Znachor – Powrót Klasyka na Netflix!

Tekst sponsorowany

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

POCZĄTEK…

Był zimowy wieczór. Producentka filmu Magdalena Szwedkowicz przeglądała swoją bibliotekę w celu znalezienia nowych projektów do zrealizowania. Wybrała klasyczny utwór Tadeusza Dołęgi-Mostowicza „Znachor”. Sięgnęła po książkę i przepadła. – Zakochałam się w powieści. Potem obejrzałam poprzednie adaptacje i zakochałam się jeszcze bardziej. Ta historia jest bardzo emocjonalna. Urzekła mnie relacja córki i ojca. To opowieść o wielkiej miłości – mówi. I już wiedziała, że chce ją ponownie przenieść na ekran. Również po to, żeby mogło się z nią zapoznać nowe pokolenie Polaków, które poprzednich ekranizacji, tej z lat 30. czy 80. nie zna, bo inaczej się wychowało. 

MIŁOŚĆ PONAD PODZIAŁAMI


Reklama

Twórcy za najważniejszy element filmu uznali miłość, która na ekranie pojawia się w różnych odmianach. – Nasz „Znachor” opowiada o miłości w różnych jej wcieleniach. Na pierwszym miejscu postawiliśmy – wiernie za Dołęgą-Mostowiczem – odzyskaną od losu miłość ojca i córki, to ona jest dramaturgicznie i emocjonalnie najważniejsza. Marysia (red. w tej roli Maria Kowalska) zyskała w naszej, „tandemowej” narracji zupełnie równorzędną wobec Wilczura (red. w tej roli Leszek Lichota) rolę. Dzięki temu ta rodzicielska miłość staje się pełniejsza, zyskuje na wiarygodności i – mam nadzieję – wzbudza silniejsze wzruszenia – zaznacza reżyser Michał Gazda.


Osobny wątek twórcy poświęcili uczuciu Marysi, córki prof. Wilczura do hrabiego Leszka Czyńskiego (red. w tej roli Ignacy Liss). Młodym na drodze do szczęścia stają konwenanse społeczne, którym jednak zakochani nie zamierzają się poddać. – Leszka poznajemy jako infantylnego głuptasa schowanego za swoją szlachecką pozycją społeczną i pieniędzmi. Zmienia go miłość do charakternej dziewczyny z ludu. To Marysia rozpala w nim potrzebę buntu wobec rodziców i niesprawiedliwym porządkom tego świata. To ona robi z hrabiego mężczyznę – opowiada Gazda. Zaznacza, że „Znachor” zapisał się w historii literatury, bo pokazywał bohaterów, którzy kierowali się moralnym kompasem niezależnie od tego, w jakiej klasie społecznej żyli. 

„ZNACHOR” DLA WSZYSTKICH


– Widzowie bezkompromisowo kochają postać Wilczura, mimo że jest skonstruowana wbrew naczelnej zasadzie pisania scenariusza. Mamy oto bohatera, który na przestrzeni opowiadania nie przechodzi przemiany! Ma dobroć i szacunek dla każdego człowieka wpisany w swój moralny genotyp i nic nie jest w stanie tego zmienić. Pozostaje wierny tej postawie zarówno jako uznany chirurg – profesor Wilczur i jako Antoni Kosiba – wiejski włóczęga. W tym sensie jego postać jest absolutnym zaprzeczeniem toposu antybohatera, który rozpanoszył się powszechnie we współczesnym kinie – mówi reżyser Michał Gazda.

Podkreśla, że dla niego od początku było jasne, że wątki ponad klasowej miłości i czynienia dobra niezależnie od okoliczności będą czytelne pod każdą szerokością geograficzną. Takiego samego zdania była producentka Magdalena Szwedkowicz, która wierzyła, że adaptacja powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza trafi do każdego widza. 

Scenariusz do trzeciej filmowej adaptacji powstawał kilka miesięcy i jak podkreśla scenarzysta Mariusz Kuczewski – Najważniejsza była dla nas książka, w której niektóre rzeczy wydały nam się archaiczne i nie przemawiające do współczesnego widza. Chcieliśmy, żeby ta historia była atrakcyjna dla szerokiej widowni. Dlatego niektóre wątki i bohaterów trochę zmodyfikowaliśmy, żeby jak najlepiej wybrzmiały relacje i miłość. Nie opowiadamy tej historii od nowa, bazujemy na książce, ale uwspółcześniamy na przykład sposób pokazania profesora Wilczura. 

Kim jest tytułowy bohater ich opowieści?To samotny facet, który podąża piaszczystą drogą na tle bujających się zbóż. To dla mnie kwintesencja tej produkcji i kiedy myślę o „Znachorze”, ten obraz od razu pojawia mi się w głowie. Siwiejący, brodaty facet, z laską, który od piętnastu lat chodzi od miasteczka do miasteczka, od wioski do wioski. To tułacz, wiecznie czegoś poszukujący, choć sam nie wie czego. To zresztą jedna z najpiękniejszych scen, które nakręciliśmy. Wtedy poczułem jedność z tym bohaterem. Pomyślałem, że jeżeli mamy tę scenę, to nie martwię się o resztę – opisuje swojego bohatera Leszek Lichota.

TWORZENIE ŚWIATA, KTÓREGO JUŻ NIE MA

Twórcy stanęli nie tylko przed wyzwaniem wiarygodnego oddania relacji łączących postaci ze świata „Znachora”, ale też przekonującego oddania rzeczywistości, w której żyją. – Dziś robienie filmu, którego akcja dzieje się w latach 90. ubiegłego wieku, to już jest bardzo trudne zadanie, bo niewiele się ostało z tamtejszej architektury. A co dopiero zabrać widza w podróż do dwudziestolecia międzywojennego! – przyznaje scenografka Joanna Macha. – Wszystkie przestrzenie wymagały adaptacji i kreacji. Nasze zadanie polegało na odtworzeniu historycznych miejsc i ożywianiu ich na nowo, takie działania sprawiają mi ogromną radość. To przede wszystkim praca dla wyobraźni – dodaje.


Scenografce bardzo zależało, żeby korzystać z jak największej ilości oryginalnych materiałów. – Chłopaki z budowy dekoracji już mnie z tego znają, że jak przychodzę z projektem historycznym, to będą musieli szukać starych desek, starych drzwi, starych elementów, które będziemy potem przerabiać wielokrotnie i tworzyć z nich nowe przestrzenie. Tak było i teraz – mówi.

Wyzwanie polegało na tym, żeby znaleźć obiekty odpowiadające warunkom produkcji, które nie są od siebie zbyt daleko oddalone. – Postawiliśmy na okolice Łodzi i Warszawy. Długo szukaliśmy miejsca, gdzie mogłaby się rozgrywać akcja w austerii. Sprawdzaliśmy w typowych karczmach, ale austeria jednak jest troszeczkę innego typu miejscem. Ostatecznie powstała pod Górą Kalwarią w przestrzeni dworku, który jest w prywatnych rękach. Były tam elementy architektury postkomunistycznej, więc musieliśmy je ładnie zamaskować – właściciel nie miał z tym problemu. Najdalej pojechaliśmy do Lublina, gdzie otworzyliśmy nasze filmowe miasteczko. To było duże wyzwanie, zrobiliśmy dobudówkę w tamtejszym skansenie. Na szczęście nam na to pozwolono – cieszy się Joanna Macha. Jak wspomina największe wyzwanie przy tym projekcie? – Naszym zadaniem było to, żeby wykreowanym na ekranie światem zaczarować: miał on być na tyle realny, na tyle prawdziwy i codzienny dla tamtego czasu, żeby widz w to uwierzył i weń wszedł.


Czy się udało? Magdalena Szwedkowicz nie ma wątpliwości: – Będąc na planie, można byłoby obrócić kamerę o 360 stopni i poczuć się tak, jakbyśmy byli w tym świecie – tak dobrze był on zorganizowany pod kątem scenografii.

CO ŁĄCZY „ZNACHORA” I „DOWNTON ABBEY”? 

Takie wrażenie udało się osiągnąć także dzięki tytanicznej pracy zespołu kostiumografów, któremu przewodziła Małgorzata Zacharska. – Kostiumy pochodzą z tamtej epoki, specjalnie sprowadziliśmy je z zagranicznych magazynów. Uszyliśmy tylko kilka strojów – mówi Magdalena Szwedkowicz. Założenie było takie, żeby wszystko było najbardziej zgodne z duchem portretowanych czasów. –  Stare ubrania zawsze będą miały większą wartość niż rzeczy rekonstruowane, odtwarzane. Z kostiumami jest tak samo jak z antykami. Zawsze prawdziwy antyk jest cenniejszy niż coś, co jest zrobione na jego wzór. Odzieży z dwudziestolecia międzywojennego jest coraz mniej. Trudno o jej dostępność, bo ubrania się niszczą, potrzeba specjalnych warunków do ich przechowywania – opowiada Małgorzata Zacharska. 

Poszukiwania obejmowały magazyny w całej Europie, ale też portale internetowe, zwłaszcza te aukcyjne. – Wypożyczaliśmy z Londynu, z Madrytu, Wiednia, Berlina czy Pragi. Zaopatrywaliśmy się np. w wypożyczalni, z której wypożyczono kostiumy do serialu „Downton Abbey”, z czego naprawdę bardzo jestem zadowolona, bo to są bardzo piękne rzeczy – cieszy się Małgorzata Zacharska. –  Mieliśmy pokazać piękny, bogaty świat, co ustawia nam cały film, bo pokazujemy, że to, co stracił profesor Wilczur, było takie wspaniałe. To rodzi emocjonalną reakcję widza.

A dlaczego dla aktorów grających w produkcjach historycznych wyzwaniem jest noszenie strojów z epoki? – Bierze się to z pewnego dyskomfortu. Teraz wszyscy są przyzwyczajeni do luźnych dresów. Dawniej zaś choćby spodnie męskie były wyższe i bardziej dopasowane w talii. Na planie to czasami prowadziło do ciekawych dyskusji. Aktorzy mają bowiem tendencję, żeby takie dopasowane spodnie opuszczać niżej, bo im niewygodnie. Ja je wtedy podciągam wyżej, bo muszą być w talii – uśmiecha się Zacharska. I dodaje: – Strój z epoki wymaga innego poruszania się, ale właśnie to buduje też charakter postaci. Łatwo to zresztą sprawdzić na sobie. Wystarczy, że osoby, które na co dzień chodzą w bluzach, założą dopasowaną marynarkę. Ona nie jest ciasna, ale to nie jest dres, dlatego chodzi się w niej inaczej, ma się inną sylwetkę.

TRANSFORMACJE AKTORÓW

Jak radzili sobie z kostiumami z epoki aktorzy „Znachora”? – Miałam na sobie spódnicę i zapaskę, a pod spodem halkę. To wszystko było ciężkie, ale praktyczne. Odcinało mnie w pasie, zabierało figurę, ale nie narzekałam. Choć muszę przyznać, że gdy kręciliśmy plenery i był akurat upał, to ciężko było oddychać! – mówi Anna Szymańczyk, filmowa Zośka. – Ja mam akurat dobre połączenie z wsią, dobrze się tam czuję, mam tam swoje korzenie. Jedyny lęk, jaki miałam, to kiedy moja Zośka prowadzi wóz. Wbrew pozorom to nie jest takie proste. Pamiętam z dzieciństwa, jak dziadek prowadził wóz, ale ja siedziałam zawsze jako pasażer. Na planie dostałam szkolenie z jazdy wozem, którym miałam wjeżdżać między ludzi – dookoła były przecież kamery i ekipa. Musiałam się jakoś dogadać z zaprzęgniętym do wozu koniem, to nie jest włączenie silnika i przyciśnięcie pedału. Koń miał swój charakter i swój dzień – lepszy i gorszy. Strasznie się tego bałam. Zadzwoniłam do mamy przed pierwszą lekcją tego powożenia. Zapytałam: „Mamo, jak ja sobie dam radę?”. Odpowiedziała: „Zaufaj korzeniom, odezwą się”. I odezwały się, scena poszła dobrze – wspomina aktorka.

Maria Kowalska przywołuje natomiast wrażenie, jakie zrobiły na niej pierwsze przymiarki. – Zachwyciła mnie ilość sukienek i jakie były kobiece. Kiedy je na siebie wkładałam, poczułam, jak bardzo oddają moją postać. To, że nosiliśmy faktyczne stroje z epoki, nadawało niebywałego charakteru naszym bohaterkom.

One były silne, a zarazem stroje oddawały też ich delikatność i właśnie kobiecość – zachwyca się aktorka. – Przez to Marysia korespondowała ze mną. Ja też czuję się silna w środku, a na zewnątrz poprzez sukienki i różne ozdoby potrafię oddać swoją delikatność – dodaje.


Dopełnieniem scenografii i kostiumów był makijaż, nieodłączny element każdego filmu historycznego. Jakie dyrektywy dostawali aktorzy od zespołu charakteryzatorki Ewy Szwed? – Zapuszczać brody, wąsy i włosy! – mówi specjalistka. – W tamtym czasie mężczyźni znacznie bardziej stawiali na zarost. Wciąż w modzie były rzadkie dzisiaj bokobrody, raczej nie golono się na zero – wyjaśnia artystka. W ruch poszły więc peruki, pukle włosów, pudry i farby. Transformacji trzeba było poddać rzesze aktorów i statystów. Najtrudniejsze było jednak inne z zadań: wiarygodne pokazanie metamorfozy Leszka Lichoty z Rafała Wilczura w Antoniego Kosibę.

TWÓRCZY ZESPÓŁ

Cała ekipa chwali zaangażowanie aktora w proces powstawania „Znachora”. Mowa nie tylko o fizycznej transformacji, ale też o wnoszeniu do produkcji pomysłów, jak jeszcze lepiej dookreślić jego bohatera. – Miałem przy tym projekcie okazję współpracować z twórcami, którzy słuchają, szanują głos innych. Chcą, żeby współuczestniczyć w procesie tworzenia. Wszyscy tutaj mocno zaangażowaliśmy się w ten projekt i każdemu zależało na dobrym efekcie. Czasami robiliśmy burzę mózgów, a czasami komuś po prostu wpadł do głowy jakiś dobry pomysł. Oczywiście, nie każdy z tych pomysłów wchodził – moje też nie – ale najważniejsze jest to, że pracowaliśmy w takim składzie, że nikt nie bał się o tych pomysłach mówić głośno – dodaje aktor.

Również Magdalena Szwedkowicz mówi, że trafiła na zespół wyjątkowo otwartych i twórczych ludzi. – Jestem szczęśliwa i bardzo wdzięczna, że wspólnie z nimi mogłam stworzyć tak piękny film. Rozpiera mnie duma. Dla mnie zawsze najważniejsi są ludzie. Miłość do projektu, która w tym przypadku jest tak widoczna, sprawiła mi wiele radości. Nikogo nie trzeba było do filmu przekonywać, a z tym bywa różnie. W pracy spotykasz bardzo różnych ludzi, o różnych temperamentach i motywacjach. W tym przypadku każdy zastanawiał się, co będzie najlepsze dla filmu – to było niesamowite. Oczywiście to nie ja stworzyłam tych ludzi, to wszystko ich zasługa. Ale jestem dumna z naszej współpracy i z tego, że to wszystko się udało. – podsumowuje Szwedkowicz. 

– „Znachorem” A.D. 2023 wskrzeszaliśmy wymarły (przynajmniej w rodzimej kinematografii) gatunek klasycznego melodramatu. To zobowiązuje – chcieliśmy zrealizować szlachetną w obrazie i potoczystą w narracji realistyczną baśń o miłości. Chciałem, żeby nasz „Znachor” był doświadczeniem czysto kinowym, swoiście szerokim, epickim w inscenizacji i eleganckim stylistycznie. Jednak najważniejszym celem było przywołanie na ekran prawdziwych emocji i szczerych wzruszeń. Wiedzieliśmy, że dla powodzenia całego przedsięwzięcia to warunek sine qua non – podkreśla reżyser Michał Gazda

Gdy Leszek Lichota został zaproszony do współpracy przy filmie nie miał wątpliwości, że nowa adaptacja „Znachora” to dobry pomysł. – Wiedzieliśmy, że naszą adaptację ludzie będą porównywać z poprzednimi, a niektórzy powiedzą nawet, że legendy się nie rusza. Ale moim zdaniem się rusza i jeszcze nieraz legenda prof. Wilczura zostanie pewnie poruszona. Uważam, że każde pokolenie ma prawo opowiadać historię na nowo. Kiedy to się dzieje zagranicą i powstają nowe wersje „Trzech muszkieterów”, Sherlocka Holmesa albo „Narodzin gwiazdy”, to przecież nikt nie ma nic przeciwko. Język kina zmienia się tak samo jak nasza wrażliwość, dlatego pewne opowieści trzeba aktualizować – mówi Lichota.

DĄŻENIE DO PRAWDY

Dostęp do serwisów streamingowych jest globalny, więc Netflix nam to umożliwia. Film obejrzą też widzowie spoza Polski, którzy dotąd nie słyszeli o “Znachorze”. Tej historii nie zna przecież nawet wielu Polaków, a jest ona uniwersalna i jej tematem przewodnim jest miłość. Dlatego też postawiliśmy na emocje. Na ludzką wrażliwość i uczciwość. Na ważne, ponadczasowe wartości, takie jak dążenie do prawdy, poświęcenie, bezinteresowność. Ludzka natura, emocje i wartości się nie zmieniają – zmieniają się tylko czasy – przekonuje producentka.

Film od 27 września dostępny jest w serwisie Netflix – jednocześnie w ponad 190 krajach na całym świecie. Oprócz Leszka Lichoty w filmie pojawiają się także Maria Kowalska grająca Marysię Wilczurównę, Ignacy Liss w roli Hrabiego Czyńskiego oraz Anna Szymańczyk w roli Zośki. Ponadto w filmie występują m.in. Mirosław Haniszewski, Łukasz Szczepanowski, Izabela Kuna, Mikołaj Grabowski, Paweł Tomaszewski, Małgorzata Mikołajczak, Artur Barciś i inni. Autorami scenariusza są Marcin Baczyński i Mariusz Kuczewski, a za zdjęcia odpowiedzialny jest Tomasz Augustynek. 

Reklama

Nie boję się wyzwań | Anna Halarewicz i Joanna Walaś

Dziś Joanna Walaś gości w swoim programie #ToZależy Annę Halarewicz – ilustratorkę i malarkę. Wspólnie poznamy historię Ani i dowiemy się co jej praca wniosła do jej życia. Jak dziś podchodzi do swoich projektów i realizowanych współprac?

LUBIĘ PRACOWAĆ NAD ROLĄ INDYWIDUALNIE | Hubert Miłkowski

Hubert Miłkowski opowiada szczerze o aktorstwie, intuicji i nieustannym poszukiwaniu własnej drogi. W rozmowie z Julią Trojanowską mówi o potrzebie błądzenia, odwadze w odmawianiu projektów i szukaniu ról, które dają przestrzeń na prawdę i niuans.