Anna Karczmarczyk – Aktorstwo to coś, z czym się urodziłam

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Karolina Ciesielska: Aniu, czy „aktorka” jest słowem, które w pełni cię definiuje, czy przydałoby się dodać jeszcze parę określeń?

Anna Karczmarczyk:Bycie aktorką to mój zawód, ale nie wiem, czy jest to definicja mnie jako człowieka. Ról w życiu mam jeszcze kilka i mam nadzieję, że kolejne przede mną, bo mam wielki apetyt na życie i robienie różnych rzeczy. Aktorstwo to coś, z czym się urodziłam, o czym zawsze marzyłam, i droga, którą podążam od zarania dziejów.

Jestem też mamą, żoną, osobą goniącą za pewnego rodzaju rozwojem duchowym i świadomościowym. Myślę, że mogłabym jeszcze chwilę tak wymieniać. Łapię się różnych rzeczy, bo wiele mnie ciekawi. Szybko zapalam się do nowych tematów, więc próbowałam w swoim życiu – i nadal próbuję – przeróżnych ścieżek.


Reklama

Karolina Ciesielska: Na początek chciałam skupić się na twojej drodze zawodowej, czyli na aktorstwie, bo to już blisko 20 lat, odkąd działasz przed kamerą. Swój debiut miałaś w wieku 13 lat i był to serial „Na Wspólnej”. Czy z perspektywy tych 20 lat zmienił się twój stosunek do tego zawodu?

Anna Karczmarczyk: Myślę, że bardzo. Te początki były bardzo wyidealizowane – momentami trudne, ale cały czas pozostawały w sferze pewnej nieświadomości i gonitwy za marzeniem. Od tamtego czasu wiele się nauczyłam, wiele przeszłam i wiele doświadczyłam. Myślę, że znam już wszystkie strony, wersje i kolory tego zawodu.

Karolina Ciesielska:Nie ma już nic do odkrycia?

Anna Karczmarczyk: Raczej niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć, patrząc na to, co już mnie w moim życiu zawodowym spotkało. Daje mi to pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Już nie idealizuję i nauczyłam się, że nikogo nie zmienię. Nie mam wpływu na niczyją opinię – nawet jeśli wiem, że umiem, czuję i jestem gotowa, ktoś może mieć zupełnie inne zdanie i nie ma sensu z tym walczyć. To jest jego zdanie. Jedyna rzecz, na którą mam wpływ, to ja sama i to, jak odbieram świat oraz ludzkie decyzje. A jak wiemy, aktorstwo jest zawodem zależnym od opinii innych.

Karolina Ciesielska: Mówisz, że masz ogromny apetyt na życie. Jako aktorka możesz przeżyć tych żyć trochę więcej. Czy to właśnie jest najfajniejsza część tej pracy?

Anna Karczmarczyk: Myślę, że dlatego jestem aktorką. Zawsze miałam bujną wyobraźnię. Jak mówi mój profesor, Wiesław Komasa – i podpisuję się pod tym wszystkimi kończynami – mamy olbrzymie szczęście i przywilej, że w jednym życiu możemy przeżyć ich tysiące. I rzeczywiście to jest najfajniejsza część tego zawodu.

Bo o ile w prywatnym życiu nie chciałabym być od niczego uzależniona ani dotykać bardzo trudnych stanów – choć wiadomo, że życie bywa różne – o tyle w rolach uwielbiam to robić. Uwielbiam, kiedy jest trudno. Uwielbiam, kiedy czegoś nie wiem i się boję. Uwielbiam, kiedy moje bohaterki mogą robić rzeczy, które dla mnie, w moim schemacie myślenia, są niedopuszczalne.

Karolina Ciesielska: A które z tych żyć czy filmowych sytuacji były dla ciebie szczególną lekcją? W której zostałabyś na dłużej?

Anna Karczmarczyk:Jest ich kilka. Na pewno debiutancki film, czyli „Galerianki”. To była wielka rzecz – ogrom emocji i wiele nowości. To była też pierwsza taka przygoda, w której moja obecność na ekranie trwa od pierwszej do ostatniej minuty i musiała być bardzo skrzętnie prowadzona – przeze mnie i przez Kaśkę Rosłaniec. Przez to, że było tam wiele „pierwszych razów”, to jest coś, co jest we mnie i co na pewno zostanie. Bardzo dużo się wtedy o sobie nauczyłam i to było dla mnie niezwykle ważne doświadczenie.

Czy chciałabym zostać w tym dłużej? Niekoniecznie. Ale wtedy nauczyłam się czegoś bardzo ważnego, co przełożyłam też na swoje życie. W tamtym czasie wydawało mi się, że jestem bardzo ekstrawertyczna. W szkole zawsze dużo robiłam – prowadziłam imprezy, byłam miss szkoły, było mnie wszędzie pełno, chciałam robić wszystko.

Karolina Ciesielska: Centrum zainteresowania? Dusza towarzystwa?

Anna Karczmarczyk: Tak. A po tym filmie zdałam sobie sprawę, że to nie do końca jestem ja i że jest we mnie dużo więcej introwertyka niż ekstrawertyka. Co więcej – nauczyłam się przeżywać swoje emocje, a nie je gasić. To jest ważne w życiu: pozwolić sobie czuć.

Wychodzenie z tej roli i wszystko, co działo się po „Galeriankach”, było z jednej strony wspaniałe – nagrody, uznanie, blichtr, pewnego rodzaju sława. Z drugiej strony: nagabywanie na ulicy, wołanie za mną. A ja miałam wtedy 18 lat – zupełnie inne 18 lat niż dziś. Mentalność była inna. To było przytłaczające, trudne, czasem nawet niebezpieczne. Szły za tym ogromne emocje, już takie prywatne. I właśnie „Galerianki” nauczyły mnie tego, że może mi być niewygodnie, może mi być trudno przez zawód, który sobie wymarzyłam. Zdjęłam różowe okulary, a to jest bardzo ważna lekcja życia.

Karolina Ciesielska: Miałaś wtedy opiekę psychologiczną? Bo dziś mam wrażenie, że produkcje są już tak konstruowane, że przy tak wymagających rolach psycholog jest właściwie koniecznością.

Anna Karczmarczyk: Nie było psychologa, nie było też koordynatora scen intymnych. Robiliśmy wszystko sami. Nie było więc narzędzi ani możliwości, żeby się regulować.

Przez te około 30 dni zdjęciowych po prostu byłam Alicją. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dlatego wychodzenie z tego trwało co najmniej pół roku, jak nie dłużej.

Karolina Ciesielska: To była rola, która dała ci dużą rozpoznawalność. A z perspektywy czasu czy jest taka rola, mniej lub bardziej oczywista, z której jesteś szczególnie dumna? AnnaKarczmarczyk:Myślę, że na pewno jest to Weronika Przybysz w „Czarnej Śmierci”. To coś bardzo świeżego, co widzowie mogli oglądać na ekranie dopiero niedawno.

Karolina Ciesielska:Nie bez powodu o to pytam, bo oprócz tego, że możesz być dumna ze swojej roli, sama produkcja została też doceniona. Niedawno odbierałaś nagrodę w Lille na festiwalu Series Mania. Jak się wtedy czułaś?

Anna Karczmarczyk: Czułam się wspaniale. To niesamowity festiwal. Wiedzieliśmy, że jesteśmy na najważniejszym serialowym festiwalu w Europie. Wisienką na torcie była nagroda, którą odebraliśmy od jury studenckiego. Czarna Śmierć to w końcu arthouse’owy serial w Telewizji Polskiej – coś, co brzmi dość abstrakcyjnie nawet na rodzimym rynku. A jednak przyjął się nie tylko w Polsce, mimo niewielkiej promocji, ale także na arenie międzynarodowej.

Na Series Mania pojawiają się projekty z całego świata, również te hollywoodzkie, a oni byli naprawdę zachwyceni tym, co od nas dostali. Widzieli ten serial, dużo o nim mówili. Zadawali bardzo techniczne, konkretne pytania. Widać było, że pokochali tę historię, która – umówmy się – dla kogoś spoza Polski nie jest wcale oczywista. Bo kogo interesuje epidemia ospy w Polsce w latach 60., nasz ówczesny ustrój polityczny i to, jak się tu wtedy żyło? W dzisiejszych czasach naprawdę niewiele rzeczy ludzi interesuje. A jednak ten temat ich poruszył i zaciekawił. Byliśmy więc bardzo dumni.

Zresztą Kuba Czekaj, nasz reżyser, wrócił niedawno z Bogoty, gdzie również odbywał się kolejny festiwal. Rozmawialiśmy o tym, że „Czarna Śmierć” przyjęła się tam fenomenalnie. Może więc nasz serial pójdzie w świat…

Karolina Ciesielska: Fajnie, że możecie podróżować z tym projektem i dowiadywać się, co myślą inni ludzie.

Anna Karczmarczyk:Tak, dostajesz wtedy bardzo szczery feedback. My tutaj, w branży, wszyscy się gdzieś znamy – pracowaliśmy ze sobą, spotkaliśmy się na różnych etapach kariery. A tam jesteś z zupełnie czystą kartą. Nikt o tobie nic nie wie i ocenia cię wyłącznie na podstawie projektu, z którym przychodzisz. I to jest fajne, bo nie jest okraszone żadnymi personalnymi animozjami. Jest niewinne i mam poczucie, że prawdziwsze w ocenie.

Karolina Ciesielska: Jak bardzo w życiu aktora potrzebne jest takie poczucie docenienia? Pewnie nie jest ono tak częste, jak poczucie odrzucenia.

Anna Karczmarczyk:To super uczucie. Mam wrażenie, że dla mnie to jedna z ważniejszych rzeczy w tym zawodzie. Potrzebujemy tej zwrotki. Musimy wiedzieć, czy to, co robimy, działa na widza i czy w jakikolwiek sposób z nim rezonuje. Jesteśmy nośnikiem emocji, narzędziem do opowiadania historii. Jeśli zwrotka brzmi: „nic nie poczułem”, to chyba najgorsze, co można usłyszeć. Tym bardziej że nasz świat jest bardzo wybredny – wszyscy wszystko widzieli, wszyscy wszystko wiedzą. Poruszyć kogoś ze świata filmu wcale nie jest łatwo.

Dlatego jeśli dostajesz taką reakcję jak w przypadku „Czarnej Śmierci”, że to jest ważne nie tylko dla widzów – którzy oczywiście są najważniejsi – ale też dla ludzi z branży, że to, co robimy, naprawdę działa i jest dobre, to jest coś wspaniałego.

Nawet nie chodzi o nagrody, tylko większe poczucie przynależności. Że zasługujesz na bycie w tej społeczności, że ona cię przyjmuje.

Karolina Ciesielska: I że zatrzymujecie ludzi przed ekranem, więc tym bardziej gratuluję. Docenianym jest się co jakiś czas – pewnie rzadziej niż częściej. Natomiast ocenianym jest się cały czas. Chciałam cię zapytać: czy przyzwyczaiłaś się już do bycia ocenianą na każdym kroku? Czy w ogóle da się do tego przyzwyczaić?

Anna Karczmarczyk:Ja się przyzwyczaiłam. Czy da się przyzwyczaić w stu procentach? Chyba nie. Ale taką drogę wybrałam, więc muszę brać ją z dobrodziejstwem inwentarza.

Bywały bardzo trudne momenty, nie powiem, że nie. Rzeczywiście – tak jak wcześniej wspomniałaś – częściej jesteśmy odrzucani niż bookowani. Były w moim życiu momenty, kiedy po iluś odrzuceniach po prostu zaliczałam głęboki dół i ciężko było mnie z niego wyciągnąć. W końcu się z niego wydrapywałam różnymi metodami. Na szczęście jestem już duża i posiadam narzędzia, które na mnie działają i pomagają mi odnaleźć się w takich sytuacjach. Bo one nadal się zdarzają – nie będę udawała, że nie.

Czasami jesteś już w bardzo zaawansowanych rozmowach o projekcie, w finałach castingów. Czujesz tę postać, wiesz, czego byś chciała, znasz scenariusz, widzisz wszystko, co się wydarzy… i nagle słyszysz: „Nie, jednak ta druga”. To po prostu bardzo boli. To są czysto ludzkie emocje.

To trochę jak z rozmową o pracę. Idziesz, nie dostajesz tej pracy. Tylko że u „normalnego” człowieka to jest kilka rozmów. U nas potrafi być ich kilkadziesiąt i nadal jej nie dostajesz.

Karolina Ciesielska: A czy spotkałaś się kiedyś z taką oceną, która wpłynęła pozytywnie na twoje życie albo karierę?

Anna Karczmarczyk: Tak. Na pewno po „Galeriankach” był duży skok – mimo że zawodowo wtedy nic ciekawego się nie działo. Recenzje tego filmu i mojej postaci sprawiły jednak, że zdecydowałam się zdawać do Akademii Teatralnej w Warszawie. Wcześniej w ogóle nie odważyłabym się nawet pomyśleć o tym, żeby tam zdawać. Później było kilka takich projektów. Na przykład „Zdrada” dla Telewizji Polsat, która teraz jesienią wchodzi na antenę. Dostałam wtedy bardzo dobry feedback. Serial był również nominowany w plebiscycie Top Seriali Wirtualnej Polski. To był taki podmuch w skrzydła…

Bo kiedy długo nic się nie dzieje – nie robisz dużych projektów, nie grasz głównych ról – tylko jakieś mniejsze rzeczy, a potem przychodzi rola główna i jest dobrze odebrana przez widzów, dziennikarzy i krytyków, to bardzo cię buduje. Dzięki temu kolejne castingi czy spotkania są jakby lżejsze. Masz z tyłu głowy myśl: „Jesteś dobra, pamiętaj o tym”.

Dla aktora to bardzo ważne – usłyszeć, że jest w czymś dobry. Wtedy projekt zyskuje, aktor jest wolny, luźny. Jest się od czego odbić. Nawet jeśli później słyszysz nieprzychylną opinię albo trafiasz na kogoś, kto bywa przemocowy, masz ten swój core. Wiesz, kim jesteś i że ta opinia mówi więcej o osobie, która ją wydała.

Karolina Ciesielska:Jako aktorka jesteś oceniana nie tylko za grę, interpretację postaci i umiejętności, ale też za wygląd i ciało. Jak obecnie wygląda twoja relacja z własnym ciałem?

Anna Karczmarczyk:Teraz – wspaniale.

Karolina Ciesielska:Jak do tego doszłaś?

Anna Karczmarczyk: Zajęło mi to trzydzieści pięć lat życia (śmiech). Ale tak naprawdę moja relacja z ciałem bywała bardzo trudna. Dojrzewałam przed kamerą, więc te „fale” były różne. Dodatkowo chorowałam na niedoczynność tarczycy, więc moje ciało zmieniało się w zależności od kondycji mojego układu hormonalnego.

Bardzo często słyszałam niestety nieprzychylne rzeczy na temat swojego ciała – właśnie na etapie rozwoju i stawania się kobietą. Mówiono mi, że mam za grube ramiona, że jestem za duża, że mam za duże piersi, że muszę „uspokoić swoje warunki”, żeby twarz odzwierciedlała resztę ciała, bo ciało mam zbyt kobiece, a twarz zbyt delikatną. Wiem dzisiaj brzmi to absurdalnie, ale naprawdę usłyszałam kiedyś taką uwagę od pewnego „ważnego” człowieka.

Pamiętam też sytuację na festiwalu. Pewien producent powiedział do mnie, wtedy siedemnasto-  czy  osiemnastolatki:  „O,  teraz  to  ładnie  wyglądasz.  A  w  tych

„Galeriankach”? Masakra”. Mężczyzna miał ponad pięćdziesiąt lat i mówił to do nastolatki. Na mojej drodze było bardzo dużo takich przytyków dotyczących cielesności. To było trudne. Często też słyszałam, że jestem „zbyt ładna” by dostać jakąś rolę. Przez długi czas, więc chciałam być „brzydka”. Nosiłam bardzo szerokie rzeczy, ubierałam się chłopięco. W ogóle nie akceptowałam swojej kobiecości. Miałam do niej więcej pretensji niż miłości.

Na szczęście przyszedł taki czas w moim życiu, w którym to się zmieniło. Mój mąż miał w tym swój udział. Mówił: „Przestań. Wyglądasz świetnie, niezależnie od kilogramów. Przestań, nie rób tego sobie”. I powoli, także dzięki terapii, zaczęłam dochodzić do momentu w który jestem teraz. Lubię swoje niedoskonałości – albo doskonałości. A kiedy ktoś mówi mi, że jestem ładna, nie traktuję tego jako obelgę, tylko komplement.

Karolina Ciesielska:To chyba też przychodzi z wiekiem.

Anna Karczmarczyk: Myślę, że kobiety stają się fajniejsze dla siebie, im są starsze. Na początku drogi/rozwoju z dziewczynki w kobietę – który trwa wiele lat i w którym zderzamy się z wieloma trudnościami – a szczególnie dziś w dobie idealizowania wszystkiego i kopiowania, znalezienie siebie, odpowiedzenie sobie na pytania: kim jestem, czego chcę, co w sobie lubię – bywa hardcorem.

Ostatnio rozmawiałam z koleżankami o tym, czy kiedy smarujemy ciało kremem, to naprawdę je dotykamy, czy tylko nakładamy krem. Czy jak smarujesz swoje ciało, to czy je dotykasz? Czy zastanawiasz się, gdzie lubisz być dotykana? Czy tylko nakładasz krem i idziesz dalej? Czy masz chwilę dla siebie, by dowiedzieć się, co naprawdę w sobie lubisz, jak wygląda twoje oko, jak wygląda twoja brew bez oceniania?

Cały czas musimy wyglądać jak ktoś z Instagrama albo jak nasz idol, a tak de facto nic o sobie nie wiemy. Kobiety po trzydziestce zaczynają mówić: „Stop. To mi się nie podoba”. I nawet jeśli coś podoba się całemu światu, mają odwagę powiedzieć: „Ja tego nie chcę”.

Karolina Ciesielska:To pewnie też rezonuje z twoją pracą – bo jeśli sama czujesz się w sobie pewniej, łatwiej jest poczuć się pewnie, grając jakąś bohaterkę. Chciałabym cię zapytać o rolę, w której zostałaś obsadzona w 2021 roku – rolę matki. Jak się w niej czujesz?

Anna Karczmarczyk: Różnie. Zawsze się śmieję, że wielokrotnie kiedy grałam matki miałam wrażenie, że dzięki mojej empatii świetnie je odzwierciedlam. A potem sama zostałam mamą i zrozumiałam, że to jest coś zupełnie innego. Uczę się tego cały czas.

Jestem mamą prawie pięć lat, zaliczam wzloty i upadki. Czasami mam wrażenie, że jestem super, a czasami myślę: „Jezu, co ja zrobiłam?”. Zdarza mi się przepraszać moje dziecko i mówić: „Nie wiem, dlaczego tak powiedziałam”. To są jakieś schematy, które gdzieś po drodze nabyłam.

Ale na pewno jest to rola życia. Po raz pierwszy kochasz tak, że bardziej się już nie da. Masz w sobie ogrom miłości, radości i czułości, ale jednocześnie tyle samo strachu, niekiedy wstydu, niewiedzy i bezradności. Bo tego też cały czas się uczymy. My kobiety – jeśli chodzi o biologię – jesteśmy stworzone do rodzenia dzieci. Ale jeśli chodzi o psychikę, to wcale nie jest takie oczywiste. Tego trzeba się nauczyć. Ja uczę się tego od pięciu lat i na razie dałabym sobie ocenę cztery z plusem.

Karolina Ciesielska:To i tak bardzo dobra ocena.

Anna Karczmarczyk:Też tak uważam. Najbardziej niezwykłe w relacji matka–dziecko jest to, że dziecko jest zawsze twoim lustrem. Możesz próbować chować w sobie to, że masz gorszy dzień, że coś w pracy cię przytłacza – dziecko zawsze znajdzie to, co cię gnębi i wyłoży kawa na ławę rozwalając cię w sekundę na kawałki by potem jednym wypowiedzianym przez nie zdaniem złożyć cię na nowo.

Karolina Ciesielska:Czyli cały czas rozwijasz się w tej roli. A powiedz, jak łączysz to z życiem zawodowym i branżą filmową? To musi być bardzo trudne. Wiem, że zanim zostałaś mamą, czasem odkładałaś ten moment właśnie ze względu na pracę i castingi.

Anna Karczmarczyk:Tak, bo czasami te procesy bywają bardzo długie i żmudne. W pewnym momencie naprawdę przypłaciłam to dużą ceną. Bywało tak, że staraliśmy się o dziecko, a w tym samym czasie pojawiał się casting do głównej roli. Myślałam wtedy:

„Wow, rola życia”. Byłam miesiącami w procesie castingowym, wspólnie decydowaliśmy, że robimy stop, a ja odpadałam w finałach.

Wtedy było mi ciężko, teraz potrafię odmówić roli, która nie jest rolą życia, a za bardzo wkracza w moją sferę prywatną – którą bardzo chronię – albo koliduje z czymś, co jest dla mnie bardzo ważne, na przykład Dzień Mamy i Taty w przedszkolu. Mogę powiedzieć: „Nie, dziękuję”.

Mam poczucie, że jestem dużo bardziej elastyczna. Złapałam balans. Kiedy ja mam bardzo intensywny czas w pracy, Pascal ma trochę luźniej i jest cały dla naszej córy. Kiedy on pracuje intensywnie, ja mam więcej przestrzeni. Świat nam sprzyja. Oczywiście korzystamy też z pomocy dziadków – mamy ten przywilej – ale mam poczucie, że jesteśmy bardzo obecni w dojrzewaniu naszej małej.

Karolina Ciesielska:To też jest duży luksus, móc odmawiać.

Anna Karczmarczyk: Ten luksus dał mi teatr. Kocham film miłością bezgraniczną. Kocham być przed kamerą, jest to dla mnie bardzo ważne – z tego wyrosłam i to jest miłość mojego życia. Kiedy staję przed kamerą, czuję, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.

Ale nauczyłam się też kochać teatr. I to właśnie teatr pozwala mi powiedzieć „nie”. Kiedyś czułam w sobie taki głód kamery, że chciałam ciągle być na planie, brałam lepsze i gorsze projekty, zawsze szukałam czegoś, co mogę z nich wyciągnąć, czego mogę się nauczyć i z kim mogę się spotkać – co też jest wartościowe i wiele mnie to nauczyło. Teraz wiem, że nie muszę tego robić. Moja miłość do filmu cały czas we mnie jest, jestem gotowa do działania, jestem na to otwarta. Ale teatr pozwolił mi mieć ten spokój – jestem cały czas w treningu aktorskim, w gotowości kreacji, a jednocześnie nie muszę się martwić o finanse, co sprawia, że mogę niektóre rzeczy odrzucić.

Karolina Ciesielska: Mówisz, że kochasz film, a teatr był trochę obok. Czy udało ci się go polubić? Jeśli tak – za co?

Anna Karczmarczyk: Za trening aktorski, ale też za styczność z widzem. W teatrze widz natychmiast weryfikuje wszystko, co robisz. Jeśli wejdziesz na scenę by jedynie „odklepać scenariusz”, publiczność tego nie kupi. Ale gdy pozwolisz sobie wejść w postać i zapomnieć poczujesz niesamowitą wolność. To wcale nie jest takie proste. Teatr bardzo szybko cię weryfikuje. Widz także.

Może ci się wydawać, że coś sobie budujesz, masz pauzę i puentę i widz w teorii powinien się zaśmiać lub zapłakać, a nagle dostajesz ciszę – nie udało się, coś poszło nie tak. Mimo wszystko musisz być tu i teraz, przecież nie zejdziesz ze sceny, i dalej budować. Świeżość i obecność w teatrze są najtrudniejsze. Co zrobić żeby to nie był

„odgrzewany kotlet”, żeby postać, którą grasz po raz trzysta pięćdziesiąty ósmy, była znowu nowa dla ciebie i dla widza?

Karolina Ciesielska: Ale widz też się zmienia, więc to pewnie daje wam to poczucie nowości.

Anna Karczmarczyk: Pewnie tak, ale widz też jest sprytny. Widzi wie, czuje kiedy się udaje, a kiedy coś poszło nie tak. Mam też wrażenie, że dzisiejszy widz jest odważniejszy w reakcji. Potrafi śmiać się, wzruszać, ale także ziewać, kasłać, powiedzieć „buu”. Nie wiem, czy to nie przez to, że teatr stał się powszechniejszy dzięki licznym spektaklom objazdowym. Dzisiejszy widz tak rozsiadł się w teatralnym fotelu, że czasami potrafi być bezwzględny.

Karolina Ciesielska:Ale to jest chyba dobrze.

Anna Karczmarczyk: Mi się to podoba. Wtedy odbywa się fajna gra z widzem. On może oczekiwać. Pozwalasz sobie przekraczać swoje schematy – ja wtedy bawię się na scenie jak dziecko. I chyba dlatego w tym teatrze cały czas jestem. Zdarzają się spektakle, które uruchamiają we mnie zupełnie nowe przestrzenie. Wtedy nagle okazuje się, że ta teatralna improwizacja, której uczyłam się bardzo długo, staje się dla mnie piaskownicą.

Karolina Ciesielska: A czy jest jakaś rola – może właśnie teatralna, może z klasyki – która ci się marzy?

Anna Karczmarczyk:Jestem wielką fanką Czechowa. Grałam go bardzo dużo w Akademii Teatralnej, z moim mistrzem Andrzejem Domalikiem. To są historie, które mnie wciągają i hipnotyzują.

Słowackiego też chętnie bym znowu zagrała. Ostatnio w ogóle mam ciągoty do klasyki, do oldschoolowych sztuk – dużo bardziej niż do nowego teatru. Lubię w nich to, że wszystko jest niedopowiedziane. Nie do końca wiadomo, o co tam chodzi, a jednocześnie wszystko jest bardzo proste. Czujesz, zamiast wiedzieć.

Karolina Ciesielska: Zatrzymam się przy jednym słowie, którego użyłaś – „hipnotyzują”. Bo ty masz też do czynienia z hipnozą i hipnoterapią. Jak ona pojawiła się w twoim życiu? I czy nadal jest w nim obecna?

Anna Karczmarczyk: Pojawiła się na żmudnej drodze szukania siebie i budowania siebie jako człowieka – jako jednostki, wychodzenia z dołków, a było ich kilka i były dosyć drastyczne. Trudne dla mnie, ale też dla mojej rodziny.

Zaczęło się dość niewinnie, od załamania nerwowego, z którego wyciągnęły mnie ustawienia  hellingerowskie.  I  wtedy  zdałam  sobie  sprawę,  że  jest  coś  więcej w otaczającym nas świecie. Że są metody, o których wcześniej nie miałam pojęcia, które mogą w szybszy i bardziej dobitny sposób pokazać moje schematy czy wyłonić traumy – i nauczyć mnie radzenia sobie z nimi, żeby moje życie było bardziej jakościowe. Chcę przecież, żeby moje życie było tylko lepsze — tym bardziej, że jestem już mamą i nie chcę przenosić swoich traum i problemów na dziecko. Chcę, żeby moja córka była od tego wolna, więc ja muszę zrobić porządek. A kiedy nagle zaczęły wychodzić wszystkie „trupy z szafy”, okazało się, że jest co porządkować. W trakcie tej drogi – różnych kręgów, różnych sposobów patrzenia na rozwój duchowy – pojawiła się hipnoza. A że nie biorę jeńców, to od razu zapisałam się do Polska Akademia Hipnozy. Pomyślałam, że zanim pójdę na swoją hipnoterapię, to chcę się dowiedzieć, co to w ogóle jest.

Na pierwszym zjeździe byłam w szoku. Nie tylko poznaliśmy teorię – historię hipnozy,  jej  pionierów  –  pewne  narzędzia  hipnotyczne  są  bardzo szeroko wykorzystywane: w biznesie, w medycynie, w wielu różnych obszarach życia. Pomyślałam wtedy: kurczę, chyba odkryłam narzędzie, którym potrafię się posługiwać. Narzędzie, które działa dla mnie dobrze i którym mogłabym pomagać innym.

Na tym pierwszym zjeździe zobaczyłam też, jak prowadzi się hipnozę. Poznałam teorię działania podświadomości, fale mózgowe, cały proces – jak działa hipnotyzer i osoba będąca w transie, jak bardzo są ze sobą powiązani i jak hipnotyzer może być przewodnikiem dla kogoś, kto chce zmienić swoje życie. Po tym wszystkim pomyślałam: dobrze, to teraz czas usiąść na tym fotelu. Usiadłam.

I to, co wydarzyło się w moich procesach, było dla mnie niezwykłe. Na przykład po dwunastu latach brania leków wyleczyłam się z niedoczynności tarczycy. Ostatnio widziałam się z moim lekarzem i powiedział: „Ale z tarczycą wszystko jest w porządku, wyniki są idealne. Co się zmieniło w twoim życiu?”. Odpowiedziałam: „Poszłam na hipnoterapię”. Na szczęście mój lekarz jest bardzo światłą osobą. Powiedział: „Jeśli jest metoda, żeby nie brać tej chemii – która pomaga pobudzić organizm i nie rozleniwiać tarczycy – to działaj. Leki mają pomagać, kiedy jest trudno, ale nie zawsze muszą być do końca życia”.

Karolina Ciesielska:A co takiego odkryłaś podczas hipnozy, co tak wpłynęło na twoje życie?

Anna Karczmarczyk: To, że jest to narzędzie, które potrafi w dwie godziny dotrzeć do problemu, do którego w klasycznej terapii dochodzi się czasem przez dwieście godzin. Nasz organizm działa w taki sposób, że kiedy dzieje się coś trudnego lub traumatycznego, zamykamy to w pewnym „pudełku” i chowamy, bo musimy przetrwać. Te doświadczenia zapisują się w ciele i w podświadomości.

Podświadomość chce nas uratować, więc ukrywa te wspomnienia tak głęboko, że często w ogóle ich nie pamiętamy. Nie pamiętamy, że wydarzyło się coś bardzo bolesnego albo że w jakimś momencie życia przeżyliśmy ogromną stratę.

Karolina Ciesielska:A ty czego dowiedziałaś się o sobie?

Anna Karczmarczyk: Na pewno dowiedziałam się, o co chodziło z moją tarczycą. Dlaczego przestała sobie radzić z pewnymi rzeczami – jakie emocje i wydarzenia tam zapisałam i przetransformowałam je.

Pracowałam też nad swoją pewnością siebie. Pracowałam z tym, w czym naprawdę jestem dobra i czy droga, którą wybrałam w życiu, jest tą, którą wybrałaby również moja dusza. I między innymi tego właśnie dowiedziałam się o sobie. A później, kiedy zaczęłam pracować z ludźmi w procesach terapeutycznych, odkryłam jeszcze coś innego – jak niezwykłymi istotami jesteśmy i jak wiele potrafimy zrobić sami.

Bo każda hipnoza to autohipnoza. Na ile sobie pozwolisz, tyle się wydarzy. Ja jestem wtedy przewodnikiem – kimś, kto pomaga i wie, jak zareagować w trudnych momentach. Na przykład wtedy, gdy ciało zaczyna dawać bardzo wyraźne sygnały, że zapisało się w nim coś trudnego. W procesie hipnotycznym można bezpiecznie przetransformować traumy i zbudować nowe jakości.

Karolina Ciesielska: Przejdźmy do trochę mniej poważnych tematów – choć nadal ważnych – i wróćmy do twoich początków, czyli do branży filmowej. Miałaś okazję obserwować ją przez ponad dwadzieścia lat. Jak bardzo się zmieniła? I czy idzie w dobrą stronę?

Anna Karczmarczyk: Nie wiem, czy w dobrą. Mam w sobie pewną tęsknotę za kinem mniej nastawionym na dopaminę, szybkość i nagromadzenie wszystkich możliwych ekstremów. Tęsknię za opowieściami. Za głębokimi uczuciami w kinie.

Karolina Ciesielska: Nie wracamy do tego powoli? Na przykład w tegorocznych selekcjach oscarowych?

Anna Karczmarczyk: „Hamnet” czy „Wartość sentymentalna” rzeczywiście tak, ale na przykład „Jedna bitwa po drugiej” nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Nie wiem, w którą stronę to pójdzie. Przed nami jest też wiele nowych wyzwań – choćby sztuczna inteligencja, krótkie formy wideo, seriale trzyminutowe. Młode pokolenie bardzo szybko się nudzi przez takie narzędzia jak Instagram czy TikTok. Są przestymulowani dopaminą, ciężko im utrzymać uwagę na czymś, co nie zmienia się co kilka sekund. Myślę, że będziemy ewoluować i szukać wspólnego języka dla wszystkich – jesteśmy gdzieś na rozstaju dróg. Nie mam pojęcia, gdzie będziemy za pięć lat.

Na pewno ogromny wpływ mają też platformy streamingowe. Pewne rzeczy są narzucane projektom filmowym: co tam musi się znaleźć, jakie słowo paść, jakie relacje i w jakich konfiguracjach muszą być zawarte w scenariuszu. Z jednej strony mamy dużą wolność wypowiedzi, z drugiej – produkcje i serwisy streamingowe narzucają nam pewne jakości i style. Dlatego bardzo się cieszę, że wciąż istnieje kino autorskie.

Karolina Ciesielska: Czyli to jest coś, co jest blisko twojego serca. Mam też wrażenie, że bardzo uważnie dobierasz ludzi, z którymi pracujesz.

Anna Karczmarczyk: Chciałabym dobierać ich przede wszystkim energetycznie. I mam wrażenie, że ostatnio rzeczywiście trafiają do mnie współprace, które kocham – takie, które zostaną ze mną na zawsze.

Karolina Ciesielska:A są twórcy – polscy albo zagraniczni – z którymi szczególnie marzy ci się współpraca?

Anna Karczmarczyk: Tak, jest ich wielu. I to mnie bardzo cieszy, bo mam poczucie, że pojawia się też dużo nowych twórców ze świeżym spojrzeniem. Ludzi, którzy naprawdę walczą o to, żeby projekt był ich i są w stanie przekonać platformy streamingowe do swoich pomysłów. Na przykład Maciej Buchwald i Kordian Kądziela – byłam na castingu do ich serialu. Ostatecznie wybrali kogoś innego, ale samo spotkanie było super. Ich wizja jest na tyle silna, że chyba byliby w stanie przekonać słonia, żeby zaczął jeździć na łyżwach. A ja bardzo lubię taką zuchwałość.

Mam nadzieję, że będzie jej coraz więcej i że gdzieś w tym całym zalewie streamingowej produkcji pojawi się też nurt „art streamingu”. Że znów będziemy wspólnie się nudzić i kochać. Bo tego mi dziś brakuje – miłości w opowieściach. Dawno nie widziałam filmu, który byłby po prostu o miłości. A komedie romantyczne nam nie idą – przepraszam.

Karolina Ciesielska:A widzisz się kiedyś w innej roli w tej branży niż aktorka?

Anna Karczmarczyk: Myślę o tym. Nawet już trochę działam w tym kierunku. Ale na razie nie będę zapeszać.

Fot. Bartosz Maciejewski

Reklama