Katarzyna Dąbrowska: Nie Mieszczę Się w Szufladzie

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kinga Burzyńska: Katarzyna Dąbrowska – wspaniała aktorka teatralna, filmowa, serialowa, dubbingowa, a do tego śpiewająca. Choć właściwie powinnam powiedzieć śpiewająca na pierwszym miejscu, bo kiedy myślę o tobie, pierwsze co przychodzi mi do głowy, to muzyka. I ten twój wspaniały, aksamitny głos.

Katarzyna Dąbrowska: Oj, nieprawda. Wiesz, ile osób zaczepia mnie po koncertach i mówi: „Nie wiedzieliśmy, że pani w ogóle śpiewa!.
A już, że tak śpiewa – to w ogóle, w życiu!” To są bardzo miłe rzeczy, ale rzeczywiście nie funkcjonuje to tak, żebym była z tego mocno rozpoznawalna.

Żyjesz w dwóch światach – aktorskim
i muzycznym. To zupełnie różne publiczności, oglądają cię inne osoby. Czy zdarzają się sytuacje, że ktoś mówi: „Znamy panią z Na dobre i na złe”, a ktoś inny: „Znamy panią ze śpiewania”?

Tak, absolutnie tak jest. Ostatnio zdarzyło się, że ktoś z muzycznego świata usłyszał mnie na koncercie, a potem przyszedł do teatru.
I odwrotnie – osoby, które znają mnie z seriali, przychodzą na koncert trochę z ciekawości: „Jakaś aktorka przyjechała, ma jakiś koncert, zobaczmy”. I są zaskoczeni, bo to nie jest typowa „piosenka aktorska”. 

Na której scenie, jeszcze jako dziecko, stanęłaś pierwsza – aktorskiej czy muzycznej? 

Muzycznej. Dla mnie wszystko zaczęło się od śpiewania.

Zaczęło się od Lubina, czy jeszcze wcześniej?

Wcześniej, ale od Lubina był przełom. Od piosenki francuskiej, od Wojciecha Młynarskiego, który wtedy mnie nagrodził i – można powiedzieć – namaścił. Był przewodniczącym jury i chyba właśnie dzięki niemu przyznano mi nagrodę. Poprosili mnie o trzeci utwór, co było rzadkością. Zaśpiewałam Amsterdam Brela, a dla 16-letniej dziewczyny to nie był oczywisty wybór. Musiałam to jakoś dźwignąć, bo dostałam Grand Prix. Potem, gdzieś za kulisami, już po rozdaniu nagród Wojciech Młynarski zapytał: „A ty już jesteś
w szkole teatralnej, tak?”. Odpowiedziałam: „Nie, jeszcze nie, ja ma dopiero 16 lat”.

Czy to znaczy, że zawsze byłaś nad wyraz poważna?

Może to kwestia mojego niskiego głosu, który zawsze taki był, z chrypą i „piachem”. To pewnie nadawało mi trochę więcej osadzenia. Zresztą musiałabyś zapytać ludzi, którzy pamiętają mnie z tego okresu – ja się tak nie umiem określić. 

A byłaś raczej typem szefa bandy, co biega po drzewach, czy dziewczynką w sukience, która śpiewa?

Po drzewach! Byłam łobuzem, zdarzało mi się uciekać z domu – rodzice mówili: „Nie masz klucza, nie wychodź, nie wolno otwierać drzwi”. No to wyskakiwałam przez okno i szłam bawić się na podwórku. Byli w szoku, że mnie nie ma w domu, a ja grałam gdzieś w zbijaka. Byłam bardzo energetycznym dzieckiem. To były jeszcze czasy takiego arkadyjskiego dzieciństwa, przynajmniej z mojej perspektywy. Nie to co dzisiaj – wydaje mi się, że obecnie dzieci są dużo bardziej ograniczane, przynajmniej te w dużych miastach. Mają znacznie mniej okazji, żeby się wyszaleć. My, na naszym osiedlu, które dopiero się budowało, zaliczaliśmy wszystkie możliwe place budowy. Bawiliśmy się w różne dziwne rzeczy.

Nieartystyczne (śmiech).

Artystyczne też. Pamiętam, że organizowaliśmy zimową olimpiadę – sąsiad wylewał nam lodowisko, ścigaliśmy się na sankach, wymyślaliśmy różne konkurencje. Robiliśmy własne „Mini Playback Show” na osiedlu. Potem już w szkole zaczęłam się udzielać
w konkursach recytatorskich, czyli coraz bardziej oczywista ścieżka dla kogoś, kto później trafia do szkoły teatralnej.

Ale przecież wygranie festiwalu piosenki francuskiej w Lubinie to jeszcze nie jest gwarancja dostania się do szkoły teatralnej. Miałaś plan B? Czy od razu wiedziałaś, że to twój jedyny wybór?

Długo się zastanawiałam – szkoła teatralna czy muzyczna? Ostatecznie wybrałam teatralną, bo dawała mi możliwość połączenia obu światów. Była też zapatrzona w ludzi, którzy też je łączyli, jak choćby Kasia Groniec. A w drugą stronę? Nie znałam przypadku, żeby wokalistka grała wieczorem w Szekspirze. Uznałam więc, że ta droga będzie dla mnie bardziej satysfakcjonująca. Gdy postawiłam na szkołę teatralna, to już nie było planu B. Ewentualnie taki, że jeśli się nie dostanę, pojadę do Francji, popracuję rok, wrócę i przygotuję się znowu do egzaminów wstępnych. Podpytałam starszych kolegów, których poznałam na Festiwalu
w Lubinie – studentów i absolwentów szkoły teatralnej w Warszawie – mówili, że nie jest łatwo, niektórzy zdawali nawet trzy razy. Ale mnie udało się za pierwszym razem.

Są aktorzy, którzy mówią – tak jak Gosia Kożuchowska: „Jeśli nie dostanę się za pierwszym razem, to znaczy, że to nie jest moja droga”. I są też tacy, którzy próbują do skutku.

Ja czułam, że to moja droga, chociaż wzbudziłam chyba pewnego rodzaju poruszenie wśród moich nauczycieli mówiąc, że jeśli nie szkoła teatralna, to pojadę do Francji pracować, chociażby na zmywaku. Byłam dobrą uczennicą, skończyłam liceum z wyróżnieniem, jako jedna z siedmiu wyróżnionych osób w całej szkole. Chodziłam do klasy mat-fiz z rozszerzonym francuskim. Moja matematyczka powiedziała na koniec: „Kaśka, masz między czwórką a piątką. Gdybym podejrzewała, że pójdziesz na Politechnikę, nie dostałabyś tej piątki. Ale masz, dziecko”. Wieku moich kolegów trafiło na politechnikę i jakieś ścisłe kierunki, a ja – humanistka – wybrałam stronę artystyczną. Zawsze był jednak we mnie pewien rodzaj szacunku do analitycznego myślenia, które w aktorstwie się przydaje. 

No właśnie – wspomniałaś o Szekspirze
i teatrze… Wydaje mi się, że analiza tekstu – zwłaszcza przy klasycznym repertuarze – jest jednak bardzo ważna i wtedy to racjonalne myślenie się przydaje.

Zgadzam się, choć czasem mam wrażenie, że mi to przeszkadza. W ostatnich latach uczę się puszczać cugle, nie łapać się tej logiki za mocno. Czasem trzeba puścić wodze fantazji i pozwolić sobie na nielogiczność. To też oczywiście zależy od projektu. Gdy nieprzewidywalność twojego bohatera jest potrzebna, to pewien poziom logiki może to blokować. Często mówię wtedy do siebie: „Kaśka, nie analizuj!”, albo proszę reżysera, żeby mnie pilnował. 

Jaka samoświadomość!

Przekroczyłam Rubikon czterdziestki, więc trochę już jej mam (śmiech). 

Wróćmy jeszcze do francuskiego. Trafiłaś do klasy z rozszerzonym francuskim przez przypadek?

Tak, zupełny przypadek. Bardzo chciałam iść do klasy humanistycznej, ale taka nie powstała – odszedł nauczyciel łaciny. Trafiłam więc do mat-fizu. Tam okazało się, że będziemy mieć sześć godzin francuskiego tygodniowo. Nigdy wcześniej nie uczyłam się tego języka – znałam tylko bonjour. Ale nasza nauczycielka była bardzo młoda i ambitna, od początku rozmawiała z nami głównie po francusku. Później zaproponowała nam udział w konkursie piosenki francuskiej, na który z ułańską fantazją się zgłosiłam.

A została ci znajomość francuskiego?

Tak, cały czas się go douczam. 

Przydał ci się kiedyś w pracy?

Na planie filmu Anne Fontaine, Niewinne, gdzie pracowałam z francuską ekipą – byłam tam jedną z najlepiej mówiących po francusku aktorek, chociaż ostatecznie grałam po polsku. Anne Fontaine w zasadzie dopisała mi  tę rolę, bo spodobałam się jej na castingu. Byłam czasami nicią porozumienia, bo cały plan był bardzo francuski, sporo osób z ekipy mówiło tylko w tym języku. Do dziś staram się  mieć kontakt z językiem, coś poczytać lub posłuchać po francusku. Lubię też wracać do Francji, jeżdzę tam do znajomych, lub tak po prostu, na przykład zobaczyć fajną wystawę. 

A nie myślałaś kiedyś, żeby zrobić recital wyłącznie po francusku?

Moje pierwsze koncerty to był właśnie repertuar francuski. Ale później zostawiłam to już za sobą, bo chciałam robić inne rzeczy. 

Teraz koncertujesz z piosenkami Danuty Rinn?

Tak, to projekt trochę teatralno-muzyczny, trochę stand-up’owy. Scenariusz napisała Magda Smalara, którą zaprosiłam do współpracy, bo sama nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Nie chodziło mi o opowieść o Danucie Rinn, ale
o to, by poprzez te piosenki mówić o nas tu
i teraz – o miłości, związkach, randkowaniu. Myślę, że wyszło bardzo świeżo i zabawnie.

Ale to nie jest twój jedyny projekt.

Mam też projekty bardziej koncertowe – Feeling Good, który zaczął się w teatrze, od spektaklu Gdybym cię nie poznał w reżyserii Jarka Tumidajskiego. W opisie tej sztuki znalazła się adnotacja, że jest tam zadanie dla aktorki, sprawnej wokalnie. I rzeczywiście moja postać parę razy w trakcie tej historii śpiewa, bo w tekst sztuki są wplecione jazzowe standardy. Ludzie zaczęli przychodzić na ten spektakl po kilka razy, pytali, gdzie można posłuchać tych piosenek poza teatrem. I tak pojawił się pomysł, by wydać te utwory. A jak już pojawiły się na serwisach streamingowych, to zaczęły się pytania o cały koncert. Gdyby nie to, pewnie nigdy bym się za to nie wzięła, bo nie ukrywajmy, to trochę kontrowersyjna rzecz – ja, jako aktorka, bez muzycznego, jazzowego wykształcenia, biorę się za standardy jazzowe. Wiele osób mogłoby mi powiedzieć: „Dziewczyno, co ty robisz?”.

Przejmujesz się tym, co ludzie pomyślą, powiedzą? 

Zdarza mi się. Walczę z tym, coraz skuteczniej – jestem już na tyle dojrzała, że wiem, że nie powinnam się tym przejmować. Było jednak we mnie coś takiego. Kiedy menadżerka namawiała mnie na ten koncert, myślałam: „Gdzie ja, aktorka, do standardów jazzowych? Co ludzie powiedzą?”. Ale okazało się, że nikt mnie nie skrytykował – wręcz przeciwnie, na razie spotykam się z samymi pozytywnymi opiniami. 

W spektaklu Historia miłosna grasz pod okiem nowego dyrektora Teatru Współczesnego, Wojciecha Malajkata. Miałaś wcześniej wiele razy sytuację, w której reżyserował cię kolega-aktor? 

Tak miałam wcześniej kilka takich doświadczeń, pracowałam z Marcinem Hycnarem (naszym drugim dyrektorem – śmiech) i z Agnieszką Glińską – oboje są reżyserami, którzy wcześniej skończyli wydział aktorski. Uważam, że to bardzo wygodna sytuacja – reżyserzy
z backgroundem aktorskim szybciej łapią z aktorami nić porozumienia, wiedzą, jak mówić tym samym językiem. Natomiast każdy z naszych dyrektorów ma zupełnie inny styl pracy – Marcin jest bardzo skrupulatny i precyzyjny, a Wojtek daje nam trochę więcej luzu i przestrzeni na improwizację.

Wspomniałaś o improwizacji – pozwalasz sobie na szaleństwo, czy raczej jesteś poukładana?

Żywioł! Szaleństwo i improwizacja pociągają mnie w tym zawodzie najbardziej. Uwielbiam ten moment, kiedy „wskakuję do wody” i płynę, nie kalkulując, dokąd dopłynę. Najwięcej satysfakcji daje mi właśnie oderwanie od logiki – lubię wychodzić poza schemat i odkrywać rzeczy, których wcześniej nie wiedziałam ani o sobie, ani o postaci. Improwizacja
i spontaniczność to dla mnie najcudowniejsze aspekty tego zawodu.

A jesteś głodna filmu? Brakuje ci pracy na planie?

Bardzo! Od trzech lat nie stanęłam na planie – ani filmowym, ani serialowym. Ostatnio widziałyśmy się w Dzień Dobry TVN po Behawioryście, później zagrałam jeszcze
w Wotum nieufności. Niestety, projekt nie został kontynuowany, podobnie jak Behawiorysta, czego bardzo żałuję. Od tamtej pory chodzę na castingi, dostaję pozytywne opinie, ale jakoś nie mogę „wskoczyć” na tego konika. Bardzo za tym tęsknię, bo praca w filmie to zupełnie coś innego niż teatr, to dwa zupełnie różne światy. Są aktorzy, którzy odnajdują się tylko w jednym z nich. Ja mam wrażenie, że dobrze czuję się i w filmie, i w teatrze. Często przenoszę doświadczenia z jednego miejsca do drugiego. W filmie musisz być gotowa zagrać emocje natychmiast, bez wielomiesięcznych prób. Kamera stawia cię do pionu, więc zostaje tylko „ratuj się kto może” – i ja to kocham. 

Wydaje mi się, że reżyserzy i producenci często myślą schematami. Widzą: „Katarzyna Dąbrowska – aktorka śpiewająca, teatralna”, zapraszają na casting, wypadasz świetnie, ale… wybierają kogoś innego. Nie krytykuje nikogo, ale myślę, za takie postrzeganie schematami płaci się jakąś cenę. 

Na pewno trochę tak jest. Sama mam czasem poczucie, że trudno mi się wpasować w jakiś schemat, nawet na poziomie mojej zewnętrzności. To też nie jest oczywiste, w którą szufladę się mieszczę. 

Moim zdaniem pięknie jest być między szufladami (śmiech). Z jednej strony „anielski wygląd”, z drugiej – „diabelski głos”. A miałaś kiedyś okazję zagrać naprawdę złą postać?

Miałam! Na przykład postać Graby z Czasu Honoru. Grałam strażniczkę na Pawiaku – bardzo zazdrosną kobietę, która znęca się nad bohaterką graną przez Magdę Różczkę. To był taki poziom zła, który trudno było z siebie zrzucić po powrocie do domu. Potrzebowałam sporo czasu, żeby opadły emocje, które musiałam w sobie odnaleźć. Ale na tym przecież polega ten zawód – musimy sięgać zarówno po to, co w nas dobre, jak i po to, co złe.

To ciekawe, bo Agnieszka Żulewska mówiła ostatnio, że teraz, gdy jest mamą, nie chciałaby grać skrajnie złych postaci – bo to
w niej rezonuje, zostaje. Ty też to czujesz?

Gram teraz w teatrze postać, która nie jest krystaliczna i ma w sobie sporo ciemnych cech – to rola w Handlarzach gumek w Teatrze 6. piętro, w reżyserii Adama Sajnuka. Wspaniała sztuka Levina i ogromne pole do eksploracji ludzkich słabości i przywar. Razem z Borysem Szycem i Grzesiem Małeckim rzuciliśmy się z rozkoszą w to, by pokazać małość naszych bohaterów, ich negatywne cechy. Chodziło nam o prawdę – oczywiście pokazujemy, skąd to się bierze, czego się boją, ale nie bronimy tych postaci, jedziemy po bandzie. Mam w sobie ciekawość i gotowość do grania takich ról, choć doskonale rozumiem Agnieszkę. To kwestia wewnętrznej dyspozycji, której być może ona – jako młoda mama – na tym etapie życia po prostu nie ma. Na pewno trudno wrócić do domu, do niewinnego stworzenia, z takim „rozwibrowaniem” na to co w człowieku złe.

A jak wracasz po spektaklu do domu, to jaka jesteś? Odpoczywasz? Jesteś poukładana? 

To jest totalna dwoistość mojej natury.
Z jednej strony jestem permanentnym chaosem – potrafię zapomnieć o ważnym terminie, nie ogarniam wielu spraw. Dlatego bardzo się cieszę, że mam agentki, które pomagają mi nad tym wszystkim zapanować. Z drugiej strony, zwłaszcza przed premierą, pojawia się we mnie potrzeba uporządkowania przestrzeni – po próbach rzucam się w wir sprzątania, bo to porządkuje też moją głowę, pozwala mi przepracować różne rzeczy. Przyznaję jednak, że przy pracy nad Historią miłosną nawet na Mazurach, gdzie jeździmy na Święta, trudno mi się było zatrzymać i wyciszyć. Dopiero po premierze daję sobie czas, żeby nic nie robić – poczytać książkę, poleżeć na kanapie, przez pół godziny zastanawiać się, na co mam ochotę.”

fot. Dominika Scheibinger

Reklama

Dekonstrukcja Love Is Blind | Anywhere Niekulturalnie

Kuba i Kasia (Zwierz Popkulturalny) używają wszystkich trudnych słów jakie znają, by przeprowadzić meta-analizę Love is blind za pomocą derridiańskiej dekonstrukcji i pseudointelektualizmu. A, no i gadają też o Oku Behemota Jacka Dukaja. Ale – Love is Blind. Blind is Blind. Danny Blind. Wszystko jasne.

Dopamina Bogini Motywacji | Dawka Krytyczna

Julia Trojanowska i Sylwia Pilch w rozmowie na temat dopaminy. Bogini motywacji, a nie przyjemności – wokół dopaminy powstało wiele mitów. Sylwia i Julia w 3 odcinku dawki krytycznej pochylają się nad dopaminą – nad jej działaniem, wpływem na nasze życie, mitami i tym, jak social media i współcześni społeczeństwo wykorzystuje jej mechanizmy.