
Jest rok 1933 w Oregonie, cztery lata po Wielkim Kryzysie. Sam, grany przez Ethana Hawke’a, ledwo wiąże koniec z końcem, opiekując się swoją córeczką Penny. Na tyle ledwo, że zostają eksmitowani, a Penny odsprzedaje nawet swojego ukochanego misia, by pomóc tacie. Ich kłopoty jednak dopiero się zaczynają, bo oto Sam trafia do więzienia i w tym momencie na ekranie widzimy wielki napis z tytułem filmu – „The Weight”. Ciężar życia jeszcze nigdy nie był dla Sama tak odczuwalny jak wtedy.
W związku z odbywaną karą nasz główny bohater zostaje wysłany na przymusowe roboty. Tam jednak pojawia się dla niego okazja. Okazja, by nie tylko skrócić wyrok, ale przede wszystkim jak najszybciej odzyskać córkę. Czyli zrobić to, co ojciec powinien zrobić – zapewnić jej opiekę i dom. Jak możecie się domyślić, w tej sytuacji Sam będzie gotowy na wszystko.
Misja, która dostaje, jest jednak ogromnie ryzykowna, ale też zwyczajnie ciężka fizycznie. Na czym polega? Prezydent Roosevelt wydał dekret, według którego całe złoto zostaje przejęte przez państwo (w zamian za dolary papierowe). Nie wszyscy jednak chcą się mu podporządkować i tak łatwo pożegnać ze swoim (bądź nie swoim) złotem w obliczu ekonomicznego kryzysu. Stąd też misja dla Sama – wraz z trzema współtowarzyszami musi dostarczyć złoto z punkt A do punktu B. Pomijając już sam ciężar ładunku (jak opowiadali aktorzy na konferencji prasowej na Berlinalach – oni sami byli w stanie wytrzymać tylko jeden dzień z obciążeniem na plecach, szybko porzucając grę metodyczną), na trasie czekają ich rozchwiane mosty, wartkie rzeki i… inni chętni na nielegalne złoto. Wyprawa więc z dnia na dzień robi się coraz bardziej niebezpieczna. Ale my wciąż pamiętamy, że Sam robi to dla córki. I, co ważne, po prostu to czujemy, a nie muszą nam o tym ciągle przypominać ckliwe retrospekcje, których „The Weight” na szczęście unika.
Nowy film Padraica McKinleya to oczywiście historia o tym, co jesteśmy w stanie zrobić dla bliskich, jak daleko dotrzeć, jak bardzo przesunąć granice swojej wytrzymałości (fizycznej i psychicznej). Ale to też American dream w krzywym zwierciadle i pokazanie, ile ważą skutki kryzysu z 1929.* Aż chciałoby się napisać: w tej ekonomii każdy orze jak może, a niektórzy posuwają się do rzeczy bardziej ryzykownych (albo okrutnych) niż inni. Ethan Hawke wykreował postać, której jednak aż do samego końca nie sposób nie kibicować. Chociaż jego twarz wydaje się czasem nieprzenikniona, to my wiemy, że to tylko skupienie na celu, jakim jest jak najszybsze zobaczenie córki. To ten typ bohatera, który rzuci dowcipem, przygazuje na zakręcie i nie zawaha się użyć broni w razie potrzeby, ale też uratuje kobietę w opresji i zrobi wszystko dla swojego dziecka. A do tego twórcy zafundowali mu kilka naprawdę epickich scen, w których cała kinowa sala wstrzymywała oddech.
Nie samym Ethanem jednak „The Weight” stoi, bo właściwie cała obsada jest tu bezbłędna – od trójki towarzyszy niedoli (w tych rolach: Austin Amelio, Avi Nash oraz Lucas Lynggaard Tønnesen), poprzez Julię Jones, wcielającą się w kobietę indiańskiego pochodzenia, która dołącza do tej szalonej przeprawy, a na Russelu Crowe kończąc – gra on Clancy’ego, beneficjenta całej misji. Można by powiedzieć, że przy takiej obsadzie „The Weight” to samograj, jednak na uznanie zasługuje również praca operatorów, znakomicie dobrane plenery oraz wartki scenariusz. To właśnie one sprawiają, że napięcie utrzymuje się od początku do samego finału, w którym Sam – zarówno dosłownie, jak i symbolicznie – zrzuca wreszcie ciężar ze swoich barków.
*W związku z tym, że jest to zdecydowanie film, który komentuje politykę tamtego czasu, tym bardziej dziwi zachowanie Ethana Hawke’a na konferencji prasowej w trakcie Berlinali, kiedy to uchylił się od pytania dziennikarza o podpisanie listu otwartego, jaki ponad 81 artystów wystosowało w związku z wypowiedzią Wima Windersa i milczeniem w sprawie Gazy. Kino było i jest polityczne. Tak samo jak milczenie w takiej sytuacji.
Karolina Kołodziejczyk


















