Olga Kalicka: Mam w Sobie Waleczną Cząstkę

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Julia Trojanowska: Jest dzisiaj z nami Olga Kalicka – aktorka filmowa, serialowa, teatralna, współzałożycielka marki modowej Reves, dumna mama i… influencerka. Właśnie to pojęcie chciałabym z tobą zeksplorować, ponieważ spotykamy się w związku z premierą filmu „Dziewczyna influencera”. Lubisz to określenie? Od jakiegoś czasu narosło wokół niego dosyć sporo negatywnych konotacji. W ogóle czujesz się influencerką?

Olga Kalicka: Mam wrażenie, że słyszę to słowo inaczej, niż większość ludzi. Dla mnie ma pozytywny wydźwięk. Czuję, że to jest część mojego życia, która daje mi możliwość spotykania się z ludźmi na różnych poziomach. Dzięki temu mogę dotrzeć do większej grupy osób. Szczególnie wtedy, kiedy chcę powiedzieć coś ważnego. Dzielenie się doświadczeniami z moimi najbliższymi jest wspaniałe, ale Instagram i inne social media pozwalają na inspirowanie innych. Dzięki nim pobudzamy ludzi do działania, dajemy trochę uśmiechu. Wiesz, przeżyłam różne rzeczy w internecie – miałam momenty kryzysów, gdzie myślałam, że usunę konta. Miałam też chwile: „Tak, dobra! Zrobię coś więcej, uzbieram, zadziałam!”. Teraz jestem sama ze sobą w dobrym miejscu. Nie chcę powiedzieć, że jestem całkiem poukładana, bo to byłoby kłamstwo. Myślę jednak, że jestem już na innej drodze i to sprawia, że odbieram słowo „influencerka” jako ogromną możliwość, która została mi dana, żeby móc się z ludźmi spotykać.

Widziałam w twoich mediach społecznościowych, że znalazłaś sposób na to, aby faktycznie dobrze wykorzystać swoje zasięgi.

Albo na odwrót – odpuściłam wszystkie sposoby. Sposobami to nie szło tak, jakbym chciała. Teraz jest po prostu z lekkością i bez udawania, bez napinki i bez presji. Myślę, że to jest nie sposób, a klucz.

 
Reklama

Co to były za momenty, w których miałaś ochotę usunąć media społecznościowe? Spotkałaś się z hejtem, przeczytałaś coś?

To nawet nie dotyczyło ludzi z zewnątrz. Chodziło bardziej o moje osobiste sytuacje, które sprawiły, że byłam w trochę innym miejscu – rozstanie, ale też czas narodzin mojego dziecka, kiedy przyszło bardzo duże zmęczenie. Wtedy byłam gdzie indziej i odbierałam to jako presję – muszę być w internecie, bo to element mojej pracy. Czułam wtedy ogromne obciążenie i że powinnam to robić, a nie jestem w stanie, nie mam siły. Będąc na terapii usłyszałam od mojej terapeutki, że czasami warto jest ten nasz mózg trochę oszukać, zbudować troszeczkę więcej połączeń i kierować się niekiedy zasadą fake it till you make it. Nie ukrywam, że Instagram mnie umocnił. Wiedziałam, że są tam ludzie, którzy chcą się dowiedzieć, co się u mnie dzieje. Dla nich też musiałam zawalczyć ze sobą. 

W którym momencie zauważyłaś, że ta społeczność wokół ciebie rośnie i ludzie chcą twojej obecności w internecie, chcą wiedzieć co u ciebie słychać?

Myślę, że w momencie w którym odpuściłam słowo „muszę”, a zamieniłam je na „chcę”, zmieniło się wszystko – po prostu zaczęło płynąć samo. To też jest bardzo mocno związane z marką, którą współtworzę z moją przyjaciółką Karoliną. Podczas pracy przy Rêves zauważyłam, że media społecznościowe mają swoje określone ramy – coś się sprawdza, coś się nie sprawdza. Zaczęłam podchodzić do tego jak do pracy. Inaczej ukierunkowałam myślenie i okazało się, że można to robić z przyjemnością i dostawać świetny feedback od ludzi.

Stworzyłam coś dla kobiet – konkretny produkt, który w pewnym sensie jest kawałkiem mnie, bo każdy projekt, który tworzymy z Karoliną, jest dla nas jak nowe dziecko. Zaczęłyśmy dostawać wiadomości od kobiet, które powiedziały, że z naszymi ubraniami towarzyszymy im na przykład w dniu, w którym ich partner się oświadczył lub w dniu, w którym ubrały naszą sukienkę na rozmowę o pracę, co dodało im pewności siebie. Wtedy stwierdziłam, że ma to sens. Ta marka nie funkcjonowałby w ten sposób, gdyby nie social media. Tym samym moja relacja z kobietami w internecie nie byłaby taka, jaka jest teraz.

Jaka jest twoja rola w marce? Projektujecie z Karoliną ubrania? 

Zazwyczaj jest tak, że role powinny być podzielone, ale u nas zadziałała siła przyjaźni i siostrzeństwa. Znamy się od liceum i już wtedy wszyscy zawsze nas mylili, jesteśmy tak podobne. U nas to funkcjonuje po prostu trochę bardziej spontanicznie. Na Karolinie spoczywa odpowiedzialność za firmę – ona jest dyrektorką finansową, zajmuje tabelkami, liczeniem. Pilnuje, żeby wszystko się spinało i żeby biznes funkcjonował. Oczywiście obie wkładamy w to dużo pracy. Jeżeli chodzi o tworzenie projektów czy wybieranie tkanin, to w dużej mierze opieramy się na naszej intuicji, która na szczęście nas nie zawodzi.

Tworzenie firmy z kimś, kogo lubi się prywatnie, często zaciera granicę pomiędzy biznesem, a przyjaźnią.

U nas jest tak, że każda rozmowa prędzej czy później zejdzie na prywatne tematy. Nawet, jeżeli umawiamy się: „Dobra, dzisiaj nie ma plot, dzisiaj po prostu mamy do zrobienia to i to”. Zaczęłyśmy już nawet notować sobie, jak te spotkania mają wyglądać, żeby udało nam się wszystko zrobić. Finalnie dzieje się tak, że na końcu zawsze jest „przyjaciółkowa rozmowa”. Myślę, że to jest w tym najpiękniejsze i szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie inaczej.

Wracając do pracy aktorki – mówi się ostatnio, że duża platforma w mediach społecznościowych bardzo pomaga przy castingach do różnych filmów. Faktycznie tak jest, czy wręcz przeciwnie – aktorzy, którzy działają również w social mediach mają pod górkę, bo nie wszyscy w branży biorą ich na poważnie. Czy to w ogóle ma znaczenia?

Przerobiłam różne wersje tego o czym powiedziałaś. Robiono kiedyś bardzo komercyjny film, do którego miałam za mało followersów. Potem byłam na castingu do innego filmu, offowego – miałam za dużo followersów. Te frustracje we mnie już były i teraz jestem dalej. Mam poczucie, że jak coś ma się dla mnie wydarzyć, to się wydarzy, niezależnie od tego, ile mam obserwujących. Koniec końców uważam, że to działa na plus. Dzięki temu możesz się takim filmem podzielić z dużą ilością osób. Z drugiej strony wiem, że w branży filmowej czasami ktoś tego nie chce. W pewnym sensie to rozumiem, bo ludziom, którzy później będą go oglądać i znają mnie także z internetu, ta granica może się zacierać. Biorę takie ryzyko na klatę. Świat jest tak złożony, że naprawdę dla każdego jest miejsce i nie zamykałabym się na takie myślenie. Miałam w sobie ten lęk i rzeczywiście przerobiłam dużo takich castingów, gdzie ciągle coś było nie tak. Teraz sobie myślę, że jak coś ma przyjść, to przyjdzie. Dokładnie tak było z „Dziewczyną influencera” – już sobie odpuszczałam, a kilka dni później zadzwonił do mnie reżyser Szymon Gonera i zaproponował mi rolę. No i akurat w filmie opowiadającym o rozterce, którą zajmowałam się poprzednie pół roku. 

Z samego tytułu czy zwiastunów domyślamy się, że będzie to opowieść o blaskach i cieniach bycia influencerem. Jaka jest twoja bohaterka, Viola? Jak w ogóle wyglądał proces tworzenia filmu? Widziałam, że kręciliście w niesamowitych lokacjach. 

To jest bardzo ważne w przypadku tego filmu – plenery były niesamowite! To była dla mnie wspaniała możliwość, żeby pobyć w tak pięknych miejscach, chociaż praca na planie była sporym wysiłkiem fizycznym. Mieliśmy na Malcie tylko trzy tygodnie zdjęć – nie było możliwości, że jakieś sceny „spadną”, czyli że nie zostaną zrobione danego dnia i można je przerzucić na kolejny. Było więc sporo nadgodzin, dużo nocnych plenerów, nagle ta doba zaczęła się przesuwać. Dla mnie prywatnie to też było wyzwanie, bo po raz pierwszy byłam bez mojego synka Aleksia przez ponad trzy tygodnie. Nie mogłam z nim też za bardzo rozmawiać przez telefon, bo kiedy on wstawał, ja odsypiałam nocne zdjęcia. Było dużo wyzwań, ale jednocześnie dużo radości. Wszyscy byli zaangażowani i grali do jednej bramki, bardzo się zgraliśmy. Myślę że relacja, która nawiązała się między mną, a Kariną Rezner jest bardzo ważna, wspierałyśmy się nawzajem. To była dla niej pierwsza duża rola, więc cieszę się, że mogłam się nią zaopiekować. W filmie nasza relacja nie jest przyjemna, Viola to dziewczyna, która wszędzie zwęszy interes, ale kiedy poznaje Zosię, to po raz pierwszy dostaje coś prawdziwego – emocje, które mogą coś w niej zmienić. Dlatego namawiałam producenta Radka, żeby zrobił drugą część, w której Viola będzie miała okazję się zmienić. W „Dziewczynie influencera” zobaczycie mnie w roli z pazurem. Gram kobietę, która ma bardzo wysokie mniemanie o sobie, która jest w stanie za lajka zrobić prawie wszystko. Ma jeszcze drugą, ciekawą stronę, którą odsłoni podczas tej podróży. 

To chyba bardzo w opozycji do ciebie i tego, co prezentujesz w social mediach.

Nie wiem jak to jest, ale od dziecka gram zazwyczaj czarne charakterki.

Naprawdę? Nie wierzę. 

Myślę, że to kwestia mojego temperamentu. Jestem człowiekiem, który mówi prawdę, nawet jeżeli jest ona czasami niefajna. Zaczynałam w Teatrze Muzycznym Tintilo mając siedem lat – już wtedy byłam buntowniczką. Zawsze potrafiłam wyrazić swoje zdanie. Moje dziecko też teraz to potrafi. Czasami myślę sobie: „Jezu, czemu on to po mnie odziedziczył?!”. Mam w sobie waleczną cząstkę. Wydaje mi się, że to jest zawsze dla aktora czy aktorki ciekawe, że może zagrać właśnie coś innego, to otwiera bardzo dużo wyobraźni. Bardzo moją postać polubiłam. Każdy od początku myślał, że Violka będzie prosta, że się jej nie będzie lubiło i tyle. Pod koniec naszego wyjazdu podszedł do mnie reżyser i powiedział: „Wiesz co, jest tu jedna osoba, która od samego początku cię obserwuje i powiedziała, że ona polubi tę postać”. To mnie bardzo zbudowało. Myślę, że to zadanie każdego aktora – sprawić, że widz rozumie postać z całym bagażem, trudną przeszłość i decyzjami. 

To chyba dosyć trudne zadanie, żeby nadać głębię postaci, która na pierwszy rzut oka wydaje się zero-jedynkowa.

Mam nadzieję, że mi się to udało. Mam również nadzieję, że ten film skłoni do przemyśleń. To jest dla mnie ważne z uwagi na to, że mam dziecko. Czy wiesz, że ponad 70% młodzieży, nie pamiętam dokładnego wieku, ale pomiędzy dziesiątym lub dwunastym, a piętnastym rokiem życia marzy o tym, bo zostać influencerem?

To jest przytłaczająca liczba.

To jest przerażająca liczba. Tego właśnie dotyczyła moja pierwsza rozmowa z reżyserem. Powiedział mi: „Wyślę scenariusz, ale najpierw muszę przeczytać ci te statystyki”. Nawet teraz, jak o tym mówię to mam ciary. Dokąd zmierzamy jako ludzie? Cudowne jest to, że internet stał się dla nas formą komunikacji. Z drugiej strony, tam naprawdę można się zgubić. Mam nadzieję, że ten film pokaże wielu młodym ludziom, że nie tędy droga. Droga jest w relacji z drugim człowiekiem. W tym, że można komuś spojrzeć w oczy, że można się z kimś przytulić. Jeżeli chociaż w jednej osobie na sali kinowej każdego dnia ten film coś zmieni, to ja już jestem wdzięczna.

Też mam taką nadzieję, ponieważ to, co ostatnio działo się w polskim internecie, faktycznie przyprawia o ciarki. Tym bardziej, że nie ma kogoś, kto by to kontrolował, albo jeszcze nie doszliśmy do tego, jak to robić. Dowiedziałaś czegoś nowego o tym świecie mediów społecznościowych?

Bardzo dużo się dowiedziałam! Nie wiedziałam na przykład, że istnieje platforma OnlyFans. Istnienie tego przyprawia mnie o rozpacz. Musiałam zrobić research na ten temat, ponieważ jest on związany z moją postacią – dla mnie to jest już hardcore, że można sprzedawać majtki w internecie.

Wspomniałaś wcześniej o synku – zaczęłaś już mu dawkować internet? Kontrolujesz co się dzieje wokół twojego dziecka? Na co pozwalasz lub chcesz pozwalać za jakiś czas, kiedy już będzie na tyle duży, żeby zacząć wchodzić w przestrzeń internetową?

Odsuwam narazie ten temat od siebie. Dopóki on nie zadaje pytań, to jeszcze staram się go przed tym chronić. Niech ma jak najwięcej zabawy. To, co go wciąga, to są bajki. Staram się do nich podchodzić jak do czegoś, co buduje wyobraźnię. Selekcjonuję je i staram się wybierać te, które też mnie cieszą. Jestem marzycielką, ale staram się to jeszcze dozować. Zdaję sobie też sprawę z tego, że już za sekundę będę musiała się z tym zmierzyć, ale jeszcze nie wiem jak.

Pytam o to dlatego, bo pokazujesz swoje życie w internecie. Synka także, ale u ciebie mi się to bardzo podoba. O sharentingu, jego blaskach i cieniach, dyskusja jest bardzo intensywna. Ty znalazłaś na to fajny sposób – dzielisz się tym, co sprawia ci ogromne szczęście, czyli byciem mamą, ale jednocześnie nie przekraczasz granic prywatności twojego dziecka.

Absolutnie nie – nie pokazuję twarzy Aleksia, bo taką decyzję podjęliśmy jako rodzice. Nie zrobiłabym też zdjęcia, którego on by nie chciał. Zdarzyło się tak, że byliśmy w podróży i myślałam o dodaniu zdjęciu z tego miejsca, żeby pokazać jak fajnie spędzamy z Aleksiem fajnie czas, ale on powiedział: „Mamo, ja nie mam ochoty teraz na zdjęcie”. 

Więc nie robimy. 

Więc nie robimy. Dozuję to, bo to jest po prostu moje.

Odchodząc już od internetu i wchodząc w troszkę inną przestrzeń – oprócz premiery filmu „Dziewczyna influencera”, trwają również intensywne przygotowania do premiery teatralnej „Siostrunie”.

Tak, dokładnie. Cieszę się, że o tym wspomniałaś. Mam wrażenie, że świat teatralny nigdy nie jest taki ciekawy dla mediów. Próby są intensywne i nie ukrywam, że już dopada mnie zmęczenie. Materiał jest natomiast fantastyczny, to broadwayowski musical. Nie może być lepiej, oni wiedzą, jak coś dobrze napisać. Spektakl tworzą ludzie, a przy tym projekcie zebrała się naprawdę fantastyczna ekipa.

W dużej mierze kobieca, prawda?

Tak, ale jest pewna równowaga, bo w obsadzie pojawia się mężczyzna, chociaż w roli kobiety. To jest fantastyczny spektakl pełen absurdalnego humoru, który osobiście uwielbiam. Myślę, że to się naprawdę może ludziom to spodobać. Premiera w Teatrze Kwadrat już 24 lutego, ale przedpremierowe spektakle będziemy grali chyba od 15 lutego. Zapraszam na te przedpremierowe, bo one są zawsze ciekawe –  jest opcja, że spektakl będzie się trochę zmieniał, różne rzeczy mogą się tam zadziać.

Macie więcej luzu na spektaklach przedpremierowych?

Nie, wręcz przeciwnie.

Jesteście bardziej spięci?

Tak, jesteśmy totalnie zestresowani. Chociaż może w tym przypadku tak nie będzie, ponieważ musical niesie za sobą pewne ramy. Jest muzyka i określony rytm. Bardzo często jest to tak zwane „formalne granie”, czyli bardzo dużo rzeczy jest ustawionych na sztywno. Oczywiście jest tam przestrzeń do drobnych improwizacji, ale generalnie wszystko musi być osadzone w pewnych ramach, bo inaczej się rozsypie. W komedii tempo jest bardzo ważne. Dla mnie to też trochę powrót do korzeni – swoją przygodę z aktorstwem zaczynałam właśnie od musicalu, gdzie tańczyłam i śpiewałam. Od małego wszyscy mi zadawali pytanie: „Co najbardziej kochasz?”. To przez lata się zmieniało, najpierw był taniec, ale było go dużo i zaczęły się drobne kontuzje. Nagle przyszło aktorstwo, które jest ze mną bardzo długo. Teraz mój głos też się uwalnia i wreszcie czuję ogromną radość ze śpiewania. 

Bardzo się ożywiłaś, jak zaczęłaś opowiadać o „Siostruniach”.

Bo to pasja, kwintesencja mnie i każdego z nas. Pasje popychają nas do działania, ożywiają i dają takiego kopa, że idziemy przez to życie. Nawet jak się pracuje w korporacji i siedzi w biurze osiem godzin, to warto mieść pasję i ja pielęgnować. 

Z jakim nastawieniem weszłaś w 2024 rok?

Naprawdę dobrym. Jedyne co chciałabym zmienić w tym roku, to nauczyć się trochę więcej odpoczywać. W wakacje mi się to udaje, ale gdy mam w kalendarzu dzień wolny, to on w sekundę się zapełnia. Na to nie umiem sobie jeszcze dać przyzwolenia, a chciałabym, żeby było już tak lekko. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć ci dużo lekkości w tym 2024 roku. Państwa oczywiście zapraszamy najpierw na premierę kinową filmu „Dziewczyna influencera”. Potem zapraszamy do Teatru Kwadrat na spektakl „Siostrunie”. Bardzo dziękujemy, że byłaś dzisiaj z nami. 

I ja też dziękuję.

Reklama