Zbiór esejów Murgii „Cicho bądź” mógłby – na pierwszy rzut oka – ukazać się w latach 50., ale nic bardziej mylnego. Punktem wyjścia do rozważań autorki są najczęściej współcześnie powtarzane przez mężczyzn zwroty kierowane do kobiet. Podaje przykłady z włoskiego życia politycznego, kulturalnego i społecznego. Wymienia polityków, prezenterów, dziennikarzy – mężczyzn, którzy publicznie obrażają kobiety. Z książki wyłania się teza, że nadal niewiele wiemy o feminizmie, za to szowinizm ma się całkiem dobrze.
Michela Murgia (1972–2023) była sardyńską pisarką, eseistką i komentatorką życia społecznego, jedną z najważniejszych współczesnych autorek zajmujących się tematyką języka, władzy i feminizmu. Jej książka „Stai zitta e altre nove frasi che non vogliamo sentire” ukazała się we Włoszech w 2021 roku, a polskie wydanie „Cicho bądź i dziewięć innych zdań, których nie chcemy słuchać” w 2026 roku (wyd. Austeria). To zbiór esejów analizujących współczesny język, którym opisuje się kobiety – zarówno w przestrzeni publicznej, jak i prywatnej. Oprócz tego po polsku można przeczytać powieść „Accabadora”, która została wydana w 2012 roku.
Murgia zwraca uwagę na to, że codzienne przejawy systemu patriarchalnego niekoniecznie muszą mieć formę jawnej przemocy. Często są też nieświadome – najczęściej zakamuflowane w słowach, których pozorne znaczenie nie powinno wzbudzać wątpliwości. Wszystko jednak zależy od kontekstu, od tego, kto mówi i do kogo. Kluczowe jest to, jak odbiera je adresatka. A szkopuł tkwi w języku. Słowa, których używamy, pokazują, że jako społeczeństwo wciąż jesteśmy głęboko osadzeni w patriarchacie i nie dostrzegamy jego najbardziej subtelnych, a jednocześnie krzywdzących przejawów. Dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn – bo wszyscy funkcjonujemy w tym samym systemie.
Autorka porównuje życie w patriarchacie do urodzenia się w rodzinie mafijnego bossa. Dziecko nie ma świadomości, czym jest mafia, ale wszystko, co je otacza – jedzenie, ubrania, styl życia – pochodzi z przestępczego systemu. To nie jest jego wina, ale w pewnym momencie musi zdecydować, po której stronie stoi. Albo działa w jego ramach, albo się mu sprzeciwia. Brak reakcji też jest wyborem – w tym przypadku wspieraniem systemu. To dlatego uzasadnienie „nie wiedziałem” nie może być akceptowalne.
Wśród sposobów patronizowania kobiet Murgia wymienia między innymi mansplaining (tu wyraźne nawiązanie do tekstów Rebeki Solnit), catcalling (która z nas nie została zaczepiona na ulicy tylko dlatego, że ubrała krótszą spódnicę czy pomalowała usta nieco wyraźniej?) oraz tłumaczy definicje kultury gwałtu. Analizuje też język codzienny, w którym utrwalają się patriarchalne schematy, obecne w takich zwrotach jak „kobieta z jajami”, „uśmiechnij się”, „nie jestem szowinistą, w domu zawsze pomagam”.
Osobny rozdział poświęca sytuacji kobiet na rynku pracy. Pokazuje, jak często za sukcesem kobiet „stoi mężczyzna”, a jeśli nie – język i narracja medialna infantylizują ich osiągnięcia. Przykładem mogą być określenia typu „dziewczyny od szczepionek”. Zwraca też uwagę na sposób opisywania kobiet przez pryzmat ról rodzinnych – matek, córek, ciotek – podczas gdy mężczyźni funkcjonują jako eksperci, mistrzowie, specjaliści. Jednocześnie autorka sygnalizuje temat wykluczenia mężczyzn, a także nawiązuje do homofobii czy rasizmu, dzięki czemu poszerza perspektywę i unika uproszczeń.
Murgia pisze również o społecznej nieakceptowalności kobiecego gniewu. Złość u mężczyzny jest uznawana za naturalną. Kobieta, która jest stanowcza, bywa nazywana „suką”, a gdy okazuje emocje – „histeryczką” albo „wariatką”. Oczekiwanie jest jasne: kobieta ma być spokojna, miła, niewychylająca się i uległa (Murgia wskazuje te cechy jako najbardziej porządane przez mężczyzn u partnerki). Ma też nie odmawiać.
To wszystko brzmi znajomo także w polskim kontekście. Problem mansplainingu i patriarchatu w opinii publicznej przejawia się przede wszystkim w protekcjonalnym traktowaniu kobiet, których kompetencje są systematycznie podważane. W debatach politycznych i mediach powszechnym zjawiskiem jest przerywanie kobietom, pouczanie ich przez mężczyzn w kwestiach, w których są ekspertkami, oraz stosowanie tonu wyższości. Takie zachowania nie tylko marginalizują głos kobiet w dyskursie merytorycznym, ale także utrwalają stereotyp, według którego mężczyzna jest jedynym naturalnym autorytetem zdolnym do objaśniania skomplikowanych procesów społecznych czy gospodarczych.
Strukturalny wymiar tego problemu widoczny jest w głęboko zakorzenionych mechanizmach patriarchalnych, które spychają kobiety do ról drugoplanowych lub dekoracyjnych, czego symbolem stało się zjawisko tzw. „paprotek” w panelach dyskusyjnych. Uczestniczki życia publicznego znacznie częściej niż mężczyźni padają ofiarą agresji słownej oraz ocen dotyczących ich wyglądu i życia prywatnego, co służy odciąganiu uwagi od ich dokonań zawodowych. Ta nierówność w dostępie do głosu i decyzyjności sprawia, że polska sfera publiczna wciąż zmaga się z barierami, które ograniczają pełny i partnerski udział kobiet w kształtowaniu rzeczywistości.
Jak pisze Murgia: “Niedocenianie nazw rzeczy jest najgorszym błędem naszych czasów, które przeżywają wiele tragedii, ale zwłaszcza żywa jest tragedia semantyczna, która jest, w gruncie rzeczy tragedią etyczną. Formalnie rzecz biorąc etyka jest dziedziną filozofii zajmującą się zachowaniem człowieka w odniesieniu do konceptów dobra i zła, ale w naszej codzienności bycie etycznym oznacza przede wszystkim traktowanie nazwanych rzeczy tak, jak je nazwaliśmy. Pomylić nazwę, znaczy pomylić podejście moralne i nie rozumieć już różnicy między dobrem, którego pragniemy i złem, które w efekcie realizujemy. Żyjemy w świecie, który od wieków, w odniesieniu do kobiet (nie tylko, ale przede wszystkim do nich) nadal powtarza ten błąd, z którego konsekwencjami musimy się codziennie mierzyć. Przemoc fizyczna, różnica w zarobkach, brak adekwatnej medycyny, rozbieżność między obciążeniem intelektualnym a pracą domową, dyskryminacja zawodowa i tysiąc innych niekorzystnych rozwiązań, są konkretnie wymierne, choć nie zawsze są mierzone”.
Mała biblia włoskiego feminizmu uczy, że to w słowach zaczyna się rzeczywista przemiana – bo to, jak nazywamy świat, wpływa na to, jak w nim żyjemy.
Fot. Pexels


