Joanna Kołaczkowska – nasza zupa pomidorowa

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

W tym roku śmierć zebrała pokaźne żniwo wśród osób znanych i kochanych. W styczniu pożegnaliśmy geniusza Davida Lyncha. Niedawno na drugą stronę przeszedł również Ozzy Osbourne. Polskę również dotknęła strata – strata, która mimo zapowiedzi, iż jest prawdopodobnym scenariuszem, przejęła naprawdę ogromną liczbą Polaków. 17 lipca pożegnaliśmy Joannę Kołaczkowską. 

Streszczanie całego dorobku artystycznego Joanny Kołaczkowskiej uważam już w tym momencie za zbędne. Źródeł na ten temat jest pod dostatkiem, a zresztą, ktokolwiek zna nazwisko Kołaczkowskiej, zna mniej więcej jej ścieżkę kariery kabaretowo-teatralnej. Kilka tygodni po jej odejściu wolałabym odpowiedzieć na pytanie: co sprawia, że była aż tak wyjątkowa i jest opłakiwana tak długo i tak rzewnie. 

Kołaczkowska była tym rodzajem osoby publicznej, którzy Polacy – zwłaszcza teraz – desperacko potrzebują. Radosnej, funkcjonującej ponad podziałami na Polskę A i B – Polskę. W swoich skeczach Kołaczkowska uczyła Polaków śmiać się z nich samych, jednocześnie nigdy nikogo nie obrażając. Sama zresztą wielokrotnie wspominała, że jej największą inspiracją jest codzienność, obserwowanie najzwyklejszych, pozornie przyziemnych i banalnych interakcji międzyludzkich. Na pryzmat, który umożliwiał jej reprodukcję owej rzeczywistości na sceniczne uniwersum, składały się przewrotność, groteska posunięta nierzadko do gombrowiczowskiego absurdu, dystans do własnych emocji (nawet tych najbardziej bolesnych, co uzewnętrzniła najlepiej w kultowej już piosence „Andrzeju”). Na uwagę zasługuje dostrzeganie pewnej namiętności – i w efekcie komizmu – w szczegółach codziennego życia. Tak się zresztą zazwyczaj składa, że potrafią pisać ci, co potrafią patrzyć. Kołaczkowska ów dar obserwacji posiadała. Połączenie bystrości z unikatową percepcją oraz lekkością, której nie sposób się nauczyć, owocowały mimetyzmem w lekko montypythonowskim wydaniu – choć ironia i satyryczność Kołaczkowskiej miały swój autorski sznyt, którego na próżno szukać, zwłaszcza u zagranicznych artystów. Joanna Kołaczkowska była do bólu polska, w najlepszym tego słowa znaczeniu i tutaj może kryć się sedno sprawy i powód miłości, którą ją obdarzyliśmy.  Ten ślicznie uśmiechający się Gombrowicz w spódnicy, balansujący na granicy absurdu, karykatury i przyziemności był do bólu nasz. Osadzony w Polskiej tradycji kabaretowej, posługujący się rodzimym i uniwersalnym kodem kulturowym, stroniąc od elitaryzmu. Kabaret Hrabi, który współtworzyła, nigdy nie wpadł w kliszę żenujących, wyświechtanych kabaretów które od 15 lat prezentują na scenie Sopockiej Nocy Kabaretowej te same dowcipy. Mieliśmy do czynienia z humorem niesamowicie uniwersalnym i docenianym przez cały przekrój warstw społecznych – nieskomplikowanym, ale na poziomie. Zresztą sama Kołaczkowska, jeżeli przyjrzymy się wyraźnie jej ruchowi scenicznemu, postawie i samemu jej wizerunkowi (zarówno scenicznemu jak i publicznemu) miała w sobie mnóstwo skromnej i niewymuszonej elegancji i prawdopodobnie to było – i jest – w niej tak niesamowicie ujmujące.


Reklama

Często mówi się: „nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili”. Jak absurdalnie by to nie zabrzmiało, Joanna Kołaczkowska była trochę zupą pomidorową. Była kochana i lubiana przez wszystkich, cechowało ją coś znajomego, swojego a jednocześnie autentycznego i wyrazistego. Skecze kabaretu „Potem” czy kabaretu „Hrabi” można oglądać w kółko, nawet, jeżeli zapamiętało się już wszystkie żarty i gagi. Postać Kołaczkowskiej i jej twórczość kabaretowa jest daniem, które się nie przejada i do którego zawsze wraca się z chęcią. Jestem przekonana, że tak też będzie po jej odejściu. A więc: doceńcie, Doceńcie. 

Tekst i ilustracja: Antonina Steffen

Reklama

Nie boję się wyzwań | Anna Halarewicz i Joanna Walaś

Dziś Joanna Walaś gości w swoim programie #ToZależy Annę Halarewicz – ilustratorkę i malarkę. Wspólnie poznamy historię Ani i dowiemy się co jej praca wniosła do jej życia. Jak dziś podchodzi do swoich projektów i realizowanych współprac?

LUBIĘ PRACOWAĆ NAD ROLĄ INDYWIDUALNIE | Hubert Miłkowski

Hubert Miłkowski opowiada szczerze o aktorstwie, intuicji i nieustannym poszukiwaniu własnej drogi. W rozmowie z Julią Trojanowską mówi o potrzebie błądzenia, odwadze w odmawianiu projektów i szukaniu ról, które dają przestrzeń na prawdę i niuans.