Czy lubimy (my, mężczyźni i kobiety) swoje ciała?
Kiedy jesteśmy dziećmi nie zadajemy sobie nawet takich pytań. Potrafimy cieszyć się ciałem, korzystamy z niego, bawimy się nim. Nie traktujemy ciała zbyt poważnie i nawet jeśli posiada ono coś, co dorosła, pełna szkodliwych przekonań osoba mogłaby uznać za defekt – nie przejmujemy się tym, tak długo dopóki ktoś nie zwróci na to uwagi i nie skrzywdzi nas słowem. Potem dorastamy, świat zaczyna się zmieniać, a inni ludzie pozwalają sobie na wystawianie nam ocen – mówią nam jak mamy wyglądać, ubierać się, co w nas jest ładne, a co brzydkie. Nie mamy jeszcze zbudowanej wystarczająco grubej warstwy ochronnej, żeby nie przejmować się opinią innych. Konsumpcyjny świat, który ma nakręcać niekończącą się sprzedaż pokazuje nam ideał ciała, do którego mamy dążyć. Reklamuje produkty, które mają sprawić, że będziemy wyglądając jak modelki i modele wyretuszowani od stóp do głów w programie graficznym, bez skazy, zmarszczki, zaczerwienienia. A my tak nie wyglądamy. Przez ten szkodliwy wizerunek kreowany przez media zaczynamy myśleć, że coś jest z nami nie tak. Nie mamy szans podejrzeć jak wyglądają inne, normalne, zdrowe ciała, więc wierzymy, że są właśnie takie jak w reklamach. Czujemy się nie wystarczająco atrakcyjni, patrzymy na siebie krytycznie, zaczynamy się wstydzić. Duży wpływ na to jak postrzegamy swoje ciało ma środowisko w jakim się wychowaliśmy, podejście naszych rodziców, to czy oni wstydzili się swoich ciał oraz to jak traktowali nagość.
Bardzo chcemy lubić siebie i swoje ciało, ale żyjąc w obecnych realiach to bardzo trudna i wymagająca miłość. Jednak możliwa!

Większość projektów odnoszących się do ciałolubności/ciałopozytywności tworzone są przez kobiety, z udziałem kobiet. Czy mamy (my, kobiety) więcej problemów z polubieniem swojego ciała, niż mężczyźni? Przywiązujemy więcej uwagi do tego, jak wygląda nasze ciało? Z czego Twoim zdaniem wynika taki stan rzeczy? Kultura? Patriarchalne wychowanie? A może największy wpływ mają na to media?
Nie wydaję mi się żeby to kobiety miały więcej problemów z polubieniem własnego ciała. Z pewnością o kobiecym ciele mówi się więcej, pośrednio jest to związane ze środowiskiem feministycznym, które dodaje kobietom odwagi aby działać i wyrażać głośno swój sprzeciw i swoje zdanie. Jednak to, że na naszych kobiecych ciałach skupiona jest większa uwaga (choćby ze strony mediów) nie sprawia, że mężczyźni są tych kompleksów pozbawieni. Z moich obserwacji wynika, że mają ich równie dużo, a ich problemy z samoakceptacją pozostają często nieuświadomione i schowane w cieniu. Dodatkowo mówienie o swoich słabościach przez mężczyzn jest cały czas piętnowane w społeczeństwie, więc panowie nie przyznają się głośno do tego, że mogą nie lubić siebie.
Nawet aktualny trend dotyczący Ciałopozytywności skupia się głównie na kobiecym ciele. My jako kobiety mamy też większą łatwość rozmawiania otwarcie o naszych kompleksach z przyjaciółkami, męskie relacje oparte są często na rywalizacji, przechwałkach czy próbie sił. Oczywiście świadomie generalizuję teraz dla uproszczenia, bo znam środowiska męskie, które skutecznie wyzwalają się z tych ram. Znam męskie relacje, w których panuje braterskość, otwartość, czułość i mówienie otwarcie o emocjach. Takimi niezwykłymi przestrzeniami spotkań są męskie kręgi, o których mogę czasem usłyszeć od mojego męża Radka, który bierze w nich udział.

Świat reklamy jest nadal w większości nośnikiem szkodliwych przekonań. Ciała w nim są seksualizowane, przedstawiane jako przedmiot pożądania i podziwiania, stają się stojakiem na piękne produkty. Kobiety mają gładkie i długie nogi do nieba, symetryczne, duże piersi i płaskie brzuchy, a mężczyźni sylwetki w kształcie trójkątów z zarysowanym sześciopakiem i czoła bez zakoli. Mało realne i mocno krzywdzące dla obu stron, a dodatkowo pogłębiające szkodliwe stereotypy. Bo tak naprawdę – jak często spotykamy takie osoby na ulicach? Nie wiem jak Wy, ale ja – nigdy, a jednak wierzymy, że możemy wyglądać podobnie.
Cieszę się jednak obserwując to jak zmienia się reklamowe środowisko i jak otwiera się na ciałopozytywność i cieszę się kiedy mogę pośrednio brać w tym udział (w kampaniach, które dotychczas zrealizowałam brały udział normalne osoby bez doświadczenia w modelingu, takie które możemy spotkać na ulicy, z owłosionymi pachami, rzymskim nosem, siniakiem na udzie czy blizną na przedramieniu – której oczywiście nie retuszowałam).

A Ty? Lubisz swoje ciało?
Codziennie uczę się tego na nowo! Ale bardzo mocno czuję (a piszę te słowa w 9 miesiącu ciąży, w zasadzie będąc już w terminie mojego porodu), że ten czas wyzwolił mnie z nierealnych oczekiwań i nauczył większego szacunku do siebie i swojego ciała – w końcu jestem domkiem dla mojej córki Jany!
Ciało w ciąży zmienia się każdego dnia i wymyka się to całkiem spod naszej kontroli, co mnie osobiście nauczyło jeszcze większego odpuszczania. Skoro nie mam na to wpływu pozostaje mi zaufać i porzucić kontrolę. Mam cellulit – no mam – ale jak go nie mieć dźwigając taki słodki ciężar? Wiem też, że zrobiłam dla mojego ciała bardzo wiele na przestrzeni tych 9 miesięcy i czuję się teraz pięknym, dojrzałym owockiem. Trochę nawet się boję, że stracę tą cudowną moc kiedy już urodzę i skończy się mój hormonalny haj – bo na tą chwilę czuję, że to nie ja zasilam Jankę, ale ona mnie
Czy Twoje podejście do Twojego ciała zmieniło się na przestrzeni lat? Jeśli tak, to pod wpływem jakich wydarzeń/ czynników?
Przez większość mojego życia cieszyłam się ciałem tak długo dopóki, ktoś “życzliwy” nie zwrócił mi uwagi na to co jego zdaniem było “nieidealne” lub niepasujące do obowiązującego kanonu. Tak nabawiłam się kompleksów związanych z drugim podbródkiem gdy śmieje się zbyt mocno, wystającym, wzdętym brzuchem po jedzeniu (taka uroda!) czy rozbudowanymi łydkami.

Aktualnie uprawiam uważne ciała-słuchanie. Kiedy zaczęłam w swoim życiu odkrywać rodzaj zewnętrznej ekspresji jaką jest ruch, nie skupiałam się za bardzo na świadomości i mądrości mojego ciała. Ciało miało mi służyć, pozwalać się przemieszczać. Było statywem na głowę i chciałam żeby stało się pięknym, wyrzeźbionym statywem. Wcześniej spędziłam 23 lata w bezruchu korzystając z permanentnych zwolnień z zajęć WF’u, wiecznie unikając zmęczenia i potu. Sport, kiedy w końcu pojawił się w moim życiu stał się dla mnie wielowymiarowy. Odkrywałam w nim wiecznie niezaspokojoną potrzebę rywalizacji, trenowania samodyscypliny i możliwość rozszerzania swoich granic. Było dążenie do doskonałości i były kontuzje, na które pozostawałam nieczuła. Ciało nie było mną, ciało było dla mnie i miało mi się podobać, przynosić dumę z wypoconych i wytrenowanych godzin na siłowni, miało być posłuszne.
Odkąd zaczęłam się ruszać minęło 7 lat. Wiele zmieniło się od tego czasu. Dzisiaj wiem już, że mądrość i świadomość ciała nie idzie w parze z żelaznym ABSem, ani skomplikowaną sekwencją figur. Że o dobrej kondycji nie świadczy wynik, ilość kilometrów jakie potrafię przebiec w godzinę lub czas jaki wytrzymuję w zimnej wodzie. Chociaż nadal lubię zdrową rywalizację. Jednak o zdrowym ciele nie mówi nam ani idealna sylwetka, ani umiejętność perfekcyjnego wykonywania ćwiczeń czy certyfikat trenera. Jestem wdzięczna wszystkim doświadczeniom pracy z ciałem jakie miałam, jednak największy wpływ na mój rozwój miało spotkanie wspaniałych i mądrych ludzi z Akademii W Gruncie Ruchu oraz praktyka tańca intuicyjnego Movement Medicine, która stała się wisienką na cielesnym torcie.

Mocno wierzę, że w mądrości, która pochodzi z ciała, kryją się odpowiedzi na najważniejsze dla nas pytania i tak długo jak będziemy od tego kontaktu uciekać, tak długo pozostaniemy bierni i zależni od innych. Kto może wiedzieć co jest dla nas dobre lepiej niż my sami?
Obecnie jestem w takim momencie życia, gdzie ciało gada głośno i nieprzerwanie, odpowiedzi pojawiają się zanim zapytam, ruch jest naturalnym lekarstwem i przynosi ukojenie. W ruchu odkrywam radość, ciało jest dla mnie wolnością i jestem wdzięczna za jego donośny, stanowczy głos. O ile przyjemniej jest spacerować, tańczyć, kochać się bez furkotu naszego oceniającego, żądnego myśli umysłu.

Czym ciało jest a czym mogłoby być dla człowieka? Jak mogłoby nas prowadzić przez życie?
Dla każdego jest prawdopodobnie czymś innym i każdy z nas może postrzegać je inaczej. Ja czuję, że ciało może być przede wszystkim mądrym kompasem, który wskazuje nam drogę. Sygnały płynące z ciała, które jest zdrowe, kochane, a jego przepływ pozostaje niezakłócony mogą pomóc nam w podejmowaniu właściwych decyzji w życiu. W ciele zapisane jest wiele.
Jak polubić swoje ciało? Jak być dla niego (w zasadzie dla siebie samej!) bardziej czułą, cierpliwą, mniej wymagającą i karcącą?
Wybrać się na grupową sesję Ciałobrazów. Gwarantuję, że takie spotkanie z innymi ciałami wyzwala nas ze szkodliwych oczekiwań. Gdy odkrywamy, że każde ciało jest inne uczymy się nowej jakości miłości do swojego ciała, potrafimy sobie więcej wybaczyć, odpuścić.
Kiedy wychodzimy na spacer do lasu nie oczekujemy, że każde z drzew, które miniemy będzie wyglądać tak samo. Zachwycamy się ich różnorodnością, podziwiamy formy i kształty, a te, które najbardziej się wyróżniają wydają się nam najciekawsze. Dlaczego więc wobec swojego ciała mamy tak surowe oczekiwania i pragniemy by wpasowało się ono w ustalony, przyjęty z góry kanon piękna?
Sesja grupowa, gdzie możemy w grupie 50 kobiet pobiegać nago po plaży jest jak taki spacer pośród bardzo różnorodnych, pięknych drzew.

Czego o podejściu do ciała chciałabyś nauczyć swoje dziecko?
Czuję, że na początku to ja będę mogła uczyć się od Jany nowego podejścia do ciała – więc będę czerpać z tego garściami, a potem zrobię wszystko by nie przeszkadzać jej, aby to naturalne podejście, z którym każdy z nas się rodzi mogło rozkwitać w zdrowym i sprzyjającym środowisku. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak należy traktować swoje ciałka i jakim szacunkiem je obdarzać – popatrzcie na dzieci.
Gdybyś miała dokończyć zdanie: „każde ciało…”, to jakby ono brzmiało?
Każde ciało jest inne, każde ciało jest piękne, każde ciało zasługuje by być kochane.
Ciałobrazy:
Dlaczego zdecydowałaś się na rozpoczęcie projektu? Co stało u jego podstaw?
Pragnienie stworzenia tego projektu nie zaczęło się od żadnej racjonalnej myśli, to była wewnętrzna, coraz głośniej dopominająca się fizycznej manifestacji potrzeba stworzenia czegoś, co jeszcze wtedy nie zostało nazwane. Robocza wersja projektu nazywała się “Powrót do domu” i tym dla mnie właśnie były i są obecnie Ciałobrazy – zwróceniem się do (naszej) natury, powrotem do źródła, spotkaniem za którym wszyscy od dawna tęsknimy, właściwym momentem.
Dzisiaj patrzę na ten projekt dużo szerzej, rozumiem, że Ciałobrazy nie są tylko zdjęciami, ale, że to całe spektrum doświadczeń. Doceniam wielką moc tego projektu i cieszę się obserwując jak wpływa on na uczestniczące w nim osoby. Kiedy zaczynałam – miały to być tylko fotografie, ale świat miał dla nas lepszy scenariusz.

Obecnie tworząc Ciałobrazy rozkoszuję się subtelnymi połączeniami, jakie odnajduję pomiędzy ludzkim ciałem i naturą. Zaskakuję mnie to, ile ich znajduję i czerpię z tego. Jesteśmy kruchym i pięknym przejawem natury, z niej pochodzimy i w niej się rozpuszczamy.
Twoim plenerem jest natura. Mając dobry kontakt z ziemią mam dobry kontakt ze sobą, czy raczej odwrotnie – żeby mieć dobry kontakt z ziemią, muszę mieć dobry kontakt ze sobą? A może relacja „ja-ziemia” działa w obie strony? Coś dajemy, coś dostajemy? Jeśli tak, to co możemy ziemi dać, a co możemy od niej dostać?
Ja myślę, że każda głęboka miłość musi zaczynać się od miłości do siebie, ciężko jest cokolwiek dać jeśli nie mamy nic. Czy dotyczy to działań na rzecz planety czy miłości do drugiej osoby, tak długo jak nie pokochamy siebie, nie odpuścimy sobie i nie zaczniemy traktować siebie samych z czułością tak długo trudno będzie nam przyjąć taką postawę wobec tego co na zewnątrz.
Jaką wiadomość chciałabyś przekazać światu „Ciałobrazami”? I czy byłaby to wiadomość skierowana głównie do kobiet?
Ciałobrazy są o ciele i nie ma znaczenia czy jest to ciało kobiece czy męskie. Cieszę się, że w ostatnich tygodniach mojej ciąży udało mi się zrealizować grupowe, męskie “bieganie nago po łącę’ (tak zdarza mi się nazywać grupowe Ciałobrazy:) – bardzo mi zależało żeby nie być utożsamianą z byciem tylko fotografką kobiecą.
Ja mam trochę tak, że sama też poddaję się temu procesowi i Ciałobrazy jakby “przepływają” przeze mnie jednocześnie przynosząc wiadomości również dla mnie – czasem zaskakuje mnie to jaki przekaz mogą nieść, nie było tego w moim zamierzeniu i cieszę się gdy to się dzieję.

Nie mam żadnej spisanej wiadomości jaką chciałabym nieść poprzez swoje zdjęcia. Moim początkowym założeniem było tworzyć fotografie dotykające prawdy, reszta zadziała się obok. Jednak na chwilę obecną Ciałobrazy to opowieści, które mają wyzwalać ciało z ram, ze szkodliwych przekonań, dawać nam wolność, pozwolić poczuć na nagim ciele mokry i zimny piasek oraz promienie słońca o poranku, przejrzeć się w innych ciałach, zrozumieć, że jesteśmy wystarczająco i jesteśmy częścią natury, z niej pochodzimy.
Jakie historie kryją się za Twoimi fotografiami? Czy któraś szczególnie mocno zapadła Ci w pamięć, wyjątkowo Cię poruszyła?
Ciałobrazy uczą nas miłości do siebie. Usłyszałam wiele pięknych historii głównie od kobiet (bo dotychczas to kobiety najczęściej fotografowałam) o tym jak odkryły w sobie kobiecość, jak zmieniło się ich podejście do ciała, do fizyczności, odzyskały coś co od lat było utracone.
Jak „Ciałobrazy” budują siostrzeństwo?
Ciałobrazy budują siostrzeństwo, ale od niedawna także braterstwo – co jest dla mnie niezwykle ważnym elementem tej układanki, którą planuję w przyszłości połączyć w jedną, równoważącą się całość, gdzie nie ma podziału na płeć.
Trzeba jednak przyznać, że przez dwa lata trwania projektu mogłam obserwować w jak niezwykły sposób tworzą się relacje między kobietami, które często nie znając się – spotykają się w dniu zdjęć i chwilę później leżą razem nago obok siebie na śniegu lub piasku, stykają się swoimi ciałami, obejmują się. Czuję, że to siostrzeństwo można odkryć oglądając zdjęcia, nie chciałabym nadpisać słowami.

Czego Ciałobrazy nauczyły Ciebie, a czego nauczyły uczestniczące w nim kobiety?
Nauczyły mnie puszczania kontroli w życiu i zaufania do tego co przychodzi. Moja codzienność to często idealny plan, Ciałobrazy to spontaniczność. Nie planuję swoich ujęć i zwykle poddaję się temu co się pojawia. Zazwyczaj fotografuję o poranku przy wschodzie słońca, najlepiej na tyle rano, żeby nie pojawiały się jeszcze żadne myśli. Przygaszony umysł wzmacnia kreatywność. Lubię spotykać fotografowane osoby po raz pierwszy w dniu sesji i jechać z nimi w miejsca, w których nie byłam wcześniej, to uniemożliwia planowanie i nie buduje oczekiwań.
Ciałobrazy wyzwoliły z ram również moje ciało, wielokrotnie już zdarzało się, że przy grupowych zdjęciach sama kończyłam bez ubrań, bo wydawało mi się dziwne pozostawać jedyną ubraną osobą. Poza tym czuję, że bardzo chcę być częścią tego co robię, nie separować się od osób, które fotografuję i nie tworzyć dystansu. Dzięki Ciałobrazom ja również nauczyłam się kochać i akceptować swoje ciało.


