Hanna Turnau: Trzeba robić swoje i się nie poddawać

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Alicja Pruszyńska: Haniu, w jakim momencie zawodowym cię łapię? To intensywny czas czy raczej chwila oddechu?

Hanna Turnau: Mam wrażenie, że w momencie trudniejszym niż łatwiejszym. W takim, który czyha na każdego aktora – kiedy wszystko trochę zwalnia i dzieje się mniej. Zeszły rok był u mnie bardzo intensywny, naprawdę dużo się działo. A kiedy tak jest, mamy nadzieję, że to potrwa jak najdłużej i się nie skończy. Gdy jednak przychodzi moment spowolnienia, bywa trudno. Trzeba na nowo o sobie przypominać i czekać. Ten zawód polega właśnie na czekaniu i cierpliwości – a tej trzeba mieć dużo. Czasem po prostu przez jakiś czas nie dzieje się nic i trzeba to przeczekać. Mam teraz ten wolniejszy czas, ale oczywiście wciąż gram swoje stałe spektakle. Jest to przede wszystkim „Dziennik Anne Frank”. To bardzo bliski mi spektakl – była to dotychczas moja najważniejsza praca z reżyserem Zbigniewem Brzozą. Lubię do tego wracać.

W maju graliśmy kolejny raz „Dzieci z Bullerbyn” Agnieszki Glińskiej. To spektakl absolutnie uwielbiany w Warszawie – bilety znikają w moment. Kochają go zarówno dzieci, jak i dorośli. Sam tytuł przyciąga wszystkich, a Agnieszka Glińska jest reżyserką znaną z tego, że świetnie robi dziecięce tytuły. Oczywiście gram też w serialu „M jak miłość”, chociaż jest mnie tam trochę mniej, ostatnio pojawiam się tam trochę rzadziej. Szykują się duże zmiany związane z moją obecnością w tym serialu, z którym jestem związana od ponad czterech lat – ale na razie nie mogę zdradzić szczegółów. 


Reklama

Jest więc trochę wolniej, ale przez to wpadłam na pewien pomysł. Przytrafia mi się tak dużo różnych i dziwnych sytuacji związanych z moim zawodem. Są to sytuacje często absurdalne i zabawne, ale bywają też trudne czy gorzkie. Ten zawód jest trochę jak sinusoida – ciągle mierzymy się z różnymi rzeczami. Pomyślałam więc, że tych historii zebrało się już tyle, że chciałabym o nich opowiedzieć. Wpadłam na pomysł zrobienia monodramu o aktorce. Chciałabym pokazać w nim ten zawód „od kuchni” – opowiedzieć o tym, z czym aktorka musi się mierzyć, zarówno w momentach dobrych, jak i w tych trudniejszych, kiedy pracy jest mniej.

Czyli trochę tych projektów mimo wszystko jest. Do planów jeszcze wrócimy, ale chciałabym zapytać o początki. Podobno twoje pierwsze sceniczne doświadczenia to program „Od przedszkola do Opola”. Czy już wtedy, jako dziewczynka, marzyłaś o aktorstwie? A może najpierw chciałaś zostać piosenkarką?

Rzeczywiście, wystąpiłam w „Od przedszkola do Opola” kiedy miałam siedem lat – to był 1998 rok. W programie przedstawiono mnie wtedy jako dziewczynkę, która w przyszłości chciałaby zostać… piosenkarką i fryzjerką. To były moje pierwsze marzenia. Z fryzjerstwa jednak zrezygnowałam, a aktorstwo pojawiło się chwilę później. Od dziecka mówiłam, że będę aktorką. Przez chwilę była jeszcze ta piosenkarka – bardzo lubiłam występować i śpiewać. Mam wrażenie, że u wielu moich koleżanek aktorek wyglądało to podobnie – często od początku czujemy, że właśnie tego chcemy.

A kiedy zaczęłaś myśleć o aktorstwie naprawdę poważnie, czy widziałaś w tym zawodzie coś więcej niż tylko pracę? 

Hanna Turnau: Tak, zdecydowanie. Myślę, że w tej pracy jest pewien rodzaj misyjności. Poprzez swoją pracę możemy mówić o rzeczach ważnych – i po takie projekty warto sięgać. Oczywiście nie zawsze jest to proste, bo nie każdy taki projekt do nas przychodzi. Poprzez naszą pracę możemy w jakiś sposób zmieniać świat na lepszy, co ostatnio pokazał film Wojtka Smarzowskiego „Dom Dobry”, który miał ogromną oglądalność, a porusza tak ważny temat jak przemoc domowa. Poprzez pracę możemy mówić o rzeczach ważnych – nie wiem czy powinniśmy, ale myślę że gdy ktoś ma zasięg w social mediach, to warto z niego korzystać. 

Pytam o to, bo wspomniałaś już o jednym z twoich ważniejszych projektów – spektaklu „Dziennika Anne Frank” w Teatrze Lalka. To przedstawienie oparte na pamiętnikach żydowskiej dziewczynki z czasów II wojny światowej, która ukrywała się przed nazistami. To bardzo trudny temat. Czy to jedna z takich ról, które ciężko zostawić w teatrze po spektaklu?

Tak, to było wyzwanie. Tym bardziej, że w tym spektaklu opowiadamy o prawdziwych ludziach. To sprawia, że wszystko staje się jeszcze mocniejsze – wiemy, że oni naprawdę istnieli, naprawdę się ukrywali i że faktycznie zginęli. I to właściwie tuż przed wyzwoleniem. Dla mnie to jest w tej historii najtrudniejsze – świadomość, że tak długo byli w stanie się ukrywać, a tuż przed końcem wojny zostali zdradzeni i prawie wszyscy zginęli w obozach zagłady.

W spektaklu mocno to wybrzmiewa także dlatego, że po zakończeniu przedstawienia wyświetlane są napisy mówiące o tym, kto gdzie zginął. Ci ludzie zostali rozdzieleni i każdy trafił do innego obozu zagłady. Po spektaklu nawet nie wychodzimy do ukłonów. To jedyny taki spektakl w moim życiu. Opowiedzieliśmy historię tak mocną i dotyczącą prawdziwych ludzi, że trochę nie wypada już wychodzić i się kłaniać. Taki jest właśnie ten projekt i taka jest też ta rola – lubię do niej wracać, chociaż zawsze jest to trudne – zwłaszcza że nie gramy tego spektaklu bardzo często. Powroty do tej historii po kilku miesiącach przerwy bywają dla mnie naprawdę ciężkie. A jednocześnie to temat, który dziś wydaje się bardzo potrzebny – mam na myśli przede wszystkim pamięć o Holokauście. Wydaje mi się, że znowu jesteśmy w momencie nasilonego antysemityzmu, także w kontekście tego, co dzieje się wokół konfliktu izraelsko-palestyńskiego, w którym to Izrael jest agresorem. Historia jest jednak taka, jaka jest – ważne, abyśmy cały czas o tym pamiętali. 

Gracie ten spektakl w teatrze, który w dużej mierze kieruje swoją ofertę do młodszej publiczności. Zastanawialiście się, jak oni odbierają taką historię?

Młody widz to w ogóle niełatwy widz. Przyznam, że to zawsze jest dla mnie jeden z najbardziej stresujących momentów przed spektaklem – pytanie: kto dziś przyszedł na widownię? Najczęściej są to licealiści, bo spektakl jest przeznaczony dla widzów od 15. roku życia, więc to już starsza młodzież. Zawsze trochę się obawiam, jak podejdą do tematu i czy potraktują go poważnie. Sama pamiętam szkolne wycieczki do obozów zagłady – to nigdy nie był dobry pomysł. Młodzież bywa trudna, potrafi też żartować ze wszystkiego.

Ale za każdym razem, kiedy mam takie obawy, okazuje się, że jest zupełnie inaczej. Na widowni zapada cisza, widzowie są bardzo zasłuchani. Ostatnio na spektaklu był też syn mojej znajomej. Po przedstawieniu zapytałam ją, co powiedział. Odpisała mi, że niewiele – stwierdził tylko, że spektakl był „spoko”. Ale kilka godzin później przyszedł do niej i zapytał o swoich pradziadków. Chciał wiedzieć, co robili w czasie wojny. I to już jest jakaś refleksja – zaczyna się myślenie o historii własnej rodziny. Przecież mija tyle czasu, że rosną już pokolenia, którym historie z tamtego okresu nie będą przekazywane bezpośrednio. Warto o tym pamiętać – to jest aż sto lat i tylko sto lat. 

I to chyba też pokazuje, po co w ogóle jest sztuka. Ale – jak sama wcześniej wspomniałaś – ta branża ma też drugą stronę. Powiedz mi, czy czujesz się w ogóle częścią show-biznesu?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Chyba trochę tak – w tym sensie, że chodzę na branżowe eventy, premiery czy pokazy mody. Sama w tym uczestniczę, więc siłą rzeczy się w to wpisuję. Ale czy czuję się częścią polskiego show-biznesu? Nie do końca.

A czy łatwo było ci się w tym odnaleźć? 

Nie, zdecydowanie nie. I wydaje mi się, że niewiele jest osób, którym naprawdę łatwo się w tym odnaleźć. Na początku trudne było dla mnie stanie na ściance. To było dla mnie potwornie stresujące. Za każdym razem jest jakiś trochę nieprzyjemny element. Ale kiedy spojrzy się na ten zawód całościowo, to jest to po prostu część pracy. Trochę jak przygotowanie do roli – takie bywanie na eventach to też jest jakiś rodzaj pracy.

Zastanawiam się, czy można nauczyć się dystansu do tego, że twoje słowa – wypowiedziane gdzieś szybko – nagle zaczynają żyć własnym życiem i bywają interpretowane inaczej, niż zamierzałaś.

To nie jest łatwe. Czasem łapię się na tym, że coś opublikuję na swoim Instagramie i nie pomyślę, że może to zostać przedrukowane i podane w zupełnie inny sposób. Z drugiej strony nie mam na to wpływu. Mam publiczne konto, obserwuje mnie kilkadziesiąt tysięcy osób, więc muszę brać pod uwagę, że tak się może wydarzyć.

Chcę być sobą, również w swoich social mediach. Nie chcę kreować w mediach społecznościowych postaci, którą nie jestem. Jeśli coś mnie zdenerwuje, to też potrafię o tym powiedzieć. A że później idzie to dalej w świat – na to już nie mam wpływu. Mogę to tylko zaakceptować i czasem się z tego pośmiać. Zresztą lubię trochę wyśmiewać tę całą powagę. To chyba najlepsza metoda, bo inaczej można zwariować.

Ostatnio było trochę głośno po tym, jak wspomniałaś o trudnej sytuacji castingowej. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale pomyślałam wtedy, że wciąż za mało mówi się o trudnej stronie aktorstwa – i nie mam na myśli tylko czekania na role.

Bo zwykle, kiedy gdzieś opowiadamy o swojej pracy, chcemy mówić o projektach, o tym, że coś się dzieje, że jest pozytywnie. Tak to chcemy pokazywać. Ale rzeczywiście opisałam na Instagramie trudną sytuację castingową – w skrócie: ktoś mnie po prostu źle potraktował. Ten wpis został później przedrukowany przez portal plotkarski w dość szyderczym kontekście. Pojawił się nagłówek, że Hanna Turnau ubolewa nad swoim „CIĘŻKIM LOSEM”. Znowu próbuje się pokazać ludziom, że nasz zawód to takie nic. Że o co artystom w ogóle chodzi? Czego chcemy? Przecież tylko chodzimy na ścianki i imprezy, wszyscy mieszkamy w willach i  jeździmy porsche. To mnie najbardziej zabolało – znowu chcą pokazać ludziom, że nie mamy prawa narzekać, bo nam się tak świetnie żyje. 

Cały czas zapominamy o tym, że osoby, którym faktycznie tak fantastycznie się powodzi, to niewielki procent. Cała reszta ma naprawdę ciężko. Jesteśmy zresztą jedyną grupą zawodową w Polsce, która nie ma składki NFZ. O to walczy Związek Zawodowy Aktorów Polskich, żebyśmy byli traktowani na równi z innymi zawodami.  Bo jeśli ktoś nie ma stałego etatu w teatrze – a takich aktorów jest mniejszość – to najczęściej pracuje jako freelancer albo prowadzi działalność gospodarczą. I to nie jest łatwy żywot. O tym się ciągle zapomina, śmieje się i wrzuca nas do jednego wora z celebrytami, którzy zarabiają dużo pieniędzy. Realia pracy i zarobków w teatrze nie są kolorowe. Często to pensje zbliżone do najniższej krajowej, bardzo niewielkie stawki za spektakle w mniejszych miejscowościach. W Warszawie, ale w teatrze dziecięcym – w Teatrze Lalka – te stawki też są bardzo niskie. Wykonując ten zawód ciężko się utrzymać na powierzchni ziemi. Dlatego chcę też o tym opowiedzieć w moim monodramie. 

Czyli to forma odzyskania swojego głosu?

Tak. I pokazanie widzom, jak wygląda nasza praca od kuchni – zwłaszcza te miesiące, kiedy nie mamy pracy, kiedy staramy się o role i ciągle spotykamy się z odrzuceniem. Bo o tym też się zapomina: my jesteśmy odrzucani cały czas. Na sto castingów wygrywa się jeden. 

A w tym zawodzie jest dużo osób bardzo wrażliwych, więc to naprawdę nie jest łatwe doświadczenie.

Nie chcę narzekać czy „biadolić” – tak jak czasem mi się to zarzuca. Ale myślę, że warto mówić szerzej o tym, jak różne potrafi być aktorstwo.

Warto mówić szczerze i brać sprawy w swoje ręce.

Dokładnie – dlatego zaczynam działać. Mamy już pierwszą wersję scenariusza. Pisze go fantastyczna scenarzystka, pisarka i komiczka – Asia Pawluśkiewicz. Podkreślam że komiczka, ponieważ chcę żeby to było mocno komediowe. Asia ma fantastyczne poczucie humoru, dlatego zwróciłam się do niej z tym tematem. Jest też autorką monodramu „Co modna pani wiedzieć powinna”, więc ma doświadczenie w tej formie.

Chciałabym, żeby ten monodram był zabawno-gorzki. Bardzo bazuje na moich osobistych doświadczeniach. Spisałam Asi ogromne dokumenty z opisami różnych sytuacji, które mnie spotkały przez moje dziesięcioletnie życie aktorskie – bo mniej więcej dziesięć lat temu skończyłam szkołę. Chcemy skupić się na castingach i self-tape’ach. Mam naprawdę sporo archiwalnych salfe-tape’ów. Kiedy Asia je zobaczyła, stwierdziła, że to fantastyczny materiał do wykorzystania w spektaklu. Zgodziłam się, bo pomyślałam, że warto pokazać ten świat trochę od kuchni. Chciałybyśmy, żeby część tych self-tape’ów pojawiła się w monodramie. Asia pisze narazie scenariusz, ale skoro już oficjalnie o tym mówię, to znaczy, że musi to powstać. A kiedy będę miała gotowy tekst, to ruszę z tym w świat, żeby ktoś to wyprodukował i żebym mogła to zagrać. 

Zostając jeszcze trochę przy opowiadaniu historii – bo w zasadzie na tym opiera się ten zawód – pojawiło się u ciebie też słuchowisko „Mordercze zaniki pamięci”. Możesz coś o tym opowiedzieć?  

To kryminał, ale trochę komediowy. W tym słuchowisku pada naprawdę dużo trupów, ale jednocześnie bywa momentami bardzo zabawnie. Tekst napisali Kasia Górtat‑Rzepka i Piotr Rzepka. I to jest w ogóle też taki aspekt pracy aktora, który bardzo lubię. W naszym zawodzie mamy naprawdę dużo różnych możliwości. W momentach przestoju możemy na przykład więcej pracować głosem – bo po prostu mamy na to czas. Bardzo się cieszę z tego słuchowiska, to była super przygoda. 

I jak wyraża się emocje w momencie, gdy zostaje tylko głos? 

Wspaniale – w pracy zostaje tylko głos i odpada też całe myślenie o tym, jak się wygląda. Nie ma znaczenia, w co się ubierzesz do studia. Siedzisz w zamkniętym, często ciemnym pomieszczeniu, nikt cię nie widzi, a ty możesz oddać emocje wyłącznie głosem.

Czyli jest to łatwiejsze?

Nie powiedziałabym, że łatwiejsze. Może w jakimś sensie nawet trudniejsze. Masz tylko głos, więc emocje muszą naprawdę wybrzmieć prawdziwie. Ale to jest też bardzo przyjemne i właśnie w tym zawodzie fajne – że mamy tak wiele różnych możliwości.

Zastanawiam się też, jak to będzie wyglądać w przyszłości w kontekście sztucznej inteligencji – jak to może wpłynąć na tę branżę.

O tym mówi się już od jakiegoś czasu. Rzeczywiście wielu aktorów czy lektorów się tym martwi. Ale mam wrażenie, że na razie to nam nie grozi. Człowiek wciąż jest tutaj nie do zastąpienia. Sama nagrywam sporo reklam głosowych i widzę, że klienci wybierają  żywego aktora. AI nie jest w stanie wykonać konkretnych poleceń, które dostaje się trakcie nagrania. Taki głos jest „suchy”, a aktorzy są w stanie przekazać w głosie emocje, więc wydaje mi się, że na razie nie jesteśmy zagrożeni. 

Haniu, czy twoim zdaniem te najważniejsze projekty – oprócz monodramu – są jeszcze przed tobą? Mam tu też na myśli świat filmu.

Tak, oczywiście. Cały czas czekam dużą rolę w filmie. A nawet niekoniecznie dużą, ale znaczącą, bo dotychczas pojawiały się epizody. To były spotkania z ciekawymi reżyserami, ale zawsze chce się więcej. Zresztą często jest ryzyko wycięcia z projektu.  Ostatnio grałam w najnowszej „Lalce”, która będzie miała premierę we wrześniu. Miałam tam jedną scenę, więc wiem, że ryzyko, iż nie pojawię się w tym filmie, jest ogromne. Nagrywa się dużo więcej materiału, niż później znajduje się w wersji montażowej, więc wiele scen „idzie pod nóż”. Zawsze pojawia się ryzyko, że się kogoś wytnie, tym bardziej jeżeli miał jeden dzień zdjęciowy.  Ale wierzę, że najlepsze rzeczy są jeszcze przede mną i że to wszystko przyjdzie. W tym zawodzie jest jednak ta niewiadoma – kiedy przyjdzie. Dlatego mam wrażenie, że trzeba po prostu robić swoje i się nie poddawać. A kiedy się upada, to wstawać, otrzepać się i iść dalej. Jeżeli chce się wykonywać ten zawód, to trzeba mieć naprawdę twardy tyłek.

Reklama

Dekonstrukcja Love Is Blind | Anywhere Niekulturalnie

Kuba i Kasia (Zwierz Popkulturalny) używają wszystkich trudnych słów jakie znają, by przeprowadzić meta-analizę Love is blind za pomocą derridiańskiej dekonstrukcji i pseudointelektualizmu. A, no i gadają też o Oku Behemota Jacka Dukaja. Ale – Love is Blind. Blind is Blind. Danny Blind. Wszystko jasne.

Dopamina Bogini Motywacji | Dawka Krytyczna

Julia Trojanowska i Sylwia Pilch w rozmowie na temat dopaminy. Bogini motywacji, a nie przyjemności – wokół dopaminy powstało wiele mitów. Sylwia i Julia w 3 odcinku dawki krytycznej pochylają się nad dopaminą – nad jej działaniem, wpływem na nasze życie, mitami i tym, jak social media i współcześni społeczeństwo wykorzystuje jej mechanizmy.