Jacek Poniedziałek – Cały Czas Muszę Walczyć

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kinga Burzyńska: Nie wiem, jak to się stało, że przez cztery lata, odkąd prowadzę ten program, Jacek Poniedziałek bywał w Anywhere, ale nie ze mną. Nie miałam przyjemności z tobą porozmawiać – i to moja wina.

Jacek Poniedziałek: Unikałem cię, jak mogłem. (śmiech)

Kinga Burzyńska: Ale się nie udało. Bardzo miło było, gdy zadzwoniłam do ciebie, a ty powiedziałeś, że lubisz do nas przychodzić, bo panuje dobra atmosfera i jest kolorowo.

Jacek Poniedziałek: I można się wygadać.

Kinga Burzyńska: Za nami wisi zdjęcie sprzed kilku lat. Powiedziałeś mi przez telefon przed rozmową: „to już nie ja”. To było bardzo interesujące.

Jacek Poniedziałek: Raczej ze skromności. Chciałbym być młodszy, a już nie jestem. W pewnym momencie starszy człowiek zauważa, jak szybko postępują zmiany. A u takiej osoby panicznej jak ja…

Kinga Burzyńska: Naprawdę się tego boisz?

Jacek Poniedziałek: Boję się starości. A najbardziej niedołęstwa. Nie samego wyglądu – choć to też ma znaczenie – ale tego, że czegoś nie dam rady. Niedawno miałem artroskopię, bo mam krzywe nogi. 

Kinga Burzyńska: Zaczęliśmy rozmawiać o chorobach, więc chyba nadszedł ten moment…

Jacek Poniedziałek: W gruncie rzeczy to rozmowa o zdrowiu – o jego pozytywnych i negatywnych aspektach, także w kontekście sportu. Dużo biegam, dużo się ruszam. W wakacje biegałem nie na bieżni, lecz po Toskanii – to moje drugie miejsce na świecie. I nabawiłem się kontuzji kolana, co się skończyło odbytym niedawno zabiegiem. I już znowu jest dobrze.

Kinga Burzyńska: Czyli póki co nie ma niedołęstwa.

Jacek Poniedziałek: Nie ma. Ale zanim udało się zrobić zabieg, przez kilka miesięcy nie mogłem się ruszać. Nie mogłem biegać, jeździć na rowerze, chodzić na orbitreku czy pływać – a to jest dla mnie bardzo ważne. 

Kinga Burzyńska: Jesteś niecierpliwy? Wkurzało cię to?

Jacek Poniedziałek: Nawet nie, bo byłem zajęty i wiedziałem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Ale generalnie, jeśli czegoś nie mogę, to jest to bolesne. Nic oryginalnego – chyba każdy tak ma.

Kinga Burzyńska: Nie wiem, to zależy od ambicji człowieka.

Jacek Poniedziałek: Chcę być szczupły, sprawny, młody, piękny, bogaty, dowcipny…

Kinga Burzyńska: Czego jeszcze nie masz? Wszystko masz. A propos wieku i urodzin – kiedy się urodziłeś?

Jacek Poniedziałek: 6 sierpnia.

Kinga Burzyńska: Ja też 6 sierpnia. Czyli jesteśmy lwami.

Jacek Poniedziałek: Ale Ty akurat ładnych parę lat po mnie.

Kinga Burzyńska: Nie aż tak wiele. Jeśli chodzi o ciało i sprawność – kiedy przychodzę do waszego teatru, mam wrażenie, że jesteście bardzo sprawni fizycznie. Praca aktora to przecież praca ciałem, trzeba mieć sprawny organizm. Wiem, że uprawiasz sport – pływasz, jeździsz, biegasz – ale mam poczucie, że ten zawód wręcz wymusza na tobie bycie w formie.

Jacek Poniedziałek: Chodzę często do teatru i kina i widzę, że nie wszyscy są tak sprawni. Czasem z niesprawności czy „misiowatości” robi się wręcz atut. I trochę zazdroszczę tym aktorom. Zazdroszczę im wolności – braku tego wewnętrznego sędziego, który mówi: „musisz wyglądać tak, musisz być sprawny, musisz to umieć, musisz stanąć na głowie…”. Bo ja właściwie cały czas staję na głowie. Na rękach już trochę się boję, ale na głowie jeszcze staję. Ćwiczę jogę i różne inne rzeczy, bo wciąż sobie powtarzam: musisz, musisz, musisz. A są aktorzy, którzy mają w sobie święty spokój i wolność. Choć oczywiście organizm bez ruchu szybciej poddaje się chorobom – nikomu tego nie życzę.

Kinga Burzyńska: W waszym zespole widać ogromną dyscyplinę. Wszyscy zdrowi, wszyscy wysportowani. Patrzy się na was i myśli: ile wy nad tym pracujecie.

Jacek Poniedziałek: Może dlatego w Nowym Teatrze jest tak mało młodych aktorów – tak kurczowo my sami trzymamy się młodości. 

Kinga Burzyńska: Przecież wy cały czas jesteście młodzi. A może to kwestia strachu? To, moim zdaniem, najlepszy zespół teatralny w kraju, więc może po prostu nie chcecie młodych? (śmiech)

Jacek Poniedziałek: Chcemy. Nasz pryncypał artystyczny, Krzysztof Warlikowski, przez lata nie chciał przyjmować młodych ludzi, ale to się zmienia. Po pierwsze – będą przyjmowani. Po drugie – brakuje nam osób do obsadzenia wielu ról. Nie wszystko w literaturze jest napisane dla osób w wieku 40, 50 czy 60+.
Teraz mamy wznowić „Anioły w Ameryce”, które miały premierę w 2007 roku. Kłócimy się z Krzysztofem, że my – umownie mówiąc – pięćdziesięcio- czy sześćdziesięciolatkowie, nie powinniśmy już obsługiwać miłosnych perypetii. Trochę nam wstyd.

Kinga Burzyńska: To trochę jak w szkole teatralnej, gdy młodzi grają dziadków.

Jacek Poniedziałek: Jest w tym też aspekt estetyczny. Widziałem nagranie swojego dyplomu z 1990 roku. Krystian Lupa zrobił z nami spektakl w Krakowie, „Szkice z Człowieka bez właściwości”, na podstawie prozy Roberta Musila. Byliśmy tak piękni, tak naiwni, pełni pasji. Może nie do końca rozumieliśmy, o czym mówimy – to bardzo filozoficzna książka – ale to schodziło na dalszy plan. Na młode twarze patrzy się z większą radością. To nie kwestia urody, lecz pewnej dziewiczej otwartości i czystości.

A kiedy ma się już kilka lat na karku, ma się też swoje historie – coś się nabroiło, coś skłamało, coś przeżyło. To zmienia rysy twarzy. Uśmiech nie jest już w pełni szczery. Dzieci śmieją się bezbronnie i czysto. My często cwaniakujemy. Coś ukrywamy. Uśmiechamy się, choć nie mamy na to ochoty, bo wypada być miłym – zawodowo i towarzysko.

Kinga Burzyńska: Ale ty chyba nie uśmiechasz się na siłę?

Jacek Poniedziałek: Mówię, co myślę – niestety. Ale oczywiście jestem zafałszowany jak wszyscy. Tyle że jestem trochę wariatem, trochę nieokiełznanym. Czasem coś po prostu palnę.

Kinga Burzyńska: Ja lubię, jak coś palniesz.

Jacek Poniedziałek: Dzisiaj na próbie coś palnąłem, a potem jechałem tutaj z duszą na ramieniu i myślałem: „po co ja to powiedziałem?”.

Kinga Burzyńska: Ale nie sprawiłeś nikomu przykrości?

Jacek Poniedziałek: W zapale tworzenia roli – to główna rola w spektaklu „Pulverkopf”, nowym przedstawieniu Katarzyny Kalwat – coś palnąłem.

„Pulverkopf” to gigantyczna powieść Edwarda Pasewicza – kompozytora, poety i prozaika. Oparta na autentycznych wydarzeniach historycznych, ale i osobistej biografii autora. Akcja rozpięta jest na wiele pokoleń: od przedwojnia, przez wojnę i powojnie, lata 90. i dwutysięczne, aż po współczesność. To piękny, bardzo skomplikowany, cudowny, ale trudny tekst. W ferworze pracy, niemal w trakcie mówienia swojej kwestii, powiedziałem coś koleżance – i teraz tego żałuję. Ona to zauważyła.

Z jednej strony Carl Jung mówi, że nie należy tłumić swoich prawdziwych nastrojów, uczuć i myśli. Ale z drugiej – ten sam Jung radzi, by pierwszą reakcję zachować dla siebie. Bo ta pierwsza reakcja może być trudnym potem do zrealizowania zobowiązaniem. 

Kinga Burzyńska: Ja się tego nauczyłam przez lata pracy jako dziennikarka – asertywności.

Jacek Poniedziałek: Ludzie walczą o swoje sprawy – i ja to rozumiem. Nawet jeśli powiesz niepewnie, że pomożesz, a potem się nie odzywasz, oni się przypomną. Bo wszyscy walczymy o siebie.

Kinga Burzyńska: My też kiedyś tacy byliśmy.

Jacek Poniedziałek: Ja cały czas muszę walczyć.

Kinga Burzyńska: Cały czas? O co?

Jacek Poniedziałek: O ciekawe role. W teatrze nie, ale w kinie – tak. Bywa, że jesteś zapraszany na castingi czy do obsad, a potem nagle coś się urywa. Teraz mam taki moment, że zagrałem coś dla Netflixa – premiera dopiero za rok. Rola średniej wielkości. Ostatnio większe role miałem w „Anieli” czy w „Udarze”. A teraz pojawiają się mniejsze propozycje albo nie ma ich wcale. I muszę to z pokorą znieść.

Niedawno wygrałem casting z jednym aktorem, a z innym przegrałem – o bardzo dużą rolę jednego z bohaterów naszej zbiorowej świadomości narodowej. Nie mogę powiedzieć, kogo. Byłem bardzo blisko. To duża, międzynarodowa produkcja. Andrzej Chyra ze mną wygrał.

Kinga Burzyńska: Czyli to jednak ciągła walka. Ale zagrałeś w bardzo dobrym serialu „Piekło kobiet”. To świetna produkcja – wyprodukowana przez Ewę Puszczyńską, laureatkę Oscara, a wyreżyserowana przez Annę Maliszewską. Serial opowiada o tym, jak traktowano kobiety w latach 30.

Jacek Poniedziałek: I jak są traktowane do dziś. Mówimy o prawie do decydowania o własnym ciele, o tym, że kobieta bywa postrzegana jako własność mężczyzny, jak przedmiot. W obyczajowości tamtych czasów – i w niektórych środowiskach także dziś – naturalne było przekonanie, że kobieta jest „przy mężu”.

Tytuł nawiązuje też do broszur Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który już w międzywojniu pisał o prawie kobiet do decydowania o sobie. W kwestii aborcji na przykład dyskusja była wtedy bardzo zażarta – padały argumenty siłowe, zastraszenia, pobicia, a nawet morderstwa.

Kinga Burzyńska: Ten wątek jest w serialu mocno zaznaczony. Twoja postać jest ważna i dość kontrowersyjna.

Jacek Poniedziałek: Tak, gram lekarza ginekologa. Wszyscy koledzy zagrali fantastycznie – wybitna rola Agaty Turkot. Grają też Mateusz Damięcki, Borys Szyc, Piotr Trojan, Jacek Beler…

Kinga Burzyńska: I wspaniała Katarzyna Herman.

Jacek Poniedziałek: Tak, rewelacyjna rola. Serial jest bardzo atrakcyjny i nieoczywisty. Widzę w nim inspiracje fenomenalnym niemieckim serialem „Babylon Berlin” – jednym z najlepszych, jakie powstały o tamtej epoce. Podobne jest współczesne podejście do obyczajowości, tańca czy muzyki, która choć czerpie z wzorców tamtej epoki, często przekształca się w elektroniczną i bardzo dzisiejszą. Muzycznie o tę produkcję zadbał Wojciech Urbański, znakomity kompozytor i producent. Ogląda się to tak, jakby działo się dziś. Bo w pewnym sensie rzeczywiście dzieje się dziś.

Kinga Burzyńska: I to jest niestety bardzo smutne. Ale inscenizacyjnie, aktorsko, scenograficznie…

Jacek Poniedziałek: Wszystko jest dopracowane. Od dawna nie mamy się czego wstydzić w polskich produkcjach, już choćby „Heweliusz” był taką kropką nad i. Duże produkcje z rozmachem, z imponującą inscenizacją, rozbudowaną obsadą, zapierającymi dech scenami zbiorowymi, fenomenalnymi kostiumami i muzyką mamy już od jakiegoś czasu, ale to kolejny serial, który to potwierdza. 

Tu muszę też wspomnieć o Hubercie Miłkowskim. Trudno oko od niego oderwać. Zresztą właściwie każdy aktor i każda aktorka tam to strzał w dziesiątkę. Jest też bardzo dużo osób, których nazwisk jeszcze nie znam, ale widać, ile mamy dziś fenomenalnych młodych aktorek i aktorów. Jak się teraz mówi – osób aktorskich. Słyszałaś kiedyś określenie: „osoby aktorskie socjalizowane do ról męskich”?

Kinga Burzyńska: Nie, nie znam tego. 

Jacek Poniedziałek: Jedna z koordynatorek intymności powiedziała kiedyś, że pracowała z osobami aktorskimi socjalizowanymi do ról męskich. Pytam: z kim? A ona powtarza to samo. Mówię: czyli z aktorami? Tak. (śmiech)

Ale wracając do sedna – szkoły aktorskie… Nie wiem, czy zmieniła się atmosfera, podejście czy materiał, który się studiuje, ale wychodzi z nich naprawdę wielu znakomitych artystów.

Kinga Burzyńska: Myślę, że w szkołach bardzo dużo się zmieniło. Mam przyjemność współpracować ze szkołą filmową w Łodzi i w Krakowie. Widać nowe podejście, wymianę kadry, chęć rozwoju, otwartość na nowe technologie. To bardzo wpłynęło na młodych ludzi. Oni też bardzo chcą.

Jacek Poniedziałek: I są bardzo odważni.

Kinga Burzyńska: I nie mają kompleksów.

Jacek Poniedziałek: Moje pokolenie wychowywało się w czasach, gdy tych kompleksów było sporo – wynikających z biedy, z zahukania, z izolacji.

Kinga Burzyńska: Także z wychowania. Nie masz takiego poczucia?

Jacek Poniedziałek: Ja się właściwie sam wychowywałem – na szczęście.

Kinga Burzyńska: Jak to: sam się wychowywałeś?

Jacek Poniedziałek: Sam, bo nikt nie miał czasu. Tata zmarł, gdy miałem cztery lata, a mama była bardzo zapracowaną robotnicą, samotnie wychowującą czwórkę dzieci. Nie miała czasu – i nie mówię tego, żeby się skarżyć. Jakoś sobie poradziłem, ale rzeczywiście wychowywałem się na podwórku. A kompleksy były ogromne – wynikały z odcięcia od świata, braku wymiany myśli, treści, innych narracji, innego podejścia do obyczajowości, do ubioru, do tego, jak można wyglądać. Wszystko było dość sztywne, skodyfikowane – co jest męskie, co żeńskie. Z kolczykiem w PRL-u nie mógłbym chodzić, bo dostałbym po głowie.

Ale wracając do pokolenia Z, bo to jest teraz ciekawe – u Kasi Kalwat na próbach są młode osoby. Jest na przykład Karolina Rzepa, która zagrała jedną z głównych ról w filmie „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” w reżyserii Emi Buchwald. Karolina zapytała mnie, jak podobał mi się film. Widziałem go i powiedziałem, że jest naprawdę dobry, wszystko jest w nim na swoim miejscu, ale mam poczucie – choć Karolina akurat nie jest zetką – że ich pokolenie przeszło przez doświadczenie #MeToo, przez atmosferę lęku, przez medialne nagłaśnienie tego, co działo się w teatrach i szkołach teatralnych. Moim zdaniem ten problem potwornie wyolbrzymiono, ale mam też wrażenie, że część bardzo młodych osób ze środowiska aktorskiego wystudziła swoje emocje.

Kinga Burzyńska: Właśnie to chciałam powiedzieć. Dla mnie ten film też jest wystudzony.

Jacek Poniedziałek: Wystudzony i wystylizowany. Brakuje mi w nim zgrzytu czy zwrotu akcji, wyraźnego punktu kulminacyjnego. Może poza sceną pożaru w pracowni, gdzie ma się odbyć wystawa bohaterki granej przez Karolinę – tam rzeczywiście wydarza się coś traumatycznego, z czym bohaterka musi się skonfrontować. Ale poza tym wszystko jest dość… homeopatyczne. To ładny film, bardzo dobre kino, ale – szczerze mówiąc – mnie nie dotyka. Nie uruchamia we mnie emocji. A jest bardzo nagradzany, ma wiele nominacji do Orłów.

Kinga Burzyńska: Najwięcej miał chyba „Dom dobry”, potem „Ministranci”, a „Nie ma duchów” też sporo – bodaj osiem nominacji.

Jacek Poniedziałek: Ale cieszmy się, bo to młode kino, młodzi ludzie. To przecież debiut Emi Buchwald. I film niskobudżetowy, wyprodukowany przez Studio Munka. Chwała im za to, że tworzą takie projekty i dają młodym szansę.

Kinga Burzyńska: Bo oni mają swój język.

Jacek Poniedziałek: Tak, inny. A u nas wciąż duże pieniądze trafiają głównie do reżyserów z dużym bagażem doświadczeń. Nie ryzykuje się – mało inwestuje w rzeczy odważne, zupełnie nowe, jeszcze nierozpoznane, które pobudzają ciekawość.

Kinga Burzyńska: Ale tu wchodzimy w inny temat. Muszą być ludzie i instytucje, które to wyczują – a to już rozmowa o Polskim Instytucie Sztuki Filmowej i całym systemie. Powiedziałeś wcześniej o waszym teatrze. Pretekstem naszego spotkania jest też „Europa”, którą przetłumaczyłeś. Pomyślałam, że w 2005 roku był „Krum” – ostatni spektakl Krzysztof Warlikowski oparty na jednej sztuce. Minęło ponad dwadzieścia lat. Potem były już – przepraszam za określenie – składanki. „Kruma” też tłumaczyłeś. Czy rozmawialiście o tym z Krzysztofem? Dlaczego w ogóle sięgnął po ten tekst? Dlaczego przyszedł do ciebie i powiedział: „Jacek, przetłumacz to”?

Jacek Poniedziałek: Tak, powiedział mi to w sierpniu, kilka tygodni przed rozpoczęciem prób, która zaczęły się w październiku. Sztuka jest krótka, więc przetłumaczyłem ją w trzy tygodnie.

Kinga Burzyńska: To typowe dla Krzysztofa? Przychodzi i mówi: „Jacek, przetłumacz, masz trzy tygodnie”?

Jacek Poniedziałek: On raczej mówi: „Kiedy zdążysz, wtedy będzie”. Ale musiałem zrobić to szybko, bo miałem już kolejny projekt, dużo tekstu do nauki i zaczynałem pracę nad „Pulverkopfem”. W międzyczasie realizowałem też gościnny projekt w Krakowie. Powód był prosty – zmiana dyrekcji w teatrze. 1 września dyrektorem naczelnym został Michał Merczyński. Wcześniej przez kilka tygodni rozmawiał z Krzyśkiem o tym, co będzie dalej. W napiętym, międzynarodowym kalendarzu Krzysztofa Warlikowskiego – opera w Monachium, w Paryżu, we Włoszech, Austrii czy Szwajcarii – nagle pojawiło się kilka wolnych miesięcy. Mamy nowego dyrektora naczelnego, o którego bardzo walczyliśmy. To ktoś, kogo znamy jeszcze z czasów TR Warszawa, założyciel Ninateki i Malta Festival Poznań. Kompetentny człowiek, ale też ktoś, kto kocha ludzi teatru, kina i muzyki. Krzysiek chciał więc wyraźnie wesprzeć nową dyrekcję i dać nam wszystkim nowe otwarcie.

To pierwszy od wielu lat spektakl Krzysztofa w Polsce, w którym nie gram. Trochę mi było przykro, ale i tak nie mógłbym wystąpić – zobowiązałem się do pracy w Krakowie. Poza tym nie było tam dla mnie roli. Obsada jest bardzo mała: sześciu aktorów i jeden performer, tancerz. Krótki okres prób – dwa miesiące, premiera i gotowe. Dlatego trzeba było działać szybko. Część wakacji spędziłem, tłumacząc tekst w moim małym, toskańskim raju. Zamiast patrzeć na pinie i wzgórza, siedziałem przy komputerze. Ale dobrze mi się tłumaczyło. Lubię takie teksty – zahaczające o tragedię grecką, o obszary psychoterapii. To wszystko dotyka tego, w czym dziś tkwimy: żyjemy spokojnie w Polsce, a kilkaset kilometrów stąd ludzie codziennie giną. Rozmawiamy przy kawie i…

Kinga Burzyńska: …nie bierzemy za to odpowiedzialności. Spektakl stawia pytanie: czy jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy? Czy jesteśmy winni? W niektórych recenzjach pojawiały się opinie, że to tekst stworzony wprost dla Warlikowskiego – z tym osadzeniem w antyku. Ja to uwielbiam. Uwielbiam odnajdywać te tropy, dopowiadać je sobie, zanurzać się w tej warstwie.

Mówisz, że dobrze ci się tłumaczyło. Jak właściwie pracujesz? Nigdy wcześniej nie miałam okazji zapytać cię o te tłumaczenia, a przecież to już pewnie kilkadziesiąt tekstów. Wiem, że to najprostsze pytanie, ale zawsze mnie to fascynuje.

Jacek Poniedziałek: Dużo, bardzo dużo. Jest też proza, ale w większości to dramaty, sztuki teatralne. Przede wszystkim muszę mieć książkę w papierze. Muszę ją trzymać w ręku. Zupełnie inaczej tłumaczy się z pliku. Kiedy tekst jest online albo w PDF-ie, trzeba dzielić ekran albo ciągle przeskakiwać między oknami, to bardzo męczące. Opieram więc książkę o monitor i zdanie po zdaniu tłumaczę. Oczywiście wcześniej czytam całą sztukę, czasem nawet kilka razy. To bardzo ważne.

Jeśli czegoś nie rozumiem, zaglądam do słowników. Gdy mam większy problem, wtedy korzystam z AI. Choć ona czasem potrafi wypluć kompletne bzdury. I bywa że się myli. A jeśli nie ma już żadnego innego sposobu, żeby dowiedzieć się, o co chodzi – na przykład przy jakimś turbo rzadkim idiomie – wtedy dzwonię do zaprzyjaźnionej native speakerki z Krakowa, Amerykanki, i ona mi pomaga. Ustalam sobie rytm – w zależności od tego, czy gram spektakle, mam próby albo zdjęcia. Zwykle tłumaczę od dwóch do sześciu godzin dziennie. W takim tempie w miesiąc można przetłumaczyć nawet obszerną rzecz.

Kinga Burzyńska: Zaskoczyło mnie to z papierową książką. Myślałam, że masz jakieś specjalne oprogramowanie, że tłumaczysz w jakimś systemie.

Jacek Poniedziałek: Jest mnóstwo narzędzi, ale każde ma swoje ograniczenia. Prędzej czy później to widać.

Kinga Burzyńska: A jak uczyłeś się języków obcych? To przecież nie było oczywiste w tamtych czasach.

Jacek Poniedziałek: W podstawówce nie miałem angielskiego, ale w technikum już tak – to była jeszcze głęboka komuna. Trafiłem na świetną nauczycielkę. 

Bardzo inspirowała mnie też znajomość z Korą Jackowską. Świetnie mówiła po angielsku, śpiewała w tym języku, nagrała tak w latach 80. kilka płyt, między innymi Lipstick on the Glass, wydaną przez RCA Records. To był wtedy ewenement. W jej otoczeniu pojawiali się ludzie z całego świata, rozmawiali po angielsku, a ja – niewiele rozumiejąc – próbowałem się w tym odnaleźć. To mnie inspirowało.

Słuchałem też Programu Trzeciego Polskiego Radia, słynnej „Listy Przebojów”. Marek Niedźwiecki czasem tłumaczył nie tylko tytuły, ale całe fragmenty piosenek. Zapisywałem sobie słówka w zeszycie – często z błędami.

W szkole teatralnej angielski był już na wyższym poziomie. Potem chodziłem na prywatne kursy, a w końcu szkoła wysłała mnie do Oksfordu na program letni „Midsummer in Oxford Programme”. Miałem wtedy dwadzieścia parę lat i zostałem wrzucony na głęboką wodę. Angielski, którego uczyłem się w Polsce, nie miał nic wspólnego z tym, jak mówiło się tam – zwłaszcza że pracowałem nad Szekspirem.

Mam duży zasób słów i dobrą pamięć. Ale jeśli chodzi o tłumaczenie ze słuchu – nie podjąłbym się tego. Mam problem z natychmiastowym rozumieniem słów. Jeżeli jest to amerykański angielski, to jeszcze ok, ale brytyjskiego angielskiego czasem nie rozumiem. Jestem więc tłumaczem w jedną stronę – z angielskiego na polski – i tylko z tekstu pisanego.

Kinga Burzyńska: Pamiętasz, co pierwszego przetłumaczyłeś i dlaczego w ogóle? Kto cię do tego namówił?

Jacek Poniedziałek: To byli „Oczyszczeni”. Przekonała nas – już dziś nieżyjąca – Krystyna Meissner, wieloletnia dyrektorka Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Dialog, związana z Wrocławskim Teatrem Współczesnym, przez chwilę dyrektorka Starego Teatru, a jeszcze wcześniej Teatru Horzycy w Toruniu. Wszędzie tam ją spotykałem. Kiedy w 1999 roku została dyrektorką teatru we Wrocławiu, zaproponowała Krzyśkowi, żeby zainscenizował sztukę Sarah Kane „Cleansed”. Krzysiek tłumaczył z francuskiego, ja z angielskiego, a potem stworzyliśmy wspólną wersję. Pani Meissner była tym przekładem zachwycona. Później pojawiały się kolejne propozycje – nie tylko od Krzysztofa Warlikowskiego, lecz też od innych reżyserek i reżyserów, dyrektorek i dyrektorów teatrów, producentek i producentów.

Kinga Burzyńska: A propos języka, muszę ci opowiedzieć historię. Profesor Miodońska-Brookes pokazywała nam kiedyś nagiego mężczyznę i mówiła, że to „osoba o nieukonstytuowanej konstrukcji kostiumologicznej”. Uczyła mnie antyku. Jako studentka teatrologii zdawałam u niej egzamin. Pamiętam, że była zawstydzona, kiedy widziała nagiego mężczyznę. Pięknie to nazwała.

Jacek Poniedziałek: To pokazuje pewien rodzaj purytanizmu czy hipokryzji. Mam wrażenie, że dziś bywa on większy niż kiedyś.

Kinga Burzyńska: To jest to, o czym mówiłeś, o wychłodzeniu ekspresji.

Jacek Poniedziałek: Tak. Oczywiście są kwestie prawne – podpisywanie różnych deklaracji przed rozpoczęciem produkcji, zgody na określone sceny. Zawsze odbywa się spotkanie z koordynatorem czy koordynatorką intymności i to jest dobre. To daje poczucie bezpieczeństwa. Mam jednak wrażenie, że zaczęliśmy się trochę samoograniczać. I nie chodzi tylko o atmosferę związaną z #MeToo czy ujawnianiem kolejnych skandali. To dobrze, że potworne rzeczy wychodzą na jaw, to nas leczy.

Z drugiej strony to także pokłosie ruchu JP2 i powrotu do tradycji oraz pewnego rodzaju „zdrowo pojętego” konserwatyzmu – nie oceniam tego, byle nie przeradzało się to w fanatyzm i hipokryzję. To nie mieści się w obrębie uprawiania sztuki. Jeśli artysta nie ma odwagi, nie wierzy w siebie, uważa się za gorszego i nie ma ego, to niech tego nie robi. Jeśli nie kocha siebie, jak ktoś inny ma go pokochać? To samo dotyczy autocenzury. Nie możemy dać się zapędzić w kozi róg poprawności – czy politycznej, czy jakiejkolwiek innej.

Kinga Burzyńska: Poprawność nigdy nie służyła tworzeniu.

Jacek Poniedziałek: Nigdy. To jak kaganiec, który sami sobie zakładamy. Smycz, knebel. Są rzeczy, których nie powiemy, których nie zrobimy. Nie mówię o naruszaniu czyjejś prywatności czy granic. Mówimy o uprawianiu sztuki.

Kinga Burzyńska: To teraz mam pytanie: czy ty czujesz się wolny u siebie w tej Toskanii?

Jacek Poniedziałek: Tak, ale w jakim sensie? Obyczajowym?

Kinga Burzyńska: W każdym. Mówisz, że czasami musisz się uśmiechnąć, bo wypada, że jesteś obserwowany, że musisz być „jakiś”. Czy Toskania jest miejscem, gdzie możesz być po prostu sobą? Odarty ze wszystkiego?

Jacek Poniedziałek: I przejść nago przez miasteczko? (śmiech) Włosi – jak każdy naród – mają wady, ale mają też coś niezwykłego: ogromny luz wobec tego, kto z kim i co robi. To ciekawe, bo to kraj katolicki. Przecież tam jest Stolica Apostolska, a włoski jest językiem Kościoła. Wielu ludzi deklaruje się jako osoby tego wyznania. A mimo to mają o wiele więcej luzu w podejściu do obyczajowości, seksualności, transgresji. I – co u nas może być dla artysty niebezpieczne – mają też wielką gotowość, nie tolerancję (bo tolerancja to znoszenie z trudem), lecz akceptację najbardziej szalonych pomysłów artystycznych.

Widać to choćby w modzie – w projektach takich marek jak Dolce & Gabbana czy Versace – w tej zmysłowości, podkreślaniu cielesności. Widać to w sztuce, w malarstwie, rzeźbie, w całym włoskim renesansie. W śmiałości architektury, w odwadze formy. Kiedy patrzysz na renesansowe budowle w Toskanii – czasem surowe, niemal bez okien – widzisz, jak wielką odwagę mieli twórcy, proponując nowe formy, nowe kształty i ujęcia człowieka, chociażby u Leonarda. Ciało nie jest tam tabu. Więc tak, czuję się tam wolny. Absolutnie wolny.

Pytają mnie, czy jestem już rentierem albo emerytem. Odpowiadam, że nigdy nie przejdę na emeryturę. Nie zamierzam przestać pracować. Chcę tam często mieszkać i zapraszać znajomych. W te wakacje odwiedziło mnie tam wielu przyjaciół. I jest tam taka postać, którą uwielbiam – starsza właścicielka restauracji. Niewysoka, energiczna. Gotuje, podaje, zarządza. A kiedy między miejscowymi chłopakami dochodzi do jakiegoś konfliktu, wychodzi z chochelką i robi porządek. I oni natychmiast się rozchodzą. Jest w tych ludziach coś rozczulającego – siła, bezczelność, a jednocześnie delikatność i ogromna wrażliwość na drugiego człowieka.

Kinga Burzyńska: I wszystko to jest proste, nienachalne, szczere. A nauczyłeś się już włoskiego?

Jacek Poniedziałek: Uczę się. To nie jest proste w moim wieku, ale uczę się.

Kinga Burzyńska: Zaczęliśmy od wieku i na wieku kończymy. „Europę” – choć pewnie nie ma już biletów – można oglądać w Nowym Teatrze. Nie zobaczą tam państwo Jacka Poniedziałka, ale go usłyszą. W innych spektaklach Nowego Teatru gra już osobiście. Pracuje też nad kolejną premierą: „Pulverkopf” w reżyserii Kasi Kalwat.

Jacek Poniedziałek: Tak, zapraszamy 9 kwietnia. 

Fot. Bartosz Maciejewski

Reklama

1 lipca 2026

Pacjenci potrzebują odpowiedzi na swoje pytania! Angelika Balbuza w rozmowie z doktor Magdaleną Jagiełło.