Dzisiaj chciałabym skupić się trochę bardziej na twoim doświadczeniu koncertowym. A to doświadczenie masz już spore – grałeś na całym świecie. Pewnie nie zliczyłeś, ile koncertów zagrałeś.
Pewności nie mam.


Co dzieje się w twojej głowie tuż przed wejściem na scenę? Jakie to są myśli? Czy pojawia się jeszcze trema, stres? Myślisz bardziej o swoich emocjach czy o kontakcie z publicznością?
Czasami jest trema. Wciąż się pojawia – to zależy od miejsca. Ostatnio u was było jej trochę, bo koncert był streamowany, graliśmy „w internety”, muzyka poleciała w kosmos… więc było trochę tak zwanej „spinki”. Ale to chyba dobrze, że odrobina tremy wciąż jest – to mobilizuje.
Koncert w ramach Sounds Are Back in Town był dość nietypowy – bez bezpośredniego kontaktu z publicznością, za szkłem, transmitowany do sieci. Czy to właśnie takie nietypowe koncerty najbardziej zapadają w pamięć? Masz takie, które pamiętasz do dziś?
Tak, bardzo wyraźnie pamiętam mój pierwszy koncert z trio Jan Bo. W trakcie jedynego utworu, w którym grałem, pękła mi struna. To było coś przerażającego – kompletnie mnie to rozwaliło. Struna pękła w czasie solówki, jedynej solówki, którą jako basista grałem podczas tego koncertu. Do dziś to pamiętam. Dziś oczywiście też zdarza się, że struna pęka podczas koncertu, ale raczej jest to element humorystyczny i mam do tego luz. Ale tamto wydarzenie z 1991 pamiętam do dzisiaj.
To pewnie też kwestia doświadczenia i warsztatu. A w trakcie samego koncertu bardziej skupiasz się na swoich emocjach czy na kontakcie z publicznością? Jest miejsce na improwizację?
W mojej muzyce improwizacji jest dużo – także w relacji z ludźmi. Natomiast na dużych koncertach trudniej złapać kontakt z publicznością, bo ludzie są daleko, czasem nawet słabo ich widać. W małych klubach ten kontakt jest dużo bliższy.
Twoja muzyka świetnie sprawdza się zarówno w małych klubach, jak i na dużych festiwalach. A które sceny są tobie bliższe?
I duża scena, i mała mają swój urok. Fajnie jest grać różne koncerty – to właśnie jest fajne w tym zawodzie, że jest więcej zmiennych niż stałych.
Wrócę do tego, co dzieje się w twojej głowie. Kiedy wchodzisz do miejsca, w którym masz zagrać – na co zwracasz uwagę?


Przede wszystkim na to, czy mam wyłączony telefon. Zostawiam go w garderobie. Kiedyś zdarzyło się, że moja mama zadzwoniła w trakcie koncertu, a ja miałem telefon przy sobie. Pomyślałem wtedy, że przeproszę publiczność i odbiorę – bo skoro mama dzwoni, to trzeba. Chwilę porozmawialiśmy, a nawet dostałem brawa. Mama zresztą też.
Kiedy spotkaliśmy się kilka miesięcy temu, rozmawialiśmy o płycie „Slap Jazz”. Wtedy koncepcja zgrywała się do końca. Teraz możemy powiedzieć, że jest bliżej niż dalej. W kwietniu pojawi się pierwsza część, bo to kilkuetapowy projekt.
Tak, to kilkuetapowy projekt, związany też z moim czterdziestoleciem pracy na scenie. W przyszłym roku będzie dokładnie 40 lat.
Czyli to dla ciebie moment refleksyjny?
Tak, trochę tak – no bo 40 lat… to naprawdę kawał czasu. W moim zespole mam gitarzystę, która ma 23 lata, a ja gram już od czterdziestu. Ale spokojnie, da się z tym żyć.
Skoro już nawiązałeś do jubileuszu, to powiedz – muzycznie i zawodowo to dla Ciebie moment poszukiwań nowych rzeczy czy raczej świadomego sięgania do korzeni i doświadczenia?
W tym przypadku ta wieloetapowa płyta związana z czterdziestoleciem to zdecydowanie retrospekcja tego, co zrobiłem. Ale w większości utwory, które pojawią się na trzech płytach – bo to będzie trzypłytowe wydawnictwo – będą w zupełnie nowych aranżacjach, z nowym pomysłem. Mam z tego fajną zabawę. Mogę przemyśleć pewne rzeczy, inaczej się do tego podchodzi. W zasadzie zawsze, gdy płyta jest na etapie miksów, to już słyszę, że zrobiłbym coś inaczej.
Teraz daję sobie taką szansę – będzie około dwudziestu, może dwudziestu pięciu utworów, które robię na nowo przy okazji tych trzech albumów.
Skąd w takim razie ten pomysł i nowa energia się wzięła?

Wiesz, ja nie jestem wielkim zwolennikiem zmieniania utworów, które już się gra. Jestem w szczęśliwym położeniu – mimo że 80% mojej muzyki to instrumentale, ludzie je znają, grają na całym świecie. Bardzo się z tego cieszę i jestem za to wdzięczny. Zawsze trochę z zakłopotaniem słuchałem artystów ze świata piosenki, którzy po 10–15 latach zmieniają swoje znane kompozycje w taki sposób, że dopiero przy refrenie wiadomo, o jaki kawałek chodzi. Uważam, że szlagiery powinny być grane tak, jak zostały stworzone. Ale jednocześnie – to jest wolność artysty. Postanowiłem z tej wolności skorzystać i pokazać te znane utwory, które gram już od czterdziestu lat, w zupełnie inny sposób. Czasem są naprawdę wywrócone do góry nogami – szybkie, dynamiczne kawałki stają się balladami i odwrotnie.
Wspominałeś też, że inspirujesz się doświadczeniami zagranicznymi. Czy masz jakieś szczególne spotkania albo miejsca, które mocno zapadły ci w pamięć?
Po pierwsze Brazylia. To dla mnie ogromna inspiracja, nie tylko przez sambę, ale też przez ich muzykę zwaną „funky”. To brazylijskie funky nie ma nic wspólnego z amerykańskim, to muzyka ulicy. I to jest coś, co – w rozmowach z innymi brazylijskimi muzykami – wyczuwam, że budzi w nich pewien wstyd, to jest takie ich disco polo. Ja kompletnie nie mam problemu z polskim disco polo, bo każdy rodzaj muzyki emanuje emocjami, które jedni potrzebują, a inni nie. To funky jest bardzo wyjątkowe – nawet jeśli tam traktowane jest jako muzyka skrajnie komercyjna i maksymalnie prosta, to z punktu widzenia słowiańskiej duszy wciąż jest w nim dużo samby, nawet gdy muzyka tworzona jest przez instrumenty elektroniczne.
Z Kazachstanu przywiozłem sobie natomiast instrument o nazwie dombra – ma dwie struny z końskiego włosia. Użyłem go kiedyś przy jednej płycie – przez cztery takty. To nie jest łatwy instrument, ale na tyle dałem radę.
Każde spotkanie z Ameryką też jest inspirujące, muzycznie na pewno. Te tabuny bezdomnych również są inspirujące, zwłaszcza gdy rozmawia się z amerykańskimi muzykami o tym, jak wielu z nich ledwo wiąże koniec z końcem. Nie wszyscy o tym wiedzą, ale chciałbym, żeby mieli świadomość – to, jak żyją muzycy w Polsce, jest bardzo wyjątkowe i uprzywilejowane w stosunku do tego, jak żyją muzycy, którzy akurat nie są związani z jakimś większym komercyjnym projektem.

Mówisz o inspiracjach – także zagranicznych – i o tym, że twoja muzyka jest bardzo różnorodna. Czy jest jakiś wspólny mianownik, który byś w niej wskazał?
Wydaje mi się, że staram się emanować w mojej muzyce radością – celebrowaniem życia i chwili. Utwory, które gramy na koncertach, to drobne momenty – trwają pięć, czasem dziesięć minut. I staram się, żeby to była w większości radość w czystej postaci.
Niektórzy mówią, że prawdziwa sztuka kryje się w smutku – możliwe. Czasami też sięgam po smutek, ale myślę sobie, że kto urodził się w czasach PRL-u, ten zbyt wielu powodów do smutku w XXI wieku nie widzi.
Wspomniałeś też o odbiorcach za granicą. Pamiętasz moment, kiedy pierwszy raz poczułeś, że jesteś słuchany poza Polską?
Tak, to był 2015 rok. Byłem w Stanach, na targach NAMM Show. Byłem wtedy po płycie „Intro” i sporo zaczęło się dziać w social mediach i na YouTubie.
To było dla mnie dość zaskakujące – koleś z Pragi-Południe jedzie do Kalifornii, idzie na swoje granie, a ludzie go zatrzymują, proszą o zdjęcia, podchodzą do stolika w knajpie. Oczywiście to nie znaczy, że jestem znany w całej Kalifornii – po prostu w tym czasie i miejscu odbywały się te targi i było tam dużo ludzi związanych z muzyką. To było miłe, ale też trochę dziwne. Ja nie mam problemów z szajbą i wodą sodową. Znam muzyków, którzy mówią o sobie wyłącznie znakomicie, a ja potrafię odnaleźć w sobie wiele kłopotów, które mam sam ze sobą. To pozwala trzymać pion i cieszyć się tym, że dzisiaj rano pogadałem z sąsiadem o samochodach, o jedzeniu. To rówieśnik mojej mamy, ale ciągle mamy o czym gadać.

Czy to wszystko, co osiągnąłeś, to było to, o czym marzył mały Wojtek?
Myślę, że dobry Bóg dał mi o wiele więcej, niż marzyłem. Moim marzeniem było mieć pracę, która pozwoli mi kupić jeden komplet strun miesięcznie i mieć gdzie mieszkać. A dziś mam gitary i struny sygnowane moim imieniem – to są rzeczy, o których nawet nie marzyłem, bo nie wiedziałem, że coś takiego istnieje. Więc tak, bardzo się z tego cieszę. Aczkolwiek pozwól, że zacytuję mojego dziadka: nikt nie jest na tyle mądry, żeby nie mógł dostać taboretem w ryj. Czy „ryj” to obraźliwe słowo? Bułhakow pochyla się nad tym w „Mistrzu i Małgorzacie”, czy ludzie mają ryj.
Gombrowicz też mówił o gębie.
To zostawmy „w gębę”. Do dzisiaj celebruję złote myśli dziadka. Są do dziś bardzo istotne, adekwatne i konkretne.
A czy po tylu latach pracy scena potrafi cię jeszcze zaskoczyć?
Oczywiście.
Twoja muzyka działa bez słów – ale gdyby mogła coś powiedzieć?
Radość. Chciałbym przekazywać radość. Gdyby były teksty, pewnie jeden byłby o Mazurach, inny o szczęśliwej miłości, może jakiś o nieszczęśliwej… Ale generalnie staram się być przeciwwagą dla Kasi Kowalskiej, z którą grałem przez wiele lat. Ten jej strach, ból, smutek i lęk starałem się – nawet w busie – równoważyć humorem. Zresztą zacytuję Franka Zappę: „mówienie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze”. Więc powiem krótko – to jest jazz grany przez kogoś, kto wciąż czuje się częścią Pragi-Południe i jest z tego dumny. Gdziekolwiek bym był, jakichkolwiek modnych sklepów bym nie mijał, ciągle jestem tym samym typem.



























