Kto tu jest prawdziwym diabłem? Recenzujemy „Diabeł ubiera się u Prady 2”

KAROLINA KOŁODZIEJCZYK

Screenshot

Zacznę od wyznania: nigdy nie byłam wielką fanką filmu „Diabeł ubiera się u Prady”. A mimo to, gdy zobaczyłam, że kręcą drugą część, obudziła się we mnie chyba jakaś zapożyczona od innych, nostalgia. Skoro ja zostałam kupiona, nie miałam wątpliwości, że będzie to kasowy hit. No dobrze, ale czy coś poza tym?

Do historii Andy, granej niezmiennie przez Anne Hathaway, wracamy po dwudziestu latach. Obecnie nasza bohaterka jest nagradzaną dziennikarką śledczą. A właściwie – raczej była dziennikarką śledczą, bo właśnie została zwolniona, podobnie jak cały jej zespół. I przyznam szczerze, że to ten moment, w którym twórcy mnie złapali w swoje fabularne sieci. Nie spodziewałam się bowiem oceny kondycji współczesnego dziennikarstwa po tym filmie, a na taki kierunek się zapowiadało. 

Masowe zwolnienia bądź – na otarcie łez – fatalne warunki finansowe, upadek prasy drukowanej, triumf treści „klikalnych” nad merytorycznymi – to wszystko, co i ja ze smutkiem obserwuję w naszej branży. Wątek ten został jednak potraktowany tak pretekstowo, że mniej więcej od połowy filmu wiedziałam już, iż nic ciekawego tu nie padnie. Kiedy bowiem Andy powraca do „Runwaya” – magazynu, w którym stawiała swoje pierwsze, chybotliwe kroki w zawodzie i w którym poznała słynną Mirandę – bardzo szybko zapomina o swojej przeszłości. Dosłownie w kilka scen przechodzimy od „ta moda to tylko coś na przeczekanie, nic poważnego” do „muszę za wszelką cenę wskrzesić «Runwaya»”. Co z jej wcześniejszymi ambicjami, co z całym śledczym dorobkiem? Nie wiadomo.


Reklama

A przecież zmiana branży nie była tu jedynym rozwiązaniem (w moich fantazjach Andy zakłada na przykład podcast kryminalny…). Owszem, być może trudniej byłoby wtedy odtworzyć tyle ikonicznych dla fanów pierwszej części scen, ale za to usłyszelibyśmy coś istotnego o współczesnym dziennikarstwie. Wierzę, że nawet kino rozrywkowe może być przestrzenią takiego dialogu. Twórcy jednak poszli na łatwiznę, wyciskając nostalgię do ostatniej kropli.

Po drodze zagubiono też charakter niektórych bohaterów – Miranda na stare lata znacznie złagodniała, co może być zrozumiałe, ale czy naprawdę musieliśmy mieć to wykrzyczane prosto w twarz, jak choćby w scenie, gdy „dostrzega” Nigela? Andy z kolei momentami wydaje się zaskakująco niedojrzała i naiwna, jakby dalej była praktykantką z pierwszej części – bezbronną, zdaną na intrygi innych (jak choćby – dla kontrastu – wciąż świetnej Emily). Leży też wątek jej życia uczuciowego, który jednak nigdy nie był kluczowy, więc można przymknąć na to oko (założę się, że i tak już ledwo pamiętacie, jak wygląda jej aktualny partner i że ma na imię… jak to było? Peter?).

Ostatecznie film zmierza w bardzo przewidywalną stronę, starając się, by – mimo zmiany całego otaczającego nas świata – pewne rzeczy i relacje zachowały status quo. Trudno jednak nie poczuć smutku, gdy Miranda rozmawia z Andy przy „Ostatniej wieczerzy” (oczywiście w odtworzonym wnętrzu Museo del Cenacolo Vinciano, bo oświetlenie mogłoby uszkodzić oryginalne dzieło) o przemijającym świecie, z którego pozostał już tylko niewielki, niszczejący fragment. I w tym wydźwięku „Diabeł ubiera się u Prady 2” jest filmem znacznie bardziej gorzkim niż jedynka. Dwadzieścia lat temu razem z Andy snuliśmy wielkie marzenia, przeplatane drogimi tkaninami i światowymi wybiegami. Teraz dostajemy happy end jedynie pozorny, bo wciąż nie mamy innego rozwiązania na upadek współczesnego dziennikarstwa niż wykupienie konglomeratu medialnego przez tego czy innego bogacza.

Ta powtarzalność fabularna w zmiennych okolicznościach nie sprawdza się – „Diabeł ubiera się u Prady 2” jedynie nawiązuje do kultowych momentów, zamiast je tworzyć. Dlatego pewnie zapomnimy o nim równie szybko, jak o artykule, którego przeczytaliśmy jedynie nagłówek. 

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE