Codziennie wstaję i wybieram bycie sobą

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Urszula Grabowska: Witam w kolejnym odcinku „Influflow”. Nazywam się Ula Grabowska, a dzisiaj jest ze mną Ta Jedna Ciotka, czyli Mateusz Glen. Cześć, Mateusz!

Mateusz Glen: Cześć!

Urszula Grabowska: W ostatnim czasie udzieliłeś bardzo dużo wywiadów, szczególnie odkąd pojawiła się Ciotka. Mam jednak wrażenie, że w ciągu ostatniego roku wszystko jeszcze bardziej się skumulowało. Czy jest jedna rzecz, której wciąż o tobie nie wiemy – o Mateuszu i o tobie jako Ciotce?


Reklama

Mateusz Glen: Zależy od dziedziny. Teoretycznie można powiedzieć, że jestem osobą otwartą i sporo mówię o sobie. To, co robię jako Ciotka, widzicie przede wszystkim przez pryzmat Mateusza. Mam jednak wrażenie, że teraz zmierza to w takim kierunku, że tego Mateusza jest coraz więcej. Staram się go trochę pokazywać, przemycać.

Urszula Grabowska: A czy jest coś, czego jeszcze nie wyjawiłeś na temat Ciotki? Sporo już wiemy o tej postaci – o tym, jak powstaje i ile czasu zajmuje ci przygotowanie się do roli. Czy zostało coś, czego jeszcze o niej nie wiemy?

Mateusz Glen: Przypomina mi się sytuacja, którą uświadomiła mi jedna z fanek podczas spotkania autorskiego moich książek. Właściwie nigdy wcześniej nie mówiłem o tym publicznie, więc może rzeczywiście warto o tym wspomnieć. Zauważyła, że w moim uniwersum stworzyłem postać Kubusia – małego chłopca, który pojawia się w różnych historiach. Ciocia jest jego faworytką, ulubioną osobą w rodzinie. Fanka zapytała mnie, czy przypadkiem nie zamknąłem w Kubusiu samego siebie.

Dopiero wtedy zacząłem się nad tym zastanawiać i rzeczywiście doszedłem do wniosku, że Kubuś jest trochę moją wersją. To taki chłopiec, który uwielbia przytulić się do cioci czy babci. Trochę jak Piotruś Pan. W tym uniwersum Kubuś się nie starzeje. Nie ma momentu, w którym nagle idzie do liceum czy zdaje maturę.

Może rzeczywiście, tworząc to „ciotkowe uniwersum”, którym oddaję hołd moim babciom i ciociom, chciałem, żeby to wszystko nie odchodziło i nie umierało. A jednocześnie chyba chciałem zamknąć w tym dzieciaku jakąś część siebie. Chciałem, żeby cały czas był, bawił się i miał w tym wszystkim swoją oazę bezpieczeństwa. Może to właśnie taki przypadkowy sekret, który pojawił się przy tworzeniu tej postaci.

Urszula Grabowska: Czyli w tym uniwersum jest też sporo ciebie.

Mateusz Glen: Tak, oczywiście. Autentyczność, sentyment, wrażliwość – to wszystko jest we mnie, a przez to także w Ciotce. Nie sądziłem jednak, że może chodzić o coś więcej. Że w pewnym sensie chciałem przedłużyć siebie w tym małym chłopcu, żeby dorosły Mateusz mógł zobaczyć w nim siebie z czasów dzieciństwa.

Urszula Grabowska: Na Instagramie obserwuje cię ponad 330 tysięcy osób, na TikToku masz ponad 600 tysięcy obserwujących i 32 miliony polubień. To chyba moment, żeby zapytać: jesteś milionerem?

Mateusz Glen: Tak (śmiech)!

Urszula Grabowska: A czujesz się milionerem, kiedy idziesz ulicą w Gdyni?

Mateusz Glen: Nie, raczej nie.

Urszula Grabowska: Bardziej w Warszawie? (śmiech)

Mateusz Glen: Tutaj chyba tym bardziej nie (śmiech). W Warszawie jest taki pęd, że mam wrażenie, że niewiele osób zwraca na to uwagę. W Gdyni, kiedy ktoś chodzi po mieście z kamerą i coś nagrywa, od razu robi się zamieszanie. Warszawa jest miastem stołecznym, telewizyjnym, radiowym – ciągle coś się tutaj dzieje, ktoś coś nagrywa, wszędzie są kamery. Myślę więc, że nie robi to już na mieszkańcach takiego wrażenia. Może bardziej na turystach.

Kiedy chodzę po mieście, nie czuję się szczególnie rozpoznawalny. Nie jestem przecież supergwiazdą Hollywood, żeby paparazzi śledzili, gdzie jem albo do jakiej toalety chodzę.

Urszula Grabowska: Pytam bardziej o ludzi, którzy obserwują cię na Instagramie czy TikToku. Zastanawiam się, na ile to się zmieniło. Tworzysz Ciotkę już od czterech lat, ale mam wrażenie, że szczególnie ostatnie dwa lata były momentem, kiedy wszystko zaczęło się mocno kumulować.

Mateusz Glen: Tak. Na początku pracowałem jeszcze w restauracji, więc zdarzało się, że ktoś mnie rozpoznał, ale częściej po głosie. Teraz coraz częściej rozpoznają mnie też po twarzy, bo pojawiam się w internecie czy telewizji. Na mieście widzę więc coraz więcej uśmiechów.

Czasami ktoś nie ma odwagi albo po prostu nie chce podejść, ale kiedy idę z kimś i rozmawiamy, nagle słyszę: „Ej, on cię chyba rozpoznał”, bo ktoś się odwrócił albo zaczął szeptać.

Chyba właśnie to jest ten milion szczęść. To naprawdę przemiłe, kiedy jedziesz pociągiem, ktoś się do ciebie uśmiecha, podchodzi i nieśmiało pyta, czy rzeczywiście cię rozpoznał. Jeżeli chociaż jednej osobie danego dnia zrobiłem dzień tylko dlatego, że się uśmiechnęliśmy i spojrzeliśmy sobie w oczy, to właśnie jest dla mnie ten milion radości.

To raczej nie jest reakcja w stylu: „O Jezus, znowu on”. Nie jestem patocelebrytą, którego ludzie nie lubią albo któremu źle życzą. Mam wrażenie, że reagują raczej: „Ale fajnie, że pana spotkałem. Zrobił mi pan dzień”. I to jest właśnie największe szczęście. Miliony obserwujących czy polubień w internecie są tylko liczbami, ale na żywo widzę, że to naprawdę działa. Że ci ludzie istnieją i że to, co robię, jest dla nich prawdziwe i namacalne.

Czasami ktoś mówi: „To ty skomentowałeś mi kiedyś filmik”, „Oglądam cię od początku” albo „Wspieram cię od lat”. Ta cała, można powiedzieć, ciotkowo-mateuszowa rodzinka, która powstała cztery lata temu, rośnie, ewoluuje i rzeczywiście istnieje również poza internetem.

To są ogromne liczby – ponad 330 tysięcy osób na Instagramie i ponad 600 tysięcy na TikToku. Gdyby zebrać wszystkich w jedną kolejkę po karpia w Lidlu, to daj spokój. Ale kiedy widzisz jednego człowieka, który podchodzi i mówi, że cię ogląda, to naprawdę jest hit, że to tak działa.

Urszula Grabowska: Jesteś zadowolony z tego, jak dziś wygląda Ciotka? Czy z czasem dostrzegasz w niej coś, co chciałbyś zmienić?

Mateusz Glen: O nie, Ciotka jest perfekcyjna. Ona nie ma wad (śmiech). Cały czas się nią bawię, więc super, że ta postać wciąż się rozwija. Oczywiście zdarzało się, że dostałem po głowie za to, że miałem czelność znowu coś nagrać o Wielkanocy, mimo że przecież co roku mamy Wielkanoc. Rok liturgiczny czy kalendarzowy się powtarza, więc naturalne jest, że zaraz będą Wszystkich Świętych i Ciotka znowu pojedzie na groby zapalić znicze. Ja jednak cały czas coś odkrywam: nowe teksty, makijaż, ubrania czy sytuacje, w których Ciotka potrafi się odnaleźć.

Faktycznie mam też poczucie, że warto próbować innych postaci. Była księżna Diana, była Elżbieta Jaworowicz, nagle ojciec Jakub z „1670”, ale też sam Mateusz ma coś mądrego do powiedzenia. Chce pogadać, zrobić śmieszny content o kimś albo o czymś, pokazać siebie jako dzieciaka, ale może też na przykład porozmawiać o mitologii greckiej. Mateusz i Ciotka są trochę do tańca i do różańca.

Urszula Grabowska: Nie zacząłeś się trochę bać, że zostaniesz zaszufladkowany jako Ciotka? Z drugiej strony ta postać w ciągu czterech lat pozwoliła ci zacząć zarabiać w social mediach i realnie się z nich utrzymywać.

Mateusz Glen: Tak, ale to jest tylko i aż praca. Kiedy zaczynałem nagrywać, pracowałem w gastronomii. Po około sześciu miesiącach mogłem sobie pozwolić na to, żeby zaryzykować, rzucić tę „normalną” pracę i pójść w internet. Rozwinąłem to jednak na tyle, że od tamtego czasu utrzymuję się wyłącznie z Ciotki.

Urszula Grabowska: Jaki jest więc klucz? Odważyłeś się po prostu zostać Ciotką na pełen etat? I kto stoi za tym sukcesem? Wiem, że nie tylko ty, ale też osoby, które pomagają ci ją tworzyć.

Mateusz Glen: Oczywiście. Wiadomo, że inspiracje wychodzą z korzeni, z rodziny. Wydaje mi się, że znaczenie miały też różne doświadczenia rodzinne i szkoła. Człowiek rozwijał się pod kątem teatralnym, był w teatrze szkolnym, chodził na kółko plastyczne – cała ta kreatywność rosła. W pewnym momencie zacząłem też zauważać, że kiedy byłem w Młodzieżowej Radzie Miasta czy byłem ministrantem, wszystko łączyło jedno słowo: scena. Ołtarz jest trochę sceną – jesteś na widoku, ludzie patrzą ci na ręce. Tak samo jest w Radzie Miasta, teatrze szkolnym czy samorządzie.

Myślę więc, że ten charakter budował się i kształtował przez lata. Po prostu szukał ujścia, w którym to wszystko mogłoby eksplodować. I wtedy powstała Ciotka. Oczywiście moi bliscy też powiedzieli mi: „Spróbuj, zaryzykuj, to jest dla ciebie”. Nauczyciele czy osoby z rodziny mówili mi na przykład: „Ty będziesz takim drugim Prokopem”, „Będziesz takim Ibiszem”. Że będę prezenterem, osobowością telewizyjną.

Urszula Grabowska: No tak, ale nie jesteś po prostu prezenterem – tworzysz konkretną kreację.

Mateusz Glen: Tak, więc to trochę taki Frankenstein, trochę pani Doubtfire. Najpierw stworzyłem postać, ale pod nią jest Mateusz. Mam wrażenie, że teraz coraz bardziej wychodzi na pierwszy plan – coraz bardziej go widać i czuć.

Pytałaś wcześniej o zaszufladkowanie. Wydaje mi się, że i tak mam już tę szufladkę Ciotki i pewnie przez jakiś czas będzie ona ze mną. Śmieję się, bo nie chcę porównywać się do Leonardo DiCaprio, ale kiedy myślisz o nim, ja cały czas widzę scenę z „Titanica”. U mnie jest podobnie – Ciotka to moja pierwsza duża rola i pewnie na długo będzie ze mną. Ale czy mi to przeszkadza? Czy mam poczucie: „O nie, już w ogóle nie chcę się z tym łączyć”? Nie. Nie mam z tym problemu, bo Ciotka bardzo dużo mi dała. Ja też włożyłem w nią bardzo dużo pasji i artyzmu, a ona dała mi ogrom możliwości i otworzyła wiele furtek. Tylko niektórzy myślą, że to po prostu Ciotka, a przecież to twór, który został stworzony przeze mnie.

Urszula Grabowska: Czyli teraz będzie trochę więcej Mateusza?

Mateusz Glen: Chyba tak.

Urszula Grabowska: Bo potrzebujesz czegoś nowego?

Mateusz Glen: Na pewno nie chodzi o nudę, bo tą postacią w ogóle się nie nudzę. Wręcz przeciwnie – cały czas mam ochotę ją nagrywać. Zawsze znajdzie się jakiś głupi tekst, który potrafi rozbawić. Ale chcę też trochę pobawić się sobą. Może po prostu lepiej czuję się we własnej skórze, nabrałem doświadczenia przed kamerą i w rozmowach. Pomyślałem, że mógłbym sprawdzić się w różnych formach – jako prezenter czy ktoś, kto przeprowadza wywiady, a nie tylko ich udziela.

Lepiej czuję się też ze swoim wyglądem. Pamiętam, że kiedy zaczynałem nagrywać Ciotkę, byłem ponad dziesięć kilogramów cięższy. To były moje początki. Dziś czuję się jako facet bardziej atrakcyjnie. Patrzę w lustro i myślę: „O, podobam się sobie”. Człowiek trochę się też usamodzielnił. Nie mieszkam już z mamą ani z byłym partnerem, tylko sam i sam muszę na wszystko zapracować.

To też ma związek z moim motorkiem w tyłku. Lubię wstać rano i od razu coś robić, działać, dążyć do jakiegoś sukcesu. I dobrze mi z tym. Jestem chyba w swoim psychicznym piku, również po terapii, więc mam nadzieję, że dobrze mi to służy i dobrze wróży.

Urszula Grabowska: Ile osób na co dzień jest zaangażowanych w tworzenie Ciotki?

Mateusz Glen: W większości przypadków jestem to ja. Najczęściej sam się maluję, nagrywam i montuję.

Urszula Grabowska: Czyli wszystko wymyślasz sam?

Mateusz Glen: Tak. Oczywiście są trendy, którym czasami trzeba ulec, a także rzeczy związane z kalendarzem czy rokiem liturgicznym. Jest też moja przewspaniała menadżerka, no i oczywiście prawdziwa rodzina i przyjaciele, którzy mnie wspierają.

Jest jednak również rodzina internetowa, którą stworzyłem, i ona na pewno napędza tę machinę. Kiedy pod moimi filmikami pojawia się hejt czy nieprzychylne komentarze, mam wrażenie, że nawet nie muszę się bronić. Ta internetowa rodzina staje za mną murem. Oni wiedzą, ile wnoszę w ten polski kabaret, można powiedzieć, w ich życie. Chcą mnie bronić, być blisko mnie i wiedzieć o mnie jak najwięcej.

Oczywiście zdarzają się sytuacje, w których ktoś konkretny pomaga, żeby to wszystko działało, ale faktycznie jestem takim kapitanem swojego statku.

Urszula Grabowska: Czujesz się czasem zakładnikiem algorytmów?

Mateusz Glen: Nie. Chociaż pewnie były takie momenty, kiedy jakiś filmik nie poszedł i od razu pojawiała się panika: „Boże, koniec świata, już pewnie nikt mnie nie ogląda”. Człowiek się stresował, bo przez kilka dni z rzędu filmy miały po kilkaset tysięcy wyświetleń, a nagle coś nie zadziałało. I pojawiało się pytanie: „I co teraz?”.

Pamiętam, że na początku, kiedy rzuciłem klasyczną pracę i postawiłem wszystko na internet, wystarczyło, że coś zaczęło się lekko psuć, a ja już panikowałem: „O Jezu, chyba to się kończy. Może to było za duże ryzyko, może trzeba wrócić do poprzedniej pracy”.

Trzeba jednak takie sztormy przeczekać i robić swoje. Gdybyśmy mieli przejmować się każdym niepowodzeniem, myślę, że nikt by nie nagrywał, bo cały czas zastanawialibyśmy się, czy coś jest wystarczająco dobre. A nawet jeśli filmik obejrzy 60 tysięcy osób, a nie 600 tysięcy, to nadal jest 60 tysięcy osób, do których dotarł i wywołał uśmiech.

Urszula Grabowska: Pisanie książek było dla ciebie sposobem na wyjście poza social media i nadanie twojej twórczości bardziej namacalnej formy? Napisałeś już trzy książki – czy to było dla ciebie ważne? I czy na książkach można jeszcze zarobić?

Mateusz Glen: Rzeczywiście chodziło o tę namacalność papieru, bo jestem analogową osobą. Mam Androida, jako jeden z niewielu influencerów w Polsce (śmiech). Jestem taką starą duszą, że naprawdę lubię papierowe książki. W życiu przeczytałem ich bardzo dużo.

Telefon z wydawnictwa był więc trochę przypadkowy. To nie był mój cel – po prostu zadzwonili i zaproponowali mi napisanie książki. To była jednak świetna zabawa. Naprawdę fajnie jest później zobaczyć swoją książkę na witrynie, powąchać ją czy przeczytać. Byłem też autorem audiobooków. A kiedy później widzę, że ludzie zabierają te książki na przykład na wakacje, daje mi to ogromną satysfakcję.

To, że stworzyłem ciotkowy świat, całe uniwersum, a później udało mi się przelać je na papier, jest dla mnie czymś w rodzaju nagrody. Mam poczucie, że coś po mnie zostanie. To też fajny prezent dla kogoś, coś, czym rzeczywiście mogę się pochwalić. Jest w tym ogromna duma. Tym bardziej że powstały już trzy ciotkowe tytuły. I może coś jeszcze szykuję, ale na razie nie zdradzam.

Urszula Grabowska: Czujesz potrzebę, żeby twoja twórczość funkcjonowała również poza internetem?

Mateusz Glen: Tak. Lubię ten widzialny, namacalny byt. Bardzo lubię też sprawdzać się w różnych projektach. Jeżeli ktoś proponuje mi coś nowego, nie myślę: „Boję się, więc nie spróbuję”. Wręcz przeciwnie – chcę w to wejść, zaryzykować i sprawdzić się. Najczęściej okazuje się, że dobrze na tym wychodzę, więc tym bardziej mnie to cieszy.

Jeżeli chodzi o zarobki i porównanie książki ze współpracą reklamową, różnica jest ogromna. Na książkach nie zarabia się kokosów – dostajesz niewielki procent od sprzedaży. Ja jednak podszedłem do tego z nastawieniem: „Chcę coś zrobić, chcę napisać książkę”. I mimo że nie mam z niej tylu pieniędzy, ile mógłbym mieć z dwóch sponsorowanych filmików, nie żałuję tego. To przecież miesiące pracy, ale później masz książkę, możesz ją wziąć do ręki i powiedzieć: „Zrobiłem to”.

Szczerze mówiąc, nie zależało mi na tym, żeby na niej zarobić. Chciałem ją stworzyć i wydać. Oczywiście nie jest tak, że te pieniądze wyrzuciłem do fontanny. Coś tam z tych książek zarabiam. Pierwsza sprzedała się najlepiej, bo wtedy było wielkie „bum”. Nie mówię, że źle na niej zarobiłem, ale jeśli porównamy to z innymi elementami mojej działalności, które są bardziej dochodowe, książki są jednak na niższej półce.

Urszula Grabowska: Coraz więcej młodych ludzi chce zostać influencerami, wyobrażając sobie miliony spływające z nieba. Z perspektywy czasu rozumiesz, dlaczego to może być tak kuszące?

Mateusz Glen: Zastanawiam się, czy ma to coś wspólnego z pokoleniami. Mam 28 lat, więc moim idolem mógł być ktoś z telewizji. Dla osoby dwadzieścia lat starszej byłby to aktor czy piosenkarz. Każde pokolenie miało swoich bohaterów. Dziś świat influencerów jest bardzo rozbudowany – w internecie jest mnóstwo osób, które coś tworzą. Zamiast idoli telewizyjnych, radiowych, pisarzy czy aktorów influencer może więc pełnić podobną rolę. Tylko nie wiem, czy każdy influencer może być idolem i czy każdy patocelebryta powinien nim być.

Łatwo powiedzieć: „Jest super, codziennie Bugatti spływa mi z nieba” i tak dalej. Oczywiście są rzeczy, które są łatwe, ale nigdy nie powiem, że bycie influencerem jest trudniejsze od bycia doktorem, chirurgiem czy górnikiem. W życiu czegoś takiego nie powiem.

To trochę cukierkowy świat, bo pokazujemy przede wszystkim jego dobre strony. Większość osób mówi o tym, co pozytywne. Dlatego cieszę się, że coraz częściej pojawiają się też tematy terapii, presji czy zwyczajnego nieradzenia sobie z tym wszystkim. Bo przecież bardzo chcemy, żeby każdy kolejny film miał milion wyświetleń iżeby cały czas wyglądać perfekcyjnie. A ja nagrywam z jęczmieniem w oku. Jestem po prostu człowiekiem. Jasne, chciałbym, żeby pewnych rzeczy nie było, bo każdy chce wyglądać i czuć się jak najlepiej. Ale takie jest życie – mam fałdkę, coś mnie boli, czasem coś mi dolega.

Nigdy nie będę perfekcyjny, więc nie zamierzam też dążyć do tego, żeby stworzyć obraz idealnego siebie. Dzieciaki mają dziś trudno, bo jest bardzo dużo influencerów, którzy kreują fantastyczny, niemal bajkowy świat. Ja sam wychowałem się na Disneyu, więc ciągle czekam na księcia z bajki, ale przecież życie nią nie jest. I chyba tego również nauczyłem się trochę na terapii – że to już nie jest ten Disney, niestety.

Urszula Grabowska: Masz poczucie, że „Ciotka nie będzie na zawsze”? Czy widzisz już dla siebie inne furtki? Pytam o to, bo na początku zdecydowanie dominowała, a dziś mam wrażenie, że coraz bardziej wychodzisz z niej ty. Nie boisz się, że Ciotka może się kiedyś przejeść?

Mateusz Glen: Może się przejeść, ale chyba zawsze będzie grupa osób, która będzie miała na nią apetyt. Mam trochę takie dwa życia Hannah Montany i Miley Cyrus – po prostu ściągam perukę. Zawsze można do niej wrócić.Nie mówię, że nagle całkowicie z niej rezygnuję, ale myślę, że Ciotka będzie takim stałym fundamentem, który od czasu do czasu będzie się pojawiał. Nie wiadomo tylko, z jaką częstotliwością. Zobaczymy.

To nie jest tak, że ją przekreślam, wyrzucam i palę perukę. Ale tak, Ciotka może się przejeść. Może niektórym już się przejadła, może nie wszyscy chcą z nią dalej być, może w pewnym momencie nie będzie już potrzebna. Ale tam, gdzie jest chciana, tam będzie (śmiech).

Urszula Grabowska: Miałeś też romanse z telewizją. Co ci to dało? I jak bardzo telewizja potrzebuje dziś influencerów? To wy możecie coś dać telewizji czy telewizja daje coś wam?

Mateusz Glen: Mówi się, że internet ratuje dziś telewizję. Rzeczywiście żyjemy w czasach, w których streamingi rządzą. Każdy ma kilka platform i ogląda to, co chce i kiedy chce. Mamy internet, więc tam przenosimy swoją uwagę. Jeszcze piętnaście lat temu człowiek czekał cały miesiąc, żeby zobaczyć „Harry’ego Pottera” w telewizji, a dziś ten sam film jest dostępny na kilku platformach.

Do telewizji podchodzę z dużym szacunkiem. Zawsze lubiłem się tam pojawiać. Pamiętam, że przed pierwszą wizytą praktycznie nie spałem całą noc, bo stres był ogromny. Kiedy jednak wszedłem do studia, zobaczyłem kamery i całą tę telewizyjną otoczkę, pomyślałem: „Jestem w domu”. Całe napięcie ze mnie zeszło. Dobrze czuję się przed kamerą i w tym świecie, więc z czasem przestało mnie to peszyć. Na początku łatwiej było mi jednak wysyłać na czerwone dywany Ciotkę i pozwolić, żeby to ona radziła sobie z całą uwagą. Mateusz był wtedy bardziej wycofany. Dziś jest inaczej – swobodnie rozmawiamy, a ja po prostu coraz lepiej odnajduję się w tej roli.

Jeśli chodzi o programy, chyba „Taniec z Gwiazdami” był jednym z pierwszych, który zaczął na większą skalę zapraszać influencerów. Pewnie trzy–cztery edycje temu zrobiła się na to moda. Pojawiły się też specjalne odcinki z twórcami internetowymi. Wcześniej w świątecznych wydaniach takich programów jak „Koło Fortuny” czy „Jaka to melodia?” pojawiali się głównie aktorzy. Dziś coraz częściej ich miejsce zajmują influencerzy.

To działa w prosty sposób. Influencer ma dwa miliony obserwujących i mówi: „Hej, będę tego dnia w tej śniadaniówce, w tym programie…”. Część osób, które go lubią i śledzą jego twórczość, rzeczywiście włączy wtedy telewizor. Z jednej strony influencer wnosi więc do telewizji swoją publiczność, z drugiej – telewizja daje mu możliwość dotarcia do nowych odbiorców. Dlatego coraz częściej te dwa światy się przenikają.

Urszula Grabowska: Ale rzeczywiście widzisz później, że ktoś ogląda cię w telewizji? Widzisz przełożenie?

Mateusz Glen: Tak, zdarza się. Kiedy jadę do śniadaniówki, wiadomo, nie mogę oglądać programu na żywo, bo sam w nim występuję, ale później zaglądam do internetu i widzę: „O, ktoś oglądał, ktoś dodał do relacji”. Kiedy miałem epizod w serialu i później pojawia się jakaś powtórka, też ktoś potrafi powiedzieć: „O, czy ty nie byłeś w tym odcinku?”. Więc rzeczywiście gdzieś to działa.

Podobnie jest z radiem, do którego też bardzo chętnie chodzę. Byłem kiedyś w audycji, a potem ktoś napisał mi na TikToku: „Hej, nie oglądałem cię, nie znałem cię, ale dzisiaj słuchałem twojej audycji w radiu”. I dzięki temu mnie poznał. To pokazuje, że te różne kanały rzeczywiście się przenikają i że ludzie wracają.

Urszula Grabowska: A co dała ci telewizja?

Mateusz Glen: Na pewno dużo zabawy, bo lubię się tym bawić. Dała mi też doświadczenie i możliwość sprawdzenia się w nowych sytuacjach. Fajnie było na przykład podczas festiwalu muzycznego przeprowadzać jako Ciotka wywiady. Ona bardziej idzie w komedię i żart, ale dzięki temu mogłem też sprawdzić się jako Mateusz przed kamerą. To było dla mnie ciekawe doświadczenie. W liceum trochę bawiłem się w konferansjerkę i nagle okazało się, że to działa. Pomyślałem: „Okej, kolejne doświadczenie”.

Nie mówię, że w ten sposób buduję CV, ale raczej własne doświadczenie. Mam urodziny 15 czerwca, a Ciotka 16 czerwca, bo wtedy pojawił się pierwszy filmik. Co roku robię sobie podsumowanie tego, co wydarzyło się przez ostatnie dwanaście miesięcy. I kiedy pomyślę, że byłem u Magdy Gessler w programie, że byłem wodzianką, a raczej herbacianką, u Kuby Wojewódzkiego czy pojawiłem się w epizodzie „Szpitala św. Anny”, to czasem myślę: „Boże, zrobiłeś to”.

Nie chodzi jednak o samo „udało ci się”. To efekt pracy, systematyczności, organizacji, ale też odwagi i chęci. Ja po prostu chcę to robić. To nie jest tak, że mówię: „Nie, nie, boję się”. Oczywiście może być stresująco, ale kiedy już wchodzę przed kamerę, to na całego.

Myślę, że telewizja daje mi też poczucie, że rozwijam się i mogę robić coraz więcej. Widzę, że dobrze sprawdzam się w internecie, dobrze wychodzą mi książki, fajnie czuję się przed kamerą, więc zaczynam myśleć: „Okej, co jeszcze mogę zrobić?”.

Urszula Grabowska: Ale jednak telewizja wciąż buduje renomę.

Mateusz Glen: Oczywiście. Mam znajomego, który mówi: „Trzymaj się z daleka od telewizji, zostań bardziej w internecie, bo telewizja słabo płaci”. I jest w tym trochę prawdy. To trochę jak z książkami – dochodzą reklama, sponsorzy i cała reszta. Ale telewizja ma tę przewagę, że moja babcia nie włączy TikToka. Włączy za to śniadaniówkę. I jeszcze zadzwoni do sąsiadek czy koleżanek po kursach: „Mój wnusio będzie w telewizji, oglądajcie, o tej i o tej godzinie!”. To jest super, bo naprawdę coś się wtedy dzieje.

Urszula Grabowska: A co twoi bliscy sądzą o tym, jak teraz wygląda twoje życie? Jest przecież zupełnie inne niż cztery lata temu.

Mateusz Glen: Jest inne, ale widzą, że daje mi radość, satysfakcję i poczucie spełnienia. Są ze mnie dumni. Myślę jednak, że czasami woleliby, żebym trochę zwolnił, więcej odpoczywał albo częściej się z nimi spotykał. Widzę, że martwią się, kiedy znowu się rozpędzam. Moja babcia szczególnie, bo coraz częściej jeżdżę do Warszawy albo gdzieś dalej. Najbardziej boi się, kiedy jadę samochodem, bo przecież pociągiem jest bezpieczniej. Chciałaby więc, żebym częściej był bliżej domu.

Ja jednak buduję swoją przyszłość. Wiem, że to jest moja praca, pasja, źródło dochodu, ale też dom, samochód i kredyt. Chcę się w tym rozwijać.

Urszula Grabowska: Nie mają czasem poczucia, że za bardzo pochłania cię ten wirtualny świat?

Mateusz Glen: Nie. Nigdy nie powiedziałbym, że moja mama, siostra, babcia czy przyjaciółka mogłyby powiedzieć: „Odbiła ci sodówka”. Tego w ogóle nie ma. I to jest bardzo miłe, kiedy słyszę to od najważniejszych dla mnie osób. Bardziej chyba przeraża ich tempo, w jakim żyję. Wracam i mówię: „Jutro jadę do Warszawy, potem mam nagrywki, wracam, mam sesję tutaj…”. Są w szoku, że można tak funkcjonować. A potem, po tygodniu, wracam jak gdyby nigdy nic, siadamy przy kawie i opowiadam im, co się działo. Faktycznie jest to jednak cały czas taki pęd.

Cieszę się, że potrafię odgrodzić od siebie te dwa światy. Kiedy przyjeżdżam do Warszawy, jestem na szpilkach, latam od A do Z. W Gdyni trochę odpoczywam. Tam też nagrywam w domu i pracuję, ale to zupełnie inny rytm niż to, co dzieje się tutaj.

Urszula Grabowska: Miałeś okazję poznać Magdę Gessler, jedną z najbardziej ikonicznych postaci polskich mediów i show-biznesu. Co najbardziej cię w niej zaskoczyło?

Mateusz Glen: Wiesz, co miało mnie najbardziej zaskoczyć? Pamiętam, że mój znajomy powiedział: „Zapamiętaj, jak pachnie Magda Gessler”. To było jego wielkie zadanie dla mnie. Chciałem o tym pamiętać, ale byłem tak przejęty, że oczywiście zapomniałem. Do dziś nie wiem, jak pachnie Magda Gessler. Ma przecież mnóstwo perfum i butów, jest bardzo kolorową osobą.

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że nagrywaliśmy u niej w domu. Dostałem adres i nagle naprawdę znalazłem się w tym świecie. To niesamowite uczucie, kiedy pomyślisz, że dziesięć lat temu oglądałeś „Kuchenne rewolucje”, a potem stałeś w kolejce, żeby spotkać Magdę podczas jednej z rewolucji w Częstochowie, gdzie mieszkałem. A dziesięć lat później zapraszają cię do jej domu, żebyś z nią porozmawiał.

W takich momentach włącza mi się tryb zawodowca. Wchodzę w rolę, w postać. Tam byłem trochę Ciotką, trochę Mateuszem, po prostu rozmawialiśmy sobie szczerze. Dopiero po nagrywkach, kiedy wracam do wynajmowanego mieszkania i siadam na chwilę w toalecie, dociera do mnie: „Co się właśnie stało? Byłem u Magdy Gessler w programie. Zaprosiła mnie, chciała ze mną porozmawiać, poznać mnie, ugotować mi…”.

Chyba właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej niezwykłe – że cały czas pojawia się coś, czego wcześniej bym się nie spodziewał. Tak samo reaguję, kiedy widzę, że obserwuje mnie jakieś duże nazwisko, aktor czy piosenkarka. Myślę wtedy: „Dziesięć lat temu w życiu nie pomyślałbyś, że Kuba Wojewódzki będzie chciał cię w swoim programie, żebyś polał mu herbatę”. To jest trochę absurdalne, ale właśnie to mnie napędza. A kiedy później siadam i wspominam, widzę, ile rzeczy wydarzyło się po drodze.

Urszula Grabowska: Ale ty też autentycznie tym żyjesz. Nie udajesz tych emocji. I chyba właśnie to jest najważniejsze w social mediach – żeby być autentycznym.

Mateusz Glen: Tak. To trochę tak samo jak z Ciotką. Niby nakładam maskę i staję się Ciotką, ale w tej postaci jest bardzo dużo Mateusza. Widzę to nawet po komentarzach. Ostatnio byłem na podcaście i później ludzie sami pisali, że mieli okazję poznać Mateusza i że jest dokładnie taki, jak myśleli – autentyczny, szczery, że dużo się śmieje.

Nie jestem też osobą, która, kiedy ktoś podejdzie do mnie na ulicy, od razu mówi: „Nie, proszę rozmawiać z menadżerem, nie ma zdjęć”. To zupełnie nie mój styl. We mnie cały czas są humor, energia i optymizm.

Oczywiście zdarza się, że ktoś napisze: „Widziałem pana na mieście, ale pan się nie uśmiechał”. Ale przecież mam prawo się nie uśmiechać. Wiem, że ludzie czasami oczekują ode mnie takiej małpki z talerzami, która będzie skakać i cały czas ich rozbawiać. Ja też jednak mam gorsze dni. Czasami po prostu wracam pociągiem z Warszawy, jestem zmęczony. Mina odpoczywa, mogę sobie spokojnie poczytać. Ale kiedy ktoś mnie zagada, oczywiście jest super.

Urszula Grabowska: Zbliżając się do końca – masz szacunek do pieniędzy? W social mediach można zarabiać duże kwoty i bardzo łatwo je wydawać. Z drugiej strony sporo inwestujesz. Masz w sobie taką lampkę bezpieczeństwa: „Okej, zarabiam teraz bardzo dobre pieniądze, więc trzeba je inwestować, a nie wydawać na głupoty”?

Mateusz Glen: Tak. To są takie dwa wilki, bo z natury jestem trochę Ebenezerem Scrooge’em. Śmiałem się, że kiedy malowałem mieszkanie, a przychodzili do mnie znajomi, miałem zakręcone grzejniki na zero, bo mówiłem: „Nie będę płacić za ogrzewanie dwóch mieszkań”.

Kiedy wyjeżdżam z Gdyni, wyłączam pralkę i telewizor z prądu. Opróżniam też lodówkę, żeby nic się nie zmarnowało. Jestem z tych osób, które sprawdzają daty ważności. Kiedy robię zakupy, patrzę na naklejki z promocjami. Kiedyś oglądałem na TLC program „Łowcy promocji”, więc może trochę mnie wychował (śmiech).

Po prostu mam szacunek do pieniędzy. Nie oznacza to oczywiście, że nie pozwalam sobie na luksusy.

Urszula Grabowska: Dla każdego luksus oznacza też coś innego.

Mateusz Glen: Dokładnie. Dla mnie luksusem może być na przykład figurka Funko Pop. Widzę taką, która mi się podoba, i chcę ją sobie zamówić. Myślę wtedy: „Niektórzy wydają mnóstwo pieniędzy na papierosy, ja nie palę, więc kupię sobie tego Funko Pop”.

Ale kiedy jestem w restauracji czy sklepie, patrzę na ceny. Jeśli widzę, że jakieś danie kosztuje 90 czy 120 złotych, to mnie skręca. Chyba że jest jakaś ważna rocznica, wyjątkowa okazja albo naprawdę świetny stek, którego koniecznie chcę spróbować.

Ostatnio byłem na wakacjach we Włoszech, więc pomyślałem, że kupię sobie lody i tiramisu. Ale i tak patrzyłem: w tej restauracji kosztowało sześć euro, a w tej cztery? To idziemy tam, gdzie jest za cztery. Po prostu taki już jestem.

Urszula Grabowska: Nigdy nie wpadłeś w pułapkę myślenia, że skoro w social mediach zarabia się dużo, to można też szybko te pieniądze wydawać?

Mateusz Glen: Nie. Chociaż moja przyjaciółka do dziś wypomina mi jedną sytuację z pandemii. Gastronomia wtedy stała, a ja potrzebowałem czegoś do przebrania, więc kupiłem w internecie sztuczne palce z czerwonymi paznokciami za dwadzieścia złotych plus przesyłka. Później pomyślałem: „Po co mi było wydawać te dwadzieścia złotych, kiedy jest pandemia i ludzie nie mają pracy?”. To rzeczywiście był trochę bezsensowny i niepotrzebny wydatek.

Urszula Grabowska: Z tego, co słyszę, chyba ci to jednak nie grozi (śmiech).

Mateusz Glen: Nie wiadomo! Ale te paznokcie mam do dziś i się przydały, więc wiesz… To była inwestycja w postać.

Urszula Grabowska: Jaka jest jedna rzecz, którą mamy zapamiętać po tej rozmowie? Żeby być autentycznym?

Mateusz Glen: Tak. Uważam, że autentyczność jest bardzo ważna.

Urszula Grabowska: Ale rzeczywiście w nią wierzysz?

Mateusz Glen: Wierzę. Myślę, że przede wszystkim widać to w komentarzach i wiadomościach, które dostaję od rodziny, bliskich, ale też od nieznajomych – od tej mojej internetowej rodzinki. Ludzie piszą: „Pan jest taki, jaki pan jest. Jest pan wrażliwy, sentymentalny, szczery, uśmiechnięty, odważny…”. I chyba jestem w tym wszystkim trochę taką przytulanką. Chodzi właśnie o tę radość, szczerość i autentyczność. Codziennie wstaję i wybieram bycie sobą, zamiast udawać kogoś innego i grać jakąś rolę.

Fot. Bartosz Maciejewski

Reklama

Jak branża beauty łączy się z prawem? | Katarzyna Rudlicka i Rafael Grieger

Katarzyna Rudlicka – prawnik, absolwentka szkoły kosmetycznej orazstudiów podyplomowych z zakresu zarządzania i marketingu w biznesie jest kolejną gościnią w programie Rafaela Griegera. Kasia to pomysłodawczyni oraz kreatorka pierwszej w Polsce platformy dla branż & beauty www.katarzynarudlicka.com, która kompleksowo zabezpiecza salony oraz gabinety pod kątem prawnym, księgowym, podatkowym, a także ubezpieczeniowym.