Chciałabym językiem Myśliwskiego umieć zakonserwować świat, z którego się wywodzę, którego prześwity wciąż mam w sobie. Ale jednak piszę ten tekst w Nantes i myślę: moje babcie nie wodziły palcem po mapie tak daleko. Ramy ich świata wyznaczały pisane szutrem granice najbliższych wsi, poszerzane niekiedy o jednodniowe wycieczki, aby paniom z miasta sprzedać świeże mleko i jajka. Jednej z moich babć nie poznałam, a podobno to właśnie do niej jestem podobna. Osoba, której jako jedynej z rodziny zawdzięczam swoje rysy – tak niepodobne do kogokolwiek innego z otoczenia, w którym się wychowałam! – urodziła się w tej samej miejscowości, siedemdziesiąt lat przede mną. Dorastając, obie patrzyłyśmy na ten sam krajobraz: pokraczną górkę za domem, stary sad, układ naszej niepozornej ulicówki. Genowefa, jedyne dziecko wiejskiego stomatologa i jego żony Anny, dumnie i twardo stąpała po ziemi. Najpiękniejsze złote warkocze we wsi – będzie wspominał wiele lat później dziadek. Pisząc to, odgarniam za ucho długi, jasny kosmyk, który opada mi na czoło.
Powiększenie
Zdjęcie rezolutnej dziewczynki, która za dwadzieścia sześć lat stanie się mną. Rumiana i roześmiana, ubrana w zapaskę z pasiaka (świętokrzyski strój ludowy) czekam przed budynkiem przedszkola na swój pierwszy duży występ. Śmiało pozuję do kamery: rączki założone bojowo na biodrach, nóżki rozstawione szeroko na ziemi – postawa, którą zgubię z wiekiem. „Stoi jak babcia Gienia”, powie patrząc na to zdjęcie mama, a ja odtąd zawsze już będę chciała wyglądać na fotografiach jak kobieta, która ma w domu osiemnastowieczne meble i fortepian. Zawstydzę się wielokrotnie, że muszę tę pozę udawać.
Obrzędy przejścia

Mijają lata w trajektorii losów każdej z nas. Jej młodość ulatuje szybko; moja trwa i trwa. Ma wiele rozdziałów, ale wciąż nie czuję, żeby się kończyła. Ona w wieku osiemnastu lat ma już pierwsze dziecko. Ja niecierpliwie wyczekuję pełnoletniości, bo mieści w sobie realną obietnicę wyrwania się z tego, co znane. Wabi mnie miejscami, które zobaczę, pokojami, do których będę mogła wejść. Dzieciństwo, dorosłość i starość babci zamkną się w murach tego samego domu.
Nasze drogi często się krzyżują. Nieświadomie podążam ścieżkami, którymi chadzała ona. Nietrudno o to w miejscowości rozciągniętej na zaledwie kilku kilometrach kwadratowych. Jednak powody naszych wędrówek rzadko kiedy są takie same. Wczesną zimą pięćdziesiątego drugiego roku często przychodzi z pierworodnym, zapłakanym niemowlęciem na rękach na jedyne w okolicy skrzyżowanie. Jak większość ludzi na naszej wsi wierzy jeszcze, że rozstaje dróg to przestrzeń graniczna, magiczna sfera pomiędzy, na przecięciu świata ludzkiego i demonicznego. Tylko w takim miejscu można odwrócić urok rzucony na płaczące dziecko. Kilkadziesiąt lat później stoję na tym samym skrzyżowaniu i ze zniecierpliwieniem wypatruję jedynego autobusu, który zawiezie mnie w stronę upragnionego miasta. Przestępując z nogi na nogę, usprawiedliwiam w duchu kolejne minuty jego spóźnienia. Dla mnie nasza krzyżówka jest przestrzenią zawieszoną pomiędzy innymi światami, niż kiedyś dla mojej babci: to zmaterializowanie odwiecznej opozycji natury i kultury. Portal do centrum handlowego. Biblioteki. Kina. Kawiarni. Do intrygujących mnie wtedy blokowisk i ulic wypełnionych obcymi twarzami.
Gdzie prowadzą wszystkie drogi
Autobus wiele razy wywozi mnie z naszego skrzyżowania, aż w końcu zabiera mnie stamtąd na dobre. Odjeżdżam z wzrokiem wbitym w jego przednią szybę. Z zapałem neofitki chcę wszczepić się w nowe otoczenie. Chcę poczuć, a może przede wszystkim udowodnić, że do niego należę. To ja teraz kupuję wiejskie mleko i jajka. Jednak trudno będzie mi odnaleźć się w miejscach, do których przed laty moja babcia nie miała dostępu. Często ciąży mi myśl, że sama muszę nadać znaczenie poszczególnym fragmentom miasta, że przestrzeń nie tłumaczy mi się przez rodzinne anegdoty, bo jest wolna od jakichkolwiek śladów.
Thirty, flirty and thriving…?
W wieku trzydziestu lat ma już czworo dzieci. Ja kończę kolejne studia. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby babcia definiowała się wówczas – tak jak ja teraz – jako osoba, dla której świat wciąż stoi otworem, której decyzje dopiero zaważą na prawdziwie dorosłym życiu. Nie wiem, gdzie mogłyby się spotkać: ja, ta obecna, i ona, ta sprzed siedemdziesięciu lat. Z perspektywy jej starego, niepozornego domu – mieszczącego w sobie dwie izby i trzy pokolenia – pojęcia takie jak quarter-life crisis, wypalenie zawodowe czy przebodźcowanie musiałyby wydawać się co najmniej niezrozumiałe, ale też zapewne nieistotne. Prawdziwe życie toczyło się gdzie indziej.
Kiedy jej najstarsza córka jako nastolatka decyduje się odejść do zakonu, mojej babci ze zgryzoty z dnia na dzień siwieją włosy. Ja codziennie wypatruję tego pierwszego. Nie wydarzyło się jeszcze nic, po czym mógłby się pojawić. Czasem zastanawiam się, czy to na pewno dobry znak.
U siebie
Wracam do domu. Mijam krzyżówkę, patrzę na nasz sad. Próbuję zaciągnąć się zapachem kwitnących, koślawych jabłoni, ale czuję głównie obcość, dziwnie podobną do tej, która nachodzi mnie w małym mieszkaniu na siódmym piętrze. Po powrocie dociera do mnie, że skrzyżowanie głównych arterii mojego nowego miasta nie wygląda na miejsce, w którym można odczyniać słowiańskie uroki. Jestem dalej, niż wskazują mapy.
Wszystkie figi tego życia
Co jakiś czas, na przekór wiedzy i logice, pojawia się we mnie ta niewygodna myśl – być może szutrowe granice świata mojej babci pomagały przynajmniej w nadawaniu mu jasnej struktury, której ja nie mogę nigdzie znaleźć. Porządkowały wzorce tego, co dobre i tego, co złe. Wiem, że to kuriozalna i anachroniczna myśl. Jednak ja stoję na polu pełnym opadłych fig z drzewa opisywanego przez Sylvię Plath. Każdej podjętej przeze mnie decyzji towarzyszy subtelne echo kolejnego takiego upadku. Wsłuchując się w jego odgłos, myślę czasem, że może lepiej byłoby od razu wiedzieć, które z tych owoców rosną dla mnie zbyt wysoko.
A potem przypominam sobie, że dla babci życie przygotowało tylko jedną figę. Kim byłaby ona, a kim byłabym ja, gdyby mogła zobaczyć figowiec w całej jego okazałości?
Fot. unsplash.com
Autorka: Magdalena Strąk
Tekst powstał w ramach programu mentoringowego Dziewczyny-maszyny.



