
Jestem absolutnie zachwycony serialem The Crown. Szczerość z jaką Brytyjczycy zdecydowali się pokazać rodzinę królewską budzi mój szacunek i niemałą zazdrość. Intrygi, koterie, małostkowość, zagubienie, niespełnione ambicje i bezwzględność z jaką królowa Elżbieta sprawuje swój urząd, z drugiej strony zaś obowiązek, interes publiczny, ale też i zwykłe ludzkie odruchy, emocje i namiętności składają się na bardzo wiarygodny obraz najbardziej znanej rodziny na świecie.
Producenci serialu wyszli z jedynego słusznego założenia, dzięki któremu odnieśli bezapelacyjny sukces, otóż – postanowili powiedzieć prawdę. A to o niespełnionych ambicjach i romansach księcia Filipa, a to o nazistowskich sympatiach byłego króla Edwarda, księcia Windsoru, czy też o mocno dionizyjskim podejściu do życia księżnej Małgorzaty. Pokazali też o wiele więcej, przede wszystkim klasę. Czego im zazdroszczę? Dojrzałości i mądrości z jaką zwracają się do widza, nie próbując robić z niego idioty. Takie postawienie sprawy naturalnie wzbudza zaufanie. Prawda opowiedziana bez ogródek rozbraja wszelkie pułapki i wyraźnie ociepla wizerunek rodziny królewskiej. Jak bardzo życzyłbym sobie podobnej relacji, naturalnie toutes proportions gardées, między polskimi władzami a obywatelem. Jak bardzo bym chciał, żeby mały, cwany człowieczek nie wmawiał mi, że wybory 10 maja w obecnej sytuacji są moim obowiązkiem i należy je zorganizować, łamiąc konstytucję i podstawowe standardy higieny, z narażeniem życia i zdrowia wyborców. Jak bardzo bym chciał, żeby nie robić ze mnie idioty. Ale najpewniej tak nie będzie. Bo ani to książę, ani żadne to królestwo, ani nawet jego wysokość nie ta. Życie to nie teatr, śpiewał Edward Stachura. The Crown to też, niestety, nie jest.

















