Cheap Tobacco – Rozczarowanie jest czymś niesamowitym

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Alicja Pruszyńska: Dzień dobry, wracamy do państwa z projektem Sounds Are Back In Town. Tym razem na naszej scenie zespół Cheap Tobacco. Ze mną Natalia Kwiatkowska – wokalistka i autorka tekstów – oraz Robert Kapkowski, gitarzysta zespołu oraz kompozytor. Zaprezentujecie materiał ze swojej najnowszej płyty „Wschody i zachody”. Chciałabym trochę rozebrać ten album na czynniki pierwsze, ale zanim do tego przejdziemy, zatrzymajmy się przy samym tytule – z czym wam się te słowa kojarzą? Wybraliście bardzo symboliczny tytuł, który może przywoływać wiele różnych skojarzeń.

Natalia Kwiatkowska: Dla mnie to taki niekończący się cykl życia, cykl świata. Słońce cały czas wschodzi i zachodzi, a niezależnie od tego, co przeżywamy i co dzieje się w naszym życiu, ten cykl się nie kończy. Przynajmniej w naszym świecie – póki co – i oby tak było zawsze. Ten tytuł miał też symbolizować to, że życie jest pełne wzlotów i upadków, dołów i gór, wschodów i zachodów, gorszych i lepszych chwil. Nasze życie jest pełne właśnie wtedy, kiedy zawiera to wszystko. Nie ma nocy bez dnia, nie ma dobra bez zła – one po prostu muszą istnieć, bo bez siebie nie miałyby znaczenia.

Alicja: Robert? Jaka była twoja pierwsza myśl?


Reklama

Robert Kapkowski: Tytuł „Wschody i zachody” pojawił się bardzo naturalnie. Podczas pracy nad tą płytą mieliśmy i wzloty, i upadki. Był wysoki haj, ale też moment, w którym lecieliśmy nisko. Dlatego naturalne było nazwanie tej płyty właśnie „Wschody i zachody”. Ogromnie się cieszymy, że ten album się ukazał mimo wielu przeciwności, które napotkaliśmy po drodze. Praca nad nim trwała trzy lata, więc ten tytuł od razu kojarzy mi się właśnie z tymi wszystkimi wzlotami i upadkami.

Alicja: Płyta opowiada również o zmianach, które przychodzą i odchodzą. Pomyślałam sobie też w kontekście historii waszego zespołu. To już piętnaście lat na scenie. Co najbardziej zmieniło się przez ten czas? A co pozostało takie samo?

Natalia: Mam wrażenie, jakby zmieniło się wszystko, a równocześnie nie zmieniło się nic. Została w nas ta sama pasja do tego, co robimy, wiara w to wszystko i moc, żeby dalej to robić. Natomiast zmieniliśmy się my jako ludzie – na pewno dojrzeliśmy. Nie mamy już takiej młodzieńczej pasji, chociaż ona często się objawia, kiedy tworzymy albo gramy koncerty. Zmieniła się też nasza muzyka, bo jesteśmy coraz bardziej doświadczeni. Zmieniło się zaplecze sprzętowe, zespół cały czas się rozwija. Ale ten rdzeń, który sprawia, że chcemy tworzyć, pozostał niezmienny.

Alicja: Domyślam się, że przez tyle lat zdążyliście się bardzo dobrze poznać. Można powiedzieć, że znacie już instrukcję obsługi drugiego człowieka. Potraficie rozpoznawać swoje wzajemne „wschody i zachody”?

Robert: Tak, myślę, że znamy się już na tyle dobrze, że nie jest to problemem. I nie chodzi tylko o naszą dwójkę, ale o całą czwórkę, bo wszyscy znamy się bardzo długo. Skład zespołu się zmieniał, ale tak ludzko znamy się od około piętnastu lat. Funkcjonujemy trochę jak rodzinka. Jest bliskość, ale – jak to w rodzinie – zdarzają się też spięcia. Śmieję się, że w busie bywają czasem święta, podczas których się spieramy i kłócimy. Ale mamy jeden wspólny cel i to nas łączy. Tym celem jest muzyka.

Alicja: Gdybyście mieli podać receptę na tak długi staż zespołu? Zwłaszcza dziś, kiedy zespołów jest niewiele, a nawet jeśli istnieją, to często szybko potrafią się rozstać.

Robert: Na pewno słuchanie siebie nawzajem, umiejętność zrobienia kroku do tyłu i czasem po prostu przeczekanie różnych sytuacji. Niektóre rzeczy muszą się po prostu ułożyć. Każdy z nas jest innym człowiekiem i ma inny charakter. Idziemy w jednym kierunku, ale od tego kierunku odchodzi wiele różnych ścieżek. Trzeba znaleźć tę wspólną, mimo że każdy czasem chciałby pójść trochę w inną stronę. Myślę, że to nie jest proste w zespołach, ale z drugiej strony właśnie to tworzy coś wyjątkowego.

Natalia: Ważne jest też pamiętanie o tym, że mamy wspólny cel. Tak naprawdę gramy do jednej bramki i jesteśmy w jednej drużynie. Czasem to bywa trudne, bo podczas konfliktów czy spięć łatwo o tym zapomnieć i człowiek ma ochotę zrobić różne rzeczy. Ale potem warto się wyciszyć i przypomnieć sobie: „Okej, tak naprawdę chodzi nam o to samo. Chcemy iść w tę samą stronę”. Ważne, żeby o tym pamiętać.

Alicja: Słuchając waszych piosenek, można odnieść wrażenie, że po tej drugiej stronie – mam na myśli warstwę tekstową – jest osoba co najmniej melancholijna. Przynajmniej większość waszych piosenek ma taki charakter. Podobno trudno jest wam pisać o szczęściu. Czy to prawda? Dlaczego dla artystów jest to takie trudne?

Natalia: Może nawet nie tyle o samym szczęściu, bo szczęście ma wiele imion. Mam poczucie, że teraz dużo piszę o drodze do szczęścia, do jakiejś pełni i spełnienia. Ta droga zazwyczaj bywa wyboista, ale gdyby taka nie była, to pewnie nie docieralibyśmy do tych lepszych miejsc. Więc poniekąd są to piosenki o szczęściu, albo raczej o drodze do niego. Natomiast rzeczywiście bardzo trudno jest nam pisać po prostu wesołe piosenki.

Faktycznie jest w nas jakiś duch melancholii. Tłumaczę to sobie tym, że o trudniejszych rzeczach mówi się ciężej. Artyści są chyba trochę po to, żeby potrafili wyrazić w swojej twórczości to, czego wiele osób boi się powiedzieć, czego się wstydzi albo przed czym ma różne blokady. Dzięki temu podczas koncertów ludzie mogą przeżywać swoje emocje, których na co dzień nie potrafią wyrazić, a my trochę im w tym pomagamy. Może właśnie dlatego łatwiej jest pisać takie bardziej melancholijne, smutniejsze utwory.

Alicja: Więcej osób może się z nimi utożsamić.

Robert: Czasami pięknie jest przeżywać trudne rzeczy – to nas dużo uczy. Oczywiście w życiu są momenty, kiedy jesteśmy szczęśliwi, zadowoleni i wszystko wydaje się harmonijne. Ale żeby to mogło istnieć, muszą być też góry i doły, wschody i zachody. Wydaje mi się, że to właśnie pozwalają nam się zatrzymać i docenić różne rzeczy. Jest to chyba po prostu głębsze. 

Alicja: Wspomniałeś o tym, że uczymy się na swoich doświadczeniach. Przechodząc do samej płyty – przesłuchałam ją od początku do końca, bo lubię słuchać albumów właśnie w takiej kolejności. Domyślam się, że układ utworów na pewno nie jest przypadkowy. Odebrałam tę płytę przede wszystkim jako opowieść o rozstaniu i rozpadającej się relacji, ale jednocześnie miałam wrażenie, że nie opowiada ona o samym końcu miłości, tylko o całym procesie. Miałam poczucie, że razem z bohaterką przechodzę całą drogę – od momentu złamanego serca, przez tęsknotę i myśli: „A może jednak moglibyśmy do siebie wrócić?”, aż do wdzięczności. Zastanawiam się, który z tych etapów uważacie za najważniejszy?

Natalia: Powiedziałabym, że wszystkie są równie ważne. Nie byłoby etapu wdzięczności, gdyby człowiek nie pozwolił sobie przeżyć tego wszystkiego – żalu, złości, tęsknoty czy niedopuszczania do siebie tej informacji. Akceptacja wszystkich tych stanów sprawia, że na końcu jesteśmy w stanie powiedzieć: „Okej, już nie mam żalu, nie mam gniewu. Rozumiem, że tak miało być i jestem za to wdzięczna”. Dlatego dla mnie wszystkie etapy są równie ważne. 

Robert: Ja uważam, że najważniejsza jest właśnie wdzięczność. Jest na końcu całej drogi, i to jest ten happy end. To moment, który pozwala nam naprawdę się z tym uporać i stać się lepszym człowiekiem. Często mówi się, że porażki budują nas bardziej niż sukcesy. Myślę, że z wdzięcznością jest podobnie. To etap, w którym przeszło się już najgorsze i można powiedzieć: „W sumie dobrze, że to się wydarzyło. To było po coś”.

Alicja: Ale ile trzeba przeżyć? Co musi się wydarzyć, żeby od bólu dojść do wdzięczności? Nie każdy przecież to potrafi. Skąd bierze się taka dojrzałość?

Natalia: Myślę, że to jest etap, w którym człowiek przestaje uciekać. Uważam, że modus operandi każdego człowieka jest ucieczka. Boimy się skonfrontować z trudną sytuacją i własnymi uczuciami, więc uciekamy – w kolejne relacje, uzależnienia, pracę, sport, a dziś bardzo często także w scrollowanie mediów społecznościowych. A to jest taki moment, kiedy po prostu stajesz twarzą w twarz z tym wszystkim. Nie uciekasz, bo wiesz, że jeśli uciekniesz, za chwilę wpadniesz w dokładnie taką samą relację. Pozwalasz sobie poczuć wszystko. Masz odwagę poczuć ból, stratę, złość, zazdrość – wszystkie emocje. I właśnie dzięki temu one z czasem odpuszczają.

Alicja: Czyli kluczem jest po prostu przeżycie tych emocji. Macie swój najbliższy sercu utwór z tej płyty? Czy nie potraficie wybrać?

Robert: Ja mam. Dla mnie to chyba piosenka „Serce”.

Alicja: A nie „Lonely”?

Robert: Nie, chociaż „Lonely” też jest dla mnie bardzo ważna. To była dla mnie nauka i duży krok. Jednak „Serce” z wielu względów jest dla mnie najważniejszym utworem na tej płycie.

Natalia: A dla mnie chyba „Ot tak”. Powstawał w bardzo ważnym momencie mojego życia i ma melodię, która była dla mnie przełomowa. To akurat mój utwór – zarówno muzyka, jak i słowa. Ale faktycznie, „Serce” również, „Bez słów” i „Z bliska”. Właściwie cała płyta.

Alicja: Wspomniałaś o utworze „Ot tak”. Zwróciłam na niego szczególną uwagę. To piosenka o rozczarowaniu, a przecież rozczarowanie najczęściej kojarzy nam się z czymś złym – z żalem, smutkiem czy złością. Tymczasem ty pokazujesz je jako coś dobrego. Coś, co odsłania przed nami prawdę. To chyba właśnie oznaka dojrzałości.

Natalia: Dziękuję bardzo. Taki był mój pierwotny zamysł, kiedy pisałam ten tekst. Pomyślałam sobie: „Wow, rozczarowanie jest czymś niesamowitym, bo w końcu coś mi się odczarowało”. Nagle widzę rzeczy takimi, jakie naprawdę są. A kiedy widzę je bez upiększania i bez lukru, mogę realnie coś z nimi zrobić. Na początku przesłanie tej piosenki było całkowicie pozytywne. Potem trochę się temu ugięłam, bo ludzie wokół mówili: „Przecież rozczarowanie z definicji jest czymś negatywnym”. Wtedy zmieniliśmy też bridge tej piosenki. Początkowo był mój i był weselszy, ale ostatecznie wykorzystaliśmy bridge napisany przez Michała Bigulaka, naszego basistę. Jest trochę cięższy. Ale on też bardzo dobrze pasuje. Można powiedzieć, że jest bardziej dojrzały – pokazuje pogodzenie się z rzeczywistością. Dlatego teraz podczas koncertów mówię, że to jest piosenka o rozczarowaniu, ale interpretację, czy ono jest czymś pozytywnym czy negatywnym, zostawiam już słuchaczom.

Alicja: Każdy interpretuje ją przez pryzmat własnych doświadczeń. Robert, wspomniałeś wcześniej o utworze „Serce”. To właśnie ten numer wybraliście na główny singiel płyty. Zresztą podbija on Listę Przebojów Radiowej Trójki. Spodziewaliście się tego? I dlaczego wybraliście właśnie ten utwór?

Robert: Nie spodziewaliśmy się, że „Serce” trafi do Trójki, że zostanie tam na tak długo i że odniesie taki sukces. Piosenka pięciokrotnie była na pierwszym miejscu i od kilkunastu tygodni utrzymuje się praktycznie w pierwszej trójce. 

Piosenka powstała bardzo naturalnie. Bardzo szybko pojawił się jej trzon. To była też piosenka, którą od dawna chciałem napisać – utwór ze smyczkami. Początkowo nawet nie planowałem, że trafi do Cheap Tobacco, ale później Natalia napisała tekst praktycznie od razu i poczułem, że ta piosenka ma w sobie ogromną siłę. Trzeba było o nią trochę zawalczyć podczas pracy z producentem. Pojawiały się pomysły na zmiany, ale ostatecznie uznałem, że nie chcę ich wprowadzać. Ten utwór jest dla mnie ważny z wielu powodów. Cieszę się też, że piosenka odniosła sukces, bo jest prawdziwa. W żaden sposób nie jest przekalkulowana. Zresztą w naszym przypadku trudno mówić o kalkulowaniu przy pisaniu piosenek. Wszystko, co robimy, robimy tak, jak nam się podoba. To, czy ktoś później nazwie tę piosenkę popem, rockiem czy jeszcze inaczej ją opakuje, nie ma dla nas takiego znaczenia jak to, czy nam się podoba.

Alicja: Tak naprawdę moglibyśmy zatrzymać się przy każdej piosence, bo każda ma swoją historię i własne przesłanie. Dlatego zachęcamy do wysłuchania całej płyty. Moim zdaniem bardzo pięknie prowadzi ona do utworu „Co u Ciebie?”, który również niedawno wydaliście jako singiel. Po trudnych doświadczeniach czasem trudno zadać to pytanie, ale chyba równie trudno jest odpowiedzieć na nie szczerze. Powiedzcie, jesteście obecnie w trasie koncertowej. Jak gra wam się ten materiał? Coś was zaskoczyło?

Robert: Bardzo dobrze. Przy tej płycie wydarzyło się coś ciekawego. Jej premiera przesunęła się o około pół roku, ale trasa koncertowa była już zaplanowana. Zagraliśmy więc koncerty prapremierowe, co było naprawdę świetne. Okazało się, że publiczność ma innych faworytów niż my sami. To było cudowne, ludzie super reagują. Mnie bardzo dobrze się gra tę płytę. Jest świeżo, jest mocny rockowy pazur i zabawa, ale jest też zatrzymanie się i przeżywanie. Ta płyta ma wiele twarzy.

Alicja: Na koniec jeszcze jedno pytanie. O jakich scenach marzycie?

Natalia: Wembley. (śmiech)

Robert: To zdecydowanie jedna z nich. Chętnie wróciłbym na Sziget i zagrałbym Open’era w Polsce. Jest wiele takich miejsc… sceny to jedno, chodzi o ludzi tak naprawdę. Nieważne gdzie – ważne dla kogo.

Fot. Katarzyna Ewa Żak

Reklama