Krystian Pesta: Jak Najszerzej, Jak Najgłębiej

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Julia Trojanowska: Cześć Krystian! Lubisz wywiady?

Krystian Pesta: Tak, bo możesz powiedzieć coś więcej. Czasem ludzie wyrabiają sobie opinie na podstawie tego, co zobaczyli na ekranie. Nie mają wglądu do tego, co za tym stoi i czym się kierowałeś. Wywiady są najlepszą możliwością, by poznać kogoś lepiej.

Zawsze mnie zastanawiało, czy dla artysty to jest przyjemność, czy przykry obowiązek. Akcja marketingowa, którą trzeba odbębnić.

Zależy jakie masz do tego podejście. Dla mnie ta świeżość jest jeszcze bardzo aktualna. Może dla kogoś, kto pracuje już czterdzieści lat i w pewnym momencie widzi w tym tylko obowiązek marketingowy, to naturalnie zaczyna do tego podchodzić technicznie. Rozumiem, że po tylu latach można pomyśleć: „co mogę więcej powiedzieć”. Jednak wydaje mi się, że za każdym projektem stoi inne doświadczenie, praca z różnymi ludźmi i nowy materiał, który masz do zrealizowania, kolejna przygoda. Zawsze jest coś ciekawego do powiedzenia. 

 
Reklama

Czyli jak już będziesz czterdzieści lat w branży i cię do nas zaprosimy, to będziesz dla mnie niemiły?

Nie! Wychodzę z założenia, że chyba cały czas będzie fajnie. 

Mówiąc o twojej karierze nie możemy nie wspomnieć o „Behawioryście”. Ten projekt był twoją trampoliną?

Patrząc nawet na to, od czego zaczęliśmy rozmowę, to poniekąd tak. Ludzi ciekawi to, jak ten projekt powstał, chcą się więcej dowiedzieć. Niewątpliwie była to trampolina. Ciężko mi teraz odnaleźć pierwszy punkt, bo było już tyle różnych zmian – zarówno teatralnych, jak i filmowych możliwości – ale ten był na wielką skalę i spowodował, że więcej ludzi się o mojej pracy dowiedziało. 

Stworzyłeś bardzo intrygującą kreację. Czytałeś wcześniej Mroza? Zapoznawałeś się z materiałem źródłowym? Gdy pytam o to aktorów, to większość mówi, że nie. Woli się odciąć od tego pierwotnego tekstu i mimo wszystko pracować tylko ze scenariuszem.

W tym przypadku trochę przechytrzyłem sprawę. Możliwe, że nie podszedłbym do tekstu źródłowego, gdybym wiedział, że będę grał Horsta. Sytuacja była jednak odwrotna, bo ja już kilka lat przed produkcją serialu trafiłem na książkę Remigiusza Mroza. Czytałem ją po raz pierwszy kompletnie nieświadomy tego, co się wydarzy za kilka lat. Pomyślałem sobie, że jeżeli mógłbym zagrać kiedyś postać Horsta, to spełniłoby się jedno z moich marzeń. Nie spodziewałem się, że kilka lat później odbiorę telefon z prośbą o nagranie zdjęć próbnych, a potem otrzymam tę rolę. Ten motyw jest dla mnie magicznym akcentem. Jest coś w tym powiedzeniu: „Uważaj co sobie wymarzysz, bo może się spełnić”. W moim życiu jest kilka takich przykładów, że sobie coś tam założyłem i nieświadomie te rzeczy wracają. 

Jaki miałeś pomysł na Horsta? Pozwoliłeś sobie na czerpanie z innych materii?

W przypadku Horsta nie było miejsca na dużą dozę spontaniczności. Wielokrotnie jestem pytany, czy można było sobie pozwolić na spontan na planie, czy dużo się działo przez improwizację. Niestety albo stety, Horst jest tak silnym konstruktem poprowadzonym od A do Z, do tego sam nad sobą ma wielką kontrolę i panuje nad mową swojego ciała, więc nie ma możliwości na przypadkowe ruchy, sytuacje czy słowa. Figlarności i improwizacji podczas kręcenia nie było. Chciałem przede wszystkim zawrzeć tam człowieka. Wiele osób, z którymi rozmawiałem po lekturze Remigiusza Mroza, widziało w nim psychopatę oraz pewnego rodzaju zwyrodnialca, który czerpie przyjemności z zadawania ludziom bólu i streamowania tego do Internetu. Dla mnie zawsze był tam człowiek. Nie usprawiedliwiałem go, bo to co zrobił moralnie jest złe, natomiast to nie jest tylko jakaś maszynka do szokowania, za tym wszystkim stoi człowiek z krwi i kości, który ma swoje emocje, doświadczenia, ciekawą przeszłość, w której został skrzywdzony. To są jakieś odpryski tego wszystkiego. On również chce kochać – szuka miłości, szuka odkupienia za wydarzenia z przeszłości. To było dla mnie najważniejsze. 

Wspomniałeś, że wcześniej przeczytałeś powieść Remigiusza Mroza. Lubisz takie kryminalne klimaty?

Kiedyś kompletnie nie, to nie były moje czytelnicze rewiry. Nagle zacząłem odkrywać, że z gruntu prosty gatunek – bo on cię tak wkręca, że czytasz to w sekundę – ma w sobie wartkość akcji i takie sploty wydarzeń, że idziesz w to jak w dym. Nagle zacząłem sobie zdawać sprawę, że czasami moja głowa tego potrzebuje. To jest na tyle interesujące, że chcesz jako bohater ciągle to zagłębiać. Patrząc na to nawet od strony aktorskiej, motywy działania ludzi i ich psychologia to jest coś, co mnie najbardziej kręciło. Psychologia i charakterystyka są niewątpliwie najważniejsze w budowaniu i kreowaniu postaci. Kryminał jest wypełniony takimi rzeczami, więc można ich sporo poodkrywać.  

Na polu zawodowym też chciałbyś głębiej eksplorować, czy może szukasz wyzwań całkiem innych od tego, co do tej pory robiłeś?
Chciałbym eksplorować jak najszerzej i głębiej, bo wydaje mi się, że w tej materii da się zrobić bardzo dużo, dokopać się dosyć głęboko. Dla mnie, z aktorskiego punktu widzenia, dobrze byłoby rozkopywać się wszerz. Jest jeszcze tyle możliwości, tyle opcji do zagrania i spróbowania. To zresztą powiedziała mi producentka „Behawiorysty” Viola Zaorska – żebym nigdy nie dał się ograniczyć do możliwości próbowania tylko jednej rzeczy. Dla ciebie może być zarówno rola romantyka, jak i XIX-wiecznego poety czy współczesnego policjanta. Wachlarz jest ogromny.

W tym wachlarzu znalazło się miejsce na program „Azja Express”. Co cię skłoniło do tego, by pokazać się szerokiej publiczności z niecodziennej perspektywy?

Skusił mnie telefon, który odebrałem ze stacji TVN. Zdarzył się on w idealnym momencie, bo dosłownie dwa tygodnie wcześniej byłem na wakacjach i w dniu moich 30 urodzin rozmawialiśmy o „Azji Express”. Typowaliśmy, kogo zabrałabym ze sobą, jeżeli kiedykolwiek taki telefon by zadzwonił. Program sam w sobie oferuje super podróż, doświadczenia w ekstremalnych warunkach. Jednak czym innym jest to sobie oglądać wygodnie na kanapie, a czym innym jest przeżyć naprawdę. Nie masz zagwarantowanego jedzenia, nie masz też noclegów. Chciałem to sprawdzić na własnej skórze i życie pokazało, że wgryzasz się jeszcze głębiej. Ma to swoją ciężką, ale także piękną stronę, kiedy na przykład poznajesz nowych ludzi, wchodzisz do ich mieszkań, które nie są przygotowane „bo dziś przyjdzie telewizja i trzeba ładnie posprzątać”. Spotykamy kogoś na ulicy i prosimy go o nocleg, on otwiera nam drzwi, pokazuje swoją gościnność, otwiera lodówkę, przygotowuje kolację, wyprawia nam  śniadanie. To było sprawdzanie swoich granic – gdzie jest moment, w którym zderzasz się ze ścianą i nie dajesz rady. Z drugiej strony mam tak, że chce sprawdzić, czego jeszcze mogę spróbować. Myślałem, że może będą konkurencje z jedzeniem jakiś okropnych rzeczy, albo skok na bungee. 

I w tych konkurencjach byłbyś mistrzem?

Na pewno chciałbym się w tym sprawdzić. Ostatecznie takich konkurencji nie było, ale wspomniana chęć uczestniczenia w nich dotyczy właśnie sprawdzenia i przekroczenia swoich granic. 

To chyba także spory sprawdzian dla człowieczeństwa i pokory?

Absolutnie. Ja bardzo chętnie podróżuję i wiele ludzi mnie pyta, czego to poznawanie świata mnie uczy. Te wyjazdy uczą właśnie pokory. „Azja Express” rządzi się własnymi prawami, innymi niż wyjazd prywatny. Wydaje nam się, że jesteśmy pępkiem świata – tak naprawdę jesteśmy mróweczką w tym ośmio miliardowym świecie. Świat kręci się dalej, idzie do przodu. Chciałbyś, żeby się zatrzymał, jesteś gdzieś na rozdrożu, na pustyni, w górach, ale tak się nie dzieje, nikt się dla ciebie nie zatrzyma. Zdajesz sobie wtedy sprawę z ogromu tej sytuacji, połączenia z przyrodą, rozumiesz czym jest Ziemia. Fajnie jest się czasem zatrzymać, by docenić niektóre rzeczy. W „Azji Express” nie ma znaczenia skąd jesteś, tam nie kojarzą „Behawiorysty”, te rzeczy nie mają znaczenia – możesz zaoferować tylko swoje serce.

To musiało być spore wyzwanie, ponieważ do pary zaprosiłeś swoją młodszą siostrę. Czułeś się za nią odpowiedzialny?

Ogromnie. W pierwszej chwili kierowałem się tylko tym, kogo chciałbym zabrać ze sobą w taką podróż, którą będziemy wspominać wiele lat. Program się skończy, ale zawsze będę mógł za kilkadziesiąt lat usiąść z siostrą, z którą łączy mnie wyjątkowa relacja i będziemy wspominać, co zrobiliśmy te trzydzieści lat temu. To zostanie z nami na zawsze. Natomiast później, jak już podjąłem tę decyzję i trwały rozmowy z moją siostrą, to pojawił się motyw odpowiedzialności, włączył się instynkt starszego brata. Może byłoby inaczej, gdyby to był przyjaciel, ale w tym momencie masz do czynienia z młodszą siostrą i włącza się ten kazus starszego brata. On się uwidocznił w trakcie programu – za każdym razem byłem jakieś dziesięć centymetrów za Oliwią. Po programie, na przykład gdy rozmawialiśmy na konferencjach prasowych, to okazywało się, że ona kompletnie tego nie widziała. Byłem pięć kroków za nią i sprawdzałem czy wszystko w porządku, czy potrzebuje wody, czy powinniśmy się zatrzymać. Pierwszego dnia, w Stambule, zrobiła się purpurowa, a mieliśmy dziesięć kilometrów do przejścia z walizkami. Pomyślałem sobie: „Boże co ja zrobiłem, gdzie ja zabrałem swoją siostrę”. Co na to moi rodzice?Dobra, gdyby jeszcze pojechało jedno dziecko, ale dwójka?! Oczywiście w żartach, ale jednak był ten niepokój – co gdyby się coś wydarzyło. Dlatego wziąłem udział w tym programie, bo wiedziałem, że mimo wszystko będziemy tam bezpieczni. Kiedy więc spróbować, jak nie teraz?

Mieliście taki moment, w którym pomyśleliście sobie: „Kocham życie, to jest wspaniałe”?

Tak – w momentach, w których poznawałem mieszkańców Turcji. Zacząłem sobie myśleć, czy gdy na codzień zarzekamy się, że oczywiście wzięlibyśmy autostopowicza, albo przyjęlibyśmy przy wigilijnym stole zbłąkanego wędrowca, to czy faktycznie te drzwi byłyby otwarte. A tam zobaczyłem nagłe niesamowitą gościnność i bezinteresowność. Nigdy nie byłem w Turcji, zawsze była przeze mnie jakoś pomijana. Wybierałem kolejną grecką wyspę, moje ukochane Włochy czy Hiszpanię… a Turcję zostawiałem na „kiedyś”. 

Turcja kojarzy z all inclusive, a teraz się troszkę od tego odchodzi. 

Tak, tutaj patrzysz na Turcję z zupełnie innej strony. Byłem zachwycony tym krajem, wszystkimi krainami przez które przejeżdżaliśmy. Jak zobaczyliśmy mapę – ile mamy do przejścia – to myślałem, że pokonaliśmy już pół kraju, a okazywało się, że to jego malutki kawałek. W montażu jest inaczej, wsiadamy w jedno auto, a tak naprawdę to było trzysta kilometrów i dziesięć godzin podróży. Pięć razy zmieniasz auto, ktoś cię podwiezie kilka kilometrów, ktoś następny kawałek. Przez te długie trasy poznaliśmy dużą część pięknego kraju. Wtedy zachwycałem się też, jaki ten świat jest piękny. 

Powtórzyłbyś to doświadczenie?
Tak. Moja siostra nie była pewna, czy poszłaby w to jeszcze raz. Gdyby telefon miał zadzwonić jeszcze raz, absolutnie bym to zrobił. Nie żałuję tej sytuacji.

A co się dzieje u ciebie zawodowo teraz? Mógłbyś nam zdradzić?

Nie mogę tego zdradzić. Robimy bardzo ciekawy serial, to dla mnie niesamowita przygoda. Wybrałem nowy projekt, który pokaże jeszcze inny mój wizerunek. Idziemy gradacyjnie – był „Behawiorysta”, potem „Azja Express”, teraz coś zupełnie innego. Szukaliśmy z ekipą serialową czegoś niebanalnego. Zerknąłem na siebie w lustrze i pomyślałem, że to fajna zmiana, której dobrze doświadczyć jako aktor, zanurkować w inną przestrzeń. Nie mogę jednak za dużo powiedzieć. Poza tym są też bardzo ciekawe projekty teatralne.

W lipcu coś się dzieje?

Zrobiliśmy „Niepamięć”, jedziemy z naszym spektaklem do Międzyzdrojów na Festiwal Gwiazd. Zrobiliśmy też „Victorię”, oba spektakle są w Garnizonie Sztuki w Warszawie. W tym roku zrealizowałem też spektakl w Och-Teatrze w reżyserii Krystyny Jandy, pod tytułem „Okno na parlament”. To też ja w całkiem nowym wydaniu – jako aktor myślałem, że odnajduje się bardziej w dramatach, kryminałach…

… a tu jednak farsa.

Ludzie pękają ze śmiechu. Dostaję od widzów niesamowity feedback, mnóstwo miłych słów. Zapraszamy w wakacje i nie tylko!

A kiedy ty jedziesz na wakacje?

Jedne już były na Teneryfie, miałem wtedy taki wolniejszy czas. Zanurkowałem pierwszy raz na Wyspach Kanaryjskich, które też mi się trochę marzyły, bardzo polecam. Teraz zbliżają się moje urodziny, więc myślę co by tu fajnego zrobić. Może zrobi się coś w sierpniu albo we wrześniu, kiedy trochę rozluźnią się te najbardziej zatłoczone, turystyczne miejsca. Trochę też lato w mieście, bo niedawno przeprowadziłem się do Warszawy.

To trzeba korzystać! Ja akurat nie przepadam, ale wiem, że lato w mieście też może być piękne, na przykład nad Wisłą.

Wczoraj byłem pierwszy raz od bardzo dawna na Bulwarach – można przejść chyba z dziesięć kilometrów, pełno ludzi, piękna pogoda, świetna atmosfera.
Życzymy zatem udanych urodzin, obserwujemy co się u ciebie dzieje zawodowo, idziemy do Och-Teatru i czekamy na ten projekt, który tak pięknie zareklamowałeś, ale nic nie możesz o nim powiedzieć. 

Dziękuję bardzo. 

Fot. Michał Buddabar

Reklama