
Zostawił swojego Kindla w kieszeni fotela samolotu, który właśnie wylądował w Bangkoku. Ja pewnie wtedy zaczynałem się pakować i odczuwać powoli zbliżającą się podróż, ponieważ drugi raz miałem pojawić się w Bangkoku. Tym razem, już na innej energii niż rok wcześniej. Bo właśnie wtedy po raz pierwszy opuściłem nasz kontynent, aby zobaczyć więcej.
Żadna podróż nie jest tak emocjonująca jak ta w nieznane. Ten pierwszy raz, te wyobrażenia, historie i usłyszane rady. O wszystkim jednak zapomniałem, kiedy byłem na miejscu. Nowy świat ukradł mnie niczym najlepsza sesja medytacji.

Tym razem nie czułem już uczucia, które wiąże się z „niewiadomą“, ale chciałem odwiedzić ten kraj raz jeszcze. Plan był też inny. Północ Tajlandii plus Laos.
Dzień przed wylotem przeczytałem informacje na jednej z grup podróżniczych, w sprawie zagubionego Kindla. „Cyfrowa książka wraz z cennymi danymi wylądowała już bezpiecznie w kieszeni jednego z foteli w Warszawie i co ważniejsze jest już w posiadaniu znajomej właściciela, który, biorąc pod uwagę, że już po 20-tej, pewnie wypija, swojego Changa „zeroprzecineksześć“ litra w jednej z uliczek stolicy Tajlandii.
Postanowiłem zgłosić się na ochotnika i podrzucić temu człowiekowi jego zgubę do Bangkoku.
Tak jak myślałem, samo lądowanie i poruszanie się po lotnisku już nie robi takiego wrażenia. Zauważam tych, którzy wylądowali raz pierwszy. Mają oczy dookoła głowy, są w grupach zazwyczaj po dwie pary. Oczekując na bagaż zauważam, że posiadają również reklamówki z napisem „duty free“, które wydają dźwięki uderzanego szkła, kiedy nimi poruszać.

Płynnie idę prosto do swojego celu, jakim jest zakup karty telefonicznej, bez zawahania udaję się na pociąg, wcześniej kupując bilet w automacie, którego rok temu nie zauważyłem. Czuję się tak pewnie, że nawet już nie narzekam na brak jakichkolwiek nowych doznać.
I znowu ten pociąg, ten język spikera i te widoki zza okna, widoki również młodych Tajek, które
śmiejąc się witają nowego podróżnika z końca świata. Krótka podróż pociągiem do mojego hotelu, pokazuję tylko cząstkę tego ogromnego miasta. Od razu przestawia mi głowę, że jestem w zupełnie innej rzeczywistości i pewnie strasznie daleko od domu. Chciałbym to kiedyś pokazać mamie, bliskim. Czasem takie myśli mi przechodzą.

Jeszcze tego samego dnia, na pełnej adrenalinie, bo tylko w taki sposób tłumaczę sobie skąd wziąłem siły po trzy dniowym locie z przesiadkami, aby wyjść nocą w miasto i wrócić po śniadaniu. Plan był taki, aby oddać zgubę Marcinowi i wrócić do hotelu. No ale Bangkok żyje nocą. Można już oddychać, słońce nie razi i mam wrażenie, że ich pyszne jedzenie smakuje lepiej. Sam Marcin od Kindla okazał się moim rówieśnikiem i szalenie ciekawym podróżnikiem. Pisząc ciekawy podróżnik od razu definiuje go jako ciekawą osobę. Widoki, nowe zapachy, doświadczenia świata, które cechują podróżników, mam wrażenie, że rozwijają naszą empatię, a tę cenię najbardziej wśród ludzi. Taki człowiek plus dobra energia powodują, że dostaje ode mnie sporą garść zaufania i mogę z nim pić piwo.
Oprócz wielu doświadczeń i znajomości miasta, Marcin miał jeszcze w kieszeni jedną historię. Kupił motocykl w Bangkoku, zrobił prawo jazdy i wrócił na dwóch kołach do Gliwic. Przyznaję, zrobiło to na mnie wrażenie i postanowiłem zostać na mieście trochę dłużej.

Kolejne dni spędzaliśmy w zasadzie podobnie. Zmieniony był tylko rytm, spało się w dzień, a żyło nocą. Uliczne restauracje nadal serwują ryż z warzywami, nadal kupisz changa i spotkasz mnóstwo ludzi, ale mam wrażenie, że częściej spotykałem samych Tajów. Turysta już śpi, zwykle pijany o tej porze. Widzę to, idąc na jedną z najbardziej rozpoznawalnych ulic rozkoszy i imprezowni w Bangkoku.
Nie do końca wiem, gdzie się szwendaliśmy, zawsze była dobra muzyka, często słyszało się Oasis, piwo było zimne, a ludzie uśmiechnięci. Omijając najpopularniejsze i rozrywkowe miejsca, miałem szansę trochę chociaż zasmakować życia zwykłych Tajów. Całe rodziny, które żyły ze swojej ulicznej knajpki, nocami siadały do wspólnego obiadu i można było z nimi ucztować. Bangkok, pomimo że głośny i utopiony w smogu, posiada miejsca, w których można usiąść i obserwować.

Ciekawe również były wczesne poranki i widok Tajów, którzy przygotowywali swoje wózki z żywieniem na ulicy. Nasze lekkie życie skończyło się po tygodniu, Marcin wyleciał chyba do Nowej Zelandii lub na Filipiny, nie pamiętam. Pamiętam za to zmęczenie w jego oczach, bo oczywiście na poranny samolot biegł prosto z nocnego wypadu. Pakując jeszcze garnki kuchenne jak na prawdziwego podróżnika przystało. Ja zostałem parę dni jeszcze sam, zanim wraz ze znajomymi, którzy dolecieli, pojechaliśmy na południe i do Laosu.







































