
Kiedy już prawie byłem w domu, zobaczyłem rodziców mojego starego wroga. Ona podała mi kiedyś do stołu zupę, jego oglądałem częściej, gdy jako sztywna tyczka wracał ze swojej chorej roboty. Ludzie jak ludzie – nic złego raczej nie uczynili, mimo to przy ponownym kontakcie z nimi znalazłem w sobie całą masę strasznych uczuć.
Być może i przygniatały mnie przeróżne sprawy, wpadałem nieraz w bolesną – także fizycznie – spiralę złych myśli, jaką tylko przydługi sen był w stanie zatrzymać, ale choćbym i przed momentem wchłonął poważną dawkę nienawiści, nie powinienem zareagować tak, jak miało to miejsce. Ogarnęła mnie jednak wściekłość nie do pohamowania – w końcu bez zapowiedzi trafiłem znów do dawno przeżytych czasów, które, analizowane z takiej odległości, ostro ukazały mi swoją obmierzłą naturę.
C.C.C.
Próbowała nauczać rosyjskiego w kilku szkołach, wiem tylko tyle, ale to i tak dużo. Zaśmiecanie głowy nie prowadzi do niczego. Po co więc przetrzymywać w jej wnętrzu upiorne twarze? Albo słowa, jakie bezmyślnie wypowiadają zbyt pewnymi głosami? Pamiętają ich także moi rodzice, nawet ojciec, który tylko raz pojawił się na zebraniu, niepoważny, nietrzeźwy i tak dalej. Może i widział wielkoluda nie tylko wtedy, jeśli tak, to tym bardziej musiał nim gardzić. Jak to on.
C.C.C.
Pani C. ma się za cwaniarę, dobrze to widać. Jej mąż to wychudzony, zapomniany koszykarz z wąsami, zawsze w szarej marynarce. Ich syn dostawał do szkoły actimele, którymi popijał pasztetowe kanapki. Na każdej przerwie miał zajęte obie ręce, jeśli nie przez ten zestaw, to przez coś prosto ze sklepiku w piwnicy. Płacił dużo, na co nie mógł pozwolić sobie nikt inny. Chyba że te dwie niedostępne, do których przystojni chłopcy z innych klas przez takich jak ja posyłali liściki.
C.C.C.
Nim młody C. pojawił się w szkole, chodził dwa razy do sześciolatków. Urodził się w styczniu, uważali więc, że należy do rocznika wyżej. Wszyscy wiedzą, że w niektórych sprawach rozwinięty był nad wyraz. Zawsze większy niż pozostali, znający się na dobrych i złych zespołach, już w drugiej klasie pytał, czy wytrysk spermy jest aby przyjemny.
C.C.C.
I jak długie gadanie o młodości przychodzi mi zazwyczaj zaskakująco łatwo – co też zgubi mnie z pewnością – tak w tym konkretnym przypadku szybko tracę siły i z ulgą się poddaję. Choć jest przecież o czym opowiadać; to, co wyprawiał było świetne. Problem w tym, że znów obezwładnia mnie poczucie, że nie jestem nic wart. Był ode mnie lepszy, jak to się mówi. Ale raz zdołałem uderzyć go na lekcji. Dostałem sto powtórzeń („Będę wystrzegał się kłótni i bójek”). Cieszy mnie, że będąc porządnie zaszczutym zbuntowałem się, przepisując to w ukryciu jedynie sześćdziesiąt kilka razy.
C.C.C.
I pogrążam się teraz w innych myślach i przyjmuję dziwne pozy na tym krześle. Sam z siebie dochodzę do wniosku, że z braku jakichkolwiek innych umiejętności analizuję nic nieznaczące zdarzenia. W zastępstwie wszystkiego, o czym marzyłem. Młody C. pracuje tam, gdzie staruch, mój własny dogorywa w pozasłanianym, puściutkim mieszkaniu. To wystarcza, nie zaglądajmy w przyszłość.
C.C.C.
Zły humor nie sprzyja konkretom. Diabelne niewyspanie sprawia, że mało co rozumiem. Zdarzają mi się błędy poznawcze. W czasie, gdy on wtargnął do szatni dziewczyn, by rzucić się na jedną z nich, niektórzy z nas składali się na woreczek cukierków pudrowych. Teraz jest poniedziałek, być może ostatni ciepły dzień. Wszędzie jasno, cienie mają takie czyste kształty. W domu nie sprzątamy, nie ma sensu się o to spierać – w takim lokalu to drobnostka.
C.C.C.
Zrobił urodziny i na pewno starał się zaprosić wszystkie ładne. Malowali nam twarze, przesuwaliśmy pionki, każdy dostał po balonie nabitym na plastikową słomkę. Poranki w 2020 roku zlatują jak zwykle, mija godzina i pół nim siądę do tego, z czego ledwo żyję. Wysoki jak latarnia Pan C. odstawił nas pod boisko. Wróciłem do moich: emeryta i tej, co tak dzielnie mnie przed nim broniła. Nie musiałem już jeść tego niesmacznego obiadu.


















