
Billie Eilish – When We All Fall Asleep, Where Do We Go?
Naprawdę ciężko o lepiej wypromowany album niż „When We All Fall Asleep, Where Do We Go?”. Billie Eilish dzięki błyskotliwym zabiegom marketingowym zdobyła miliony wyświetleń na YouTube oraz równie dużo facebookowych polubień już kilka miesięcy przed oficjalną premierą debiutanckiej płyty. Nagły wzrost zainteresowania artystką nie umknął również uwadze krytyków muzycznych, dla których relacja z młodą wokalistką była miłością od pierwszego singla. Sprytna kampania w mediach społecznościowych połączona z interesującymi przystawkami (“Bury A Friend” i “Bad Guy”), rozbudziła apetyt publiczności na popowe arcydzieło. No i jak to zwykle bywa, rezultat nie spełnił kosmicznych oczekiwań.
Zacznijmy jednak od pozytywów. Przede wszystkim (czy tego chcę, czy nie) muszę docenić estetyczną spójność krążka. Nastoletnia Amerykanka mimo krótkiego estradowego stażu ma zaskakująco dopracowany pomysł na siebie. Jej filozofia jest wręcz genialna w swojej prostocie – opiera się na przystępnych melodiach opakowanych w rebeliancki kostium emo. Tym sposobem, piosenki trafiające w gusta fanów tragicznie zmarłego Lil Peepa zadowolą także smakoszy radiowych hitów. Ta sprytna taktyka zapewniła autorce tzw. win-win situation, skazując ją na pewny sukces.
Ponadto, byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie zauważył w tym wydawnictwie choćby grama potencjału na rzecz znakomitą. Są tu przecież składniki warte pochwał: odważna surowość niektórych aranżacji, parę łobuzerskich wersów albo chwytliwość kilku pojedynczych refrenów. Świeżo upieczona gwiazda rokuje całkiem nieźle i tym bardziej szkoda, że na razie doskakuje do nieco niższej poprzeczki.
Niestety na tym kończą się zalety. Rozczarowuje na przykład przewidywalna struktura większości piosenek, które kuszą rebeliancką powłoką, ale pod buntowniczym makijażem ukrywają miałkie patenty. Eilish trochę nieładnie mydli oczy odbiorcy neogotyckimi rekwizytami, podczas gdy rdzeń całego projektu wcale nie odbiega od stereotypowego popu lecącego z głośników w galeriach handlowych. Oczywiście, jest to fachowo wykonana robota, ale odmierzona od linijki w celu zadowolenia ogółu.
Mam też problem z warstwą liryczną. Billie bywa błyskotliwa, ale trochę zbyt często opisuje rzeczywistość manierą nastoletniej poetki. Być może nie czepiałbym się jej pióra tak mocno, gdyby teksty posiadały nieco lżejszy, zdystansowany fason. Tymczasem zastosowana konwencja szkolnego pamiętnika kompletnie nie pasuje do śmiertelnie poważnej tematyki numerów. Śpiewanie o depresji albo o eksplorowaniu seksualnej tożsamości wypada bardzo nieprzekonująco we wspomnianym, lekko infantylnym kontekście.
Została jeszcze jedna kluczowa kwestia. Otóż, Billie popełnia typowy błąd debiutantki – odtwórczo powtarza prywatne muzyczne inspiracje. Co prawda artystka sprawnie korzysta z bogactwa nowoczesnej popkultury, jednak hołdując trendom, zapomina o złożeniu w pełni autorskiego podpisu. Stosując internetową nomenklaturę, Amerykanka udostępnia interesujące linki, ale nie ma dość energii, by opatrzyć je osobistym komentarzem.
„When We Fall Asleep, Where Do We Go?” nie jest złą płytą. Co więcej, zauważalne gdzieniegdzie przebłyski gatunkowego mistrzostwa dają nadzieję na to, że wokalistka z Los Angeles jeszcze stworzy swe opus magnum. Tymczasem, trzeba uzbroić się w cierpliwość i zadowolić tym, co dostaliśmy w tym roku.
















