
Zapewne każdy z nas może wyliczyć co najmniej kilka rozczarowań z okresu dziecięcego. Moimi największymi były: kiedy mama nakrzyczała na mnie za ubrudzenie kisielem wiśniowym kuchennego stołu (a ja przecież chciałam się tylko pobawić czerwoną breją), jak tata zaczął robić mi zdjęcia podczas zakładania wrotek, zamiast poczekać, aż będę pędzić z gracją oraz kiedy okazało się, że jednak w tą niedzielę muszę iść do kościoła, mimo że nie mam na to ochoty (nie wystarczyło pomarudzić), jednak jedno z największych dotyczyło niejakiego Mikołaja. Świętego Mikołaja.
Nie chodzi mi bynajmniej o moment uświadomienia sobie, że nie dostaje się prezentów od nieznajomych od tak, corocznie (gdyby tak było, można być zaniepokojonym), a o pewną wycieczkę na poszukiwania. Była zima, jakiej już dawno nie doświadczyliśmy. Śnieg sięgał do kolan (ew. do połowy jeszcze niewyrośniętego ciałka), temperatura sięgała zapewne 20 stopni na minusie. Nadszedł ten wyczekiwany wieczór – mama zaproponowała, abym wraz z tatą wyszli na poszukiwania niejakiego Mikołaja. Jako dziecko uznałam, że fantastycznie byłoby go spotkać po drodze. Wychodzimy z drewnianego babcinego domku i stajemy przed wyborem – prawo czy lewo? Skręciliśmy w stronę światła (prawą), wychodząc na główną ulicę. Szliśmy dwa razy dłużej, ponieważ jezdnia nie była odśnieżona i w końcu nadszedł moment na złożenie żagli – zawróciliśmy do rodzinnego ogniska. Ku mojemu zdziwieniu, mama, babcia, wszystkie ciotki i wujki powiedziały, że pan M. już dotarł i nawet zostawił prezenty. Jakim cudem? Nazwanym lewą stroną. Wyobraźcie sobie wtedy mój zawód.
Można dyskutować czy opowiadanie dziecku bajki na temat istoty, która niby istnieje, chodź nie istnieje jest rzeczywiście etyczne. Czy nadawanie dzieciństwu jeszcze większej magii niż ta, która znajduje się w umyśle małego człowieczka jest konieczne. Czy pokazywanie świata pełnego kłamstw (nawet najbliższych osób) dla wyższego celu musi zostać odhaczone, bo tak było kiedyś i jeszcze bardziej kiedyś. Choć tradycje są istotnym elementem tożsamości społecznej, tak czasami można się od części z nich odciąć. Z gwiazdą betlejemską, przykładowo, rzadko kiedy chodzimy i śpiewamy.
Tylko dlaczego rozwodzę się o zimowych zwyczajach w sierpniu? Mogłabym powiedzieć, że nadszedł mnie czas głębokiej refleksji, czas na cotygodniową introspekcję albo że właśnie siedzę z rodziną na kocu, przeglądając stare zdjęcia, ale ja po prostu usłyszałam to „Last Christmas”, które podobno zeszłą zimą zostało wyemitowane o jeden raz za mało.


















