Dzienniki podróżne, czyli Portugalia i życie na fali

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Portugalia tuż obok Australii jest jednym z najlepszych miejsc do surfingu, dlatego też skupia surferów z całego świata. I to widać – portugalski chill jest odczuwany na niemal każdym kroku (idąc uliczkami Porto co chwila mija się mokrą osobę w piance z deską pod pachą).

Porto leży nad Atlantykiem, nie dziw więc, że codziennie mijając takie widoki, człowiek automatycznie włącza tryb: wakacje. Może to ta naturalna witamina D, którą można czerpać w momencie, w którym w Polsce temperatura ledwo przekracza zero. W centrum miasta byłam co prawda tylko kilka razy, ale nigdy nie doszukałam się osoby biegnącej na komunikację miejską. Jedyni biegacze, których widziałam, mieli na sobie buty sportowe i najczęściej biegali wzdłuż linii brzegowej.


Reklama

Miasto ma wiele wzniesień i pagórków, dlatego aby dostać się w konkretne miejsce, trzeba się trochę namęczyć, szczególnie kiedy nad głową świecą intensywne promienie słoneczne. Kiedy człowiek się znajdzie na miejscu, nie ma to większego znaczenia, bo Porto znajduje się wiele barwnych budynków, okrytych kolorowymi kafelkami. Uwierzcie, są one praktycznie wszędzie (znalazły się nawet na kamieniu). Procentowo największą część tych budowli zajmują stare, urokliwe kamienice.

Porto leży nad rzeką Duera, która przepływa również przez jego centrum (wzdłuż oceanu i rzeki kursuje również dwupoziomowy autobus, który pozwala na podziwianie widoków w trakcie jazdy). W sercu miasta doświadczyć uroków typowo turystycznej Portugalii – stragany, kawiarnie z widokami na morze, sprzedawcy z produktami na kocyku – coś pięknego. Jednak nie dajcie się zwieść początkowym cenom, które de facto są wywoławcze.

Opowiem Wam historię. Krocząc wokół wszystkich rękodzieł natknęłam się na niewielki skrawek ziemi, na którym leżały między innymi czapki z daszkiem zrobione z korka (nie pytajcie, co tam więcej leżało, mój wzrok był skupiony na tym jednym, jedynym przedmiocie). Zapytałam, czy można przymierzyć. A proszę, proszę – sprzedawca zaczął nadskakiwać, pobiegł po niewielkie lusterko i zaczął zachwalać. W życiu nie widziałam nakrycia głowy, zrobionego z korka, od razu mnie zauroczyło. Ile? – pytam. 50 euro. Opanowałam wytrzeszcz oczu i mówię, że to za dużo. Rozpoczynamy więc debatę, ile powinno być, ile może być, a na ile można się ostatecznie zgodzić. W międzyczasie mężczyzna pokazywał na swojego starego, siwego ojca, siedzącego na wózku inwalidzkim. Podobnież biedaczek sam własnoręcznie robi te czapeczki, a jest to bardzo czasochłonne zadanie. Stanęło na 7 euro. Ja zadowolona, oni również. Odchodzę dalej.

Rozpoczynam podróż krętymi uliczkami, które przypominają szerokością przypominają te włoskie. Nagle widzę opuszczony budynek – takie intrygują mnie najbardziej. Niestety nie udaje mi się dostać do środka, bowiem okazało się, że przejęły go…gołębie. I to te najgorszego sortu. Skąd wiedziałam? Stanęłam na schodku, podskoczyłam lekko, żeby zajrzeć do środka i wtedy zdałam sobie sprawę, że siedziały one skupione na różnych częściach frontowych ruiny. Zaczęły trzepotać skrzydłami i przefruwać nad moją głową. Czułam się prawie jak w sequelu hitchcockowskich „Ptaków”, a chyba nikt nie chce zostać zadziobany przez squotujące portugalskie gołębie. Ruszyłam odetchnąć dalej.

W międzyczasie natrafiłam na jedną z popularniejszych streetartowych instalacji z cyklu Big Trash Animals. Królik jest pierwszym stworzonym dziełem, ulokowanych w całej Europie (w Łodzi znajduje się ptak). Każda z inwencji została stworzona z odpadów, aby zwrócić uwagę społeczności na marnotrawstwo materiałów.

W Porto z łatwością można nabyć nowych kontaktów – ludzie są tam często życzliwi i pomocni, a jak zapytasz, czy można się dołączyć do kogoś i wypić razem kawę, możesz usłyszeć zaskakująco niezwykłe historie. Koniecznie jednak trzeba również spróbować mocnego wina Porto, które ma od 19 do 22% i powstało…przypadkiem.

 

Reklama