Czterej mężczyźni mojego życia

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Za dzieciaka, jak zapewne każdy normalny dzieciak, miałam swoich idoli. Quartet to był, a dokładnie męski quartet, w którego skład wchodzili: Dalajlama, Miles Davis, Bruce Lee i Albert Einstein.

Miles Davis – wiadomo! Muzyka była miłością mą największą od kiedy tylko moje uszy i dusza, zawitały na tym świecie. Czy będąc jeszcze pisklakiem, co dopiero stawia swoje pierwsze kroki i skleja pierwsze wyrazy, wiedziałam coś o jazzie? Raczej niekoniecznie, ale już wtedy niezwykle byłam selektywna w temacie doboru playlisty, okazując swoje gusta bardzo radykalnie. Podoba się – uśmiech i błysk w oku. Nie podoba się – ryk! i zgrzytanie zębami (tu pragnę nadmienić, iż jest to tylko przenośnia literacka, gdyż w owych czasach, nie miałam jeszcze czym zazgrzytać).

Dlaczego, będąc jeszcze w pieluchach, wybrałam Milesa? Nie wiem. Po prostu, mój instynkt i moja dusza zdecydowały za mnie. Nie rozumiałam przecież, nie wybierałam świadomie, ale czułam każdy dźwięk i dźwięki te mówiły do mnie i porywały mnie w inny wymiar, nasączony wrażliwością, melancholią i namiętnością.

Bardzo szybko więc, lewitując w swoim świecie dźwięków, zaczęłam śpiewać z Milesem, ba! Zaczęłam pisać teksty do Milesa (oczywiście w późniejszych czasach, kiedy miałam już i czym zgrzytać, i czym pisać). Tak. Pisałam teksty do muzyki Milesa, a potem je do niej śpiewałam. Po jakimś czasie pisałam polskie teksty również, do piosenek Billie Holiday i Leonarda Cohena. Nie. Nie tłumaczyłam z angielskiego na polski. Słuchałam, czułam i pisałam to, co czuję słuchając, wplatając słowa w rytm muzyki. Oczywiście robiłam to na wagarach – wiadomo!

Nigdy nie lubiłam szkoły, a szkoła nie lubiła mnie.

I to nie ze szkoły wyniosłam miłość do Alberta Einsteina. Zresztą, umówmy się, on też szkoły nie kochał. Albert, w moim życiu, pojawił się za sprawą mojego Taty. Zapalonego naukowca-artysty, który w swojej pracowni niezmiennie robił eksperymenty oraz malował obrazy. Tzw. umysł ścisło-artystyczny, w zależności od tego, która półkula mózgu obudzi się z rana w lepszej kondycji.

W tejże pracowni odbywaliśmy długie rozmowy na temat fizyki kwantowej i filozofii albo po prostu rozkminialiśmy jak żyć i po co właściwie. Albert niezmiennie pojawiał się w naszych rozmowach. Podpowiadał. Namawiał do myślenia i odrzucania schematów. Inspirował charyzmą i podpalał lont buntownictwa. Kiedy myślałam, że wiem, mówił, że nie wiem. Wtedy myślałam więcej i intensywniej. Z nosem w książkach i dłońmi umazanymi farbami, gdyż oprócz zamiłowań myślicielskich, dzieliłam z Tatą również te artystyczne.

Żebym nie oszalała od nadmiernej dawki myślenia w tak młodym wieku, z odsieczą przybył Dalajlama, który wypełnił moje serce miłością do balansu i spokoju. Piękno i moc w jednej postaci. Dzięki Dalajlamie nauczyłam się, że dobrze jest również nie myśleć. Nauczyłam się szukać pustki, która jest tą ulotną chwilą, kiedy łączymy się ze wszechświatem i stanowimy z nim jedność. Fizyka kwantowa na duchowo. I znowu czytałam jak szalona. Połknęłam wszelkie książki z wykładami Dalajlamy, siadałam w pozycji medytacyjnej i starałam się ćwiczyć swój niesforny, młodociany mózg, by był moim sługą, a nie władcą. Uczyłam się rozwijać empatię i czujność na otaczający mnie świat. Bycia w teraz się uczyłam, która to sztuka, w dalszym ciągu, wydaje mi się być jednym z najtrudniejszych zadań. Najprostsze, a najtrudniejsze. Paradoks? Gdy mocno byłam już zakorzeniona w romansie z Dalajlamą, w moim życiu nastąpiło wejście smoka.

Bruce Lee. Kocim ruchem wdarł się w moje serce. Połączenie dzikości Milesa Davisa, duchowej siły Dalajlamy i charyzmy Alberta Einsteina. Miłość. Tak. To była miłość największa. Walka ze złem, kopanie tyłków i wycieranie stróżki krwi z policzka z piorunującym spojrzeniem, które zwiastuje gwałtowne i radykalne zakończenie pojedynku. Dzikie serce. Spokojny umysł.

A teraz do brzegu, czyli – dlaczego właściwie się na ów temat rozpisuję?

Przy okazji premiery mojego Projektu Puma, niezmiennie ktoś zadaje mi pytanie – skąd ja się właściwie wzięłam? Jacy artyści mnie inspirują? Może gwiazdy jakieś? Może ktoś z Polski, a może super-star z zagranicy?

No to chciałam odpowiedzieć. W czasach, kiedy nie było jeszcze insta, fejsa i youtube’a, ukształtowali mnie wspaniali mężczyźni bez zasięgów, lajków i insta-story, ale z mądrością i siłą. Dziękuję im za to, z każdym kolejnym oddechem i z każdą myślą lub… jej brakiem.

 

photo by Josephine Leddet  https://www.instagram.com/josephineleddet/

style by https://www.instagram.com/leswingvintage/

Reklama

ADHD u Kobiet. Dlaczego tak późno je rozpoznajemy? – Magdalena Daniłoś | Mentalne Espresso

Magdalena Daniłoś jest przedsiębiorczynią i mentorką, która pracuje głównie z kobietami nad rozwojem, sprawczością i odzyskiwaniem energii. W tej rozmowie opowiada o ADHD u kobiet, o późnych diagnozach, o życiu w skrajnościach i o tym, dlaczego można jednocześnie świetnie radzić sobie zawodowo, a kompletnie nie mieć siły na najprostsze codzienne rzeczy. Pojawia się też temat lęku, odwagi i działania mimo strachu, a także bardzo ważna myśl, że rozwój nie dzieje się od samego rozumienia siebie, tylko od małych kroków, które naprawdę zaczynamy wdrażać.