
Jeszcze dwadzieścia lat temu lepiej było nie kręcić się w downtown po zmroku. Dzisiaj, po gruntownej przebudowie, jest to nowoczesne centrum miasta, tętniące nie tylko życiem biznesowym, ale też towarzysko-kulinarnym. Liczne stylowe restauracje serwujące menu z wielu zakątków świata, bary, kafejki, piwnice winiarskie i kluby przyciągają tak turystów, jak i lokalnych mieszkańców. Na tym polu downtown z powodzeniem konkuruje z pachnącą czosnkiem, pobliską Little Italy i bardziej ekskluzywnymi nadmorskimi miejscowościami La Jolla i Del Mar.
Spacerując słoneczną promenadą Embarcadero, chłonę nowoczesno-marynistyczną atmosferę tego miasta. Na prawo strzelają w górę ciekawe architektonicznie, skąpane w błękicie nieba wieżowce, a na lewo rozciąga się obszerna zatoka San Diego Bay ze stojącymi przy kei żaglowcami z minionej epoki, parowcem, zakotwiczonymi jachtami. Po niebieskim akwenie porusza się wiele białych punkcików. Wygląda na to, że odbywają się jakieś regaty.

Być tutaj daleko od wody jest raczej trudno. Ona też nadaje miastu specyficzny, niewymuszony, charakter relaksu. Hrabstwo San Diego szczyci się stu kilometrami wspaniałych, oceanicznych plaż i dwiema dużymi zatokami. Znajduje się tu jedno z najlepszych wybrzeży po pacyficznej stronie USA. Czysta woda, równo idące oceaniczne fale, szerokie, piaszczyste plaże, złote klify. Ciągną tu wszelkiej maści słońcoluby, plażowicze, surferzy i piasko-spacerowicze. “Life is a beach” potwierdza się w pełnym tych słów znaczeniu, zwłaszcza w miesiącach letnich. Deptaki są wtedy zapełnione bosonogimi przechodniami, rowerzystami, deskorolkarzami, wymieszanymi razem i zobowiązanymi respektować się nawzajem. Na plażach nie stawia się żadnych konstrukcji, jedynie podwyższone budki dla ratowników i siatki do gry w siatkówkę.
Jeżeli ktoś chciałby jednak odpocząć od szumu oceanu, może spędzić czas nad zatoką Mission Bay. To prawdziwa chluba miasta i raj dla wodniaków: żeglarzy, kajakarzy, narciarzy wodnych i użytkowników wszelkich innych nietonących pojazdów. Dziesiątki kilometrów meandrujących ścieżek okalających Mission Bay są magnesem dla biegaczy i wielu prozdrowotnie zorientowanych mieszkańców tej okolicy.

Miasto kryje w sobie jeszcze jedną ciekawostkę – jest to miejsce, gdzie założono pierwszą europejską osadę na zachodnim brzegu Ameryki. Początkowo istniał tu tylko hiszpański fort, presidio, wybudowany w 1769 roku. Osada zaczęła się prężnie rozwijać po uzyskaniu przez Meksyk niepodległości w 1821 roku. Dzisiaj możemy oglądać odrestaurowane budynki adobe (zbudowane z suszonej cegły składającej się głównie z gliny i słomy), a także domy z wczesnego okresu amerykańskiego (Kalifornia została włączona do Unii w 1850 roku).
Przechadzając się po historycznych uliczkach starego miasta (old town), z łatwością zapomina się o zgiełku metropolii. To zupełnie inny świat, jakby przeniesiony dwieście lat wstecz. Nawet osoby, które tu pracują, poprzebierane są w kostiumy z tamtej epoki. Widzimy siedzibę gubernatora i obszerne rezydencje prominentnych mieszkańców, hotel Cosmopolitan, stajnię i powozownię, stylowy sklepik, w którym kupisz wszystko, od buffalo jerky i tabaki po mąkę i landrynki. Pośrodku old town mieści się plaza, duży plac, gdzie kwitło życie towarzyskie, a za meksykańskich czasów odbywały się fiesty, walki kogutów i rodeo.
W San Diego znajduje się również pierwsza franciszkańska misja. Misje miały decydujące znaczenie w kolonizacji Kalifornii. Było ich 21 i rozmieszczono je w odległości jednodniowej podróży. Ostatnia w łańcuchu wybudowana została na północ od San Francisco. W Kaliforni są one najstarszymi zabytkami, mającymi, no cóż, tylko trochę ponad 200 lat, ale dla miłośników historii i zabytków sakralnych są zdecydowanie warte zobaczenia.

Miasto jest wspaniałym punktem wypadowym, praktycznie w cztery strony świata. Do centrum Los Angeles dostaniesz się w niecałe 2 godziny. Do Las Vegas zajedziesz w 5-6. A do spektakularnego Wielkiego Kanionu, parków Zion, Bryce i Monument Valley dojedziesz praktycznie w ciągu dnia. Na południu, po meksykańskiej stronie granicy, znajduje się 1000-kilometrowy pas Baja California. Natomiast jeśli fascynuje Cię… oceaniczne wędkowanie, możesz zawsze pozostać w San Diego, wskoczyć na kuter i wypłynąć na wielką wodę po grubą rybę. Tuńczyk prawie zawsze bierze.
Latem, podczas gdy cały ten region Stanów Zjednoczonych smaży się w gorącym pustynnym słońcu, znad oceanu w San Diego nieustannie wieje przyjemnie chłodząca bryza. Lepiej więc zostać na miejscu. Nie bez powodu nazwano to miasto najwspanialszym w Ameryce.
Małgorzata Jarzembowska

















