Julia Kamińska – Sięgam po Emocje

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Julia Kamińska: Piotrze, wczoraj wydarzyło się coś, czego kompletnie nie rozumiem. Dużo tworzę w życiu – nie tylko role, piszę też piosenki i scenariusze. Teraz jestem w takim procesie, że dostałam informację zwrotną z bardzo ważnej instytucji: jest szansa na finansowanie projektu, na którym strasznie mi zależy. Mam jednak tydzień na zmiany, które muszę wprowadzić. I o ile nigdy nie miałam problemu z prokrastynacją, tak wczoraj i przedwczoraj… robiłam wszystko, żeby do tego nie usiąść. Chodziłam naokoło, znajdowałam sobie mnóstwo zajęć, byle tylko nie zacząć pisać. To mnie tak denerwowało, że aż teraz czuję, jak mi się coś zakleszcza w gardle. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego mnie to spotkało akurat teraz, skoro nigdy wcześniej nie miałam z tym problemu.

Piotr Mosak: Rozwijamy się. Masz coraz więcej umiejętności, więc będziesz miała też coraz większą umiejętność prokrastynacji (śmiech). Mogą być dwa powody.

Pierwszy: jeśli masz w sobie prokrastynację, o której nie wiedziałaś, to rzeczy mogą ci przychodzić łatwo. Zdarza się tak, że dowiedziałaś się jakie poprawki trzeba wprowadzić i myślisz: „ja to mogę zrobić bez problemu”. Wtedy odkładasz to na ostatnią chwilę, żeby mieć to poczucie sukcesu: „zrobiłam to w pięć minut, jestem niesamowita”.

Drugi powód może być wewnętrzny i związany z jakością projektu. Ktoś chce, żebyś wprowadziła poprawki, na które nie masz wewnętrznej zgody. Że tam jest twoje clue, coś bardzo ważnego, a ktoś – żeby sfinansować projekt – chce właśnie to miejsce poprawić. Więc bojkotujesz.

Julia: Zupełnie nie. Zgadzam się z tą sugestią, która do mnie przyszła, i uważam, że ten projekt może być lepszy. Czy ja chcę być taka super, że poprawię to w pięć minut? Może… nie wiem. Trudno mi powiedzieć.

Piotr: Jest jeszcze reakcja fizjologiczna. Na przykład: dokończenie tego projektu kosztowało cię bardzo dużo wysiłku. Głowa nastawia się na komunikat, że to już koniec. I twój organizm mówi to samo. To tak, jakbyś dobiegła do mety, a wszyscy nagle mówią: „Julia, jeszcze sto metrów”. I wtedy zaczynają boleć mięśnie, pojawia się katar, ból gardła. Organizm dostaje informację, że to miało się już skończyć, a tu znowu trzeba iść dalej – wyżej, bardziej. Często jest tak, że wszyscy w firmie chorują, a ta jedna osoba z deadline’em nie. Oddaje projekt i… ląduje na tydzień w łóżku. Więc jeżeli masz reakcję fizjologiczną, to może być właśnie to. Albo wszystko naraz.

Julia: Mam nadzieję, że jak wrócę do domu, to wreszcie się uspokoję, jakoś otworzę i pójdę krok naprzód. Nigdy w życiu mi na niczym aż tak bardzo nie zależało. A to zjawisko, o którym powiedziałeś – że wirusy czekają na deadline – znam absolutnie. Ostatnio przygotowywałam się do drugiego w życiu półmaratonu i nie pobiegłam, bo dałam sobie cztery dni wolnego przed startem, żeby odpocząć. Mój organizm natychmiast wiedział, że teraz można się rozchorować. Wjechała gorączka, katar, kaszel. Stwierdziłam, że nie ma sensu się oszukiwać, mimo że miesiące przygotowań były dla mnie bardzo ważne i liczyłam na lepszy wynik niż rok wcześniej.

Piotr: Jest jeszcze jeden ważny aspekt: „bardzo mi zależy”. Kiedy naprawdę nam na czymś zależy, nadajemy temu ogromny priorytet i organizm przestaje działać naturalnie. Użyję porównania do seksu: mężczyzna, któremu bardzo zależy, czasem po prostu „nie może” – wysiada hydraulika. Tak bardzo mu zależy, że w głowie zaczynaja działać nie te obszary, które powinny. Podobnie jest na egzaminach. Wiemy wszystko, jesteśmy przygotowani, ale tak bardzo nam zależy, że pada pytanie i jest pustka. Przeciążenie powoduje wyłączenie.

Julia: Przypomniał mi się teraz egzamin na prawo jazdy. Zdałam za pierwszym razem, co było dla mnie zaskoczeniem. Na samym początku, jeszcze na placu, zgasł mi samochód na górce i byłam przekonana, że to już koniec.

Okazało się, że egzaminator mi to wybaczył. Zauważyłam jednak, że byłam tak zestresowana, że wszystkie emocje – z którymi przecież pracuję od lat – schowały się gdzieś w brzuchu. Na zewnątrz byłam zablokowana, bez dostępu do emocji. A w środku była burza: strasznie się pociłam, chciało mi się płakać. Zdałam, mimo tego błędu na samym początku. Ten błąd spowodował to pozorne wycofanie emocji, mimo że w środku było tornado. Zapomniałam o tym doświadczeniu.

Piotr: No właśnie – pracujesz z emocjami. Jak oddzielasz swoje emocje od roli?

Julia: Mam kilka sposobów. Jest też kwestia tego, że nie mam szkoły teatralnej, więc nie wiem dokładnie, jak robią to aktorzy z porządną podstawą zawodową. Ja w dużej mierze działałam całe życie na intuicji, ale spotkałam kilka osób, które pokazały mi pewne triki.

Kiedyś bardzo kurczowo się ich trzymałam żeby „wchodzić w postać”, cokolwiek to znaczy, żeby nią być, wszystko przepuszczać przez siebie. Ostatnio jednak staram się bardziej dbać o higienę emocjonalną. Używam takiego określenia, że „sięgam po emocje” – sięgam i staram się robić to technicznie. Czasami jednak łapię się na tym, że to nie wystarcza i że muszę podłożyć własne lęki, obawy, wspomnienia, żeby uzyskać efekt, o który mi chodzi: żeby się rozpłakać, odpowiednio rozedrgać. Bardzo nie lubię tego robić.

Piotr: Wiesz, co pomaga? Kiedy pracuje się nad rolą – wykładałem w szkole scenariuszy filmowych – trzeba poznać bohatera od początku do końca. Trzeba znać jego życie, a nie przypominać sobie własnego. Wiedzieć, co działo się u niego w podstawówce, czy był do komunii, jak traktowała go babcia i tak dalej. Wiedzieć nawet, na co umarł. Ta rola jest z pewnej części tego życia, które znasz na wylot.

Julia: Totalnie to rozumiem i sama próbowałam iść w tym kierunku. Natomiast kiedy pojawia się presja czasu, to nie zawsze działa. Często na planie filmowym czy serialowym – bo w teatrze jest inaczej, bardziej technicznie, przynajmniej dla mnie – kiedy pojawia się presja czasu, czeka sto osób, a ja nie jestem w stanie tego wykrzesać, trudno iść tą drogą, która jest oczywiście ciekawsza. Zakładam, że wtedy można odkrywać rzeczy, które nie są w nas, tylko w postaci, którą tworzymy. To jest fantastyczne, ale na to trzeba mieć odpowiednie warunki, a ja niestety nie zawsze je mam.

W wakacje kręciłam film – bardzo czekam na premierę, a zwłaszcza na pewne sceny. Bohaterce zawaliło się życie, ale ja podłożyłam sobie coś zupełnie innego – mój prywatny, ogromny lęk, bardzo aktualny dla mnie w tamtym momencie. Długo nie mogłam się z tego otrząsnąć. Dotykałam twarzy i mówiłam do siebie: „Julia, Julia”, żeby przypomnieć sobie, kim jestem. Problem polegał na tym, że moje ciało nie wiedziało, że to się nie wydarzyło. Byłam strasznie rozwibrowana, nieszczęśliwa w ciele, mimo że mózg wiedział, że to było zagrane, że to nieprawda. Musiałam to jednak poczuć, żeby cztery razy z rzędu się rozpłakać i „zdefragmentować”. Wiem, że to nie było higieniczne, ale byłam zadowolona z efektu – no i reżyser też. 

Piotr: W szkołach aktorskich jest bardzo dużo metod. Jako psycholog nie przepadam akurat za tym sposobem polegającym na „szukaniu w sobie”, bo jeżeli mamy ekstremalne emocje – ktoś odgrywa mordercę i ma znaleźć w sobie mordercę, to nie jest zdrowe psychicznie. Chodzi raczej o to, żeby – mówiąc brutalnie – tak „udać” mordercę, żeby był wiarygodny. Ja jako on, ale nie: „to jest moje”. Bo jeśli to jest moje, to ja wyląduję w psychiatryku. To ma być perfekcyjne udawanie. Jak agent, który potrafi żyć normalnie, mieć rodzinę, ale kiedy dostaje telefon, idzie i robi swoje. Tu chodzi o trzymanie roli w ryzach – wtedy jest wiarygodna. 

Mamy też aktorów, którzy w każdej roli są sobą. Widzimy, że Iksiński jest Iksińskim królem, Iksińskim mordercą, Iksińskim sprzedawcą. A my nie chcemy czegoś takiego. Chcemy czegoś żywego, prawdziwego, ale niekoniecznie, żeby aktor musiał być tą osobą.

Julia: Tak, oczywiście – są na to różne sposoby. Wszystko zależy od tego, jak rola jest napisana i jaki efekt chcemy osiągnąć. Można się inspirować, oglądać nagrania ludzi, słuchać, jak mówią, jak akcentują, jaki mają background, skąd pochodzą, jak wzrastali. To jest dużo pełniejsze i ciekawsze, ale na to też potrzeba czasu. 

Piotr: Przecież o Leonardzie DiCaprio mówi się, że przygotowując się do Co gryzie Gilberta Grapea spędził kilka miesięcy w ośrodku. Wyobrażam to sobie tak, że on nie „był” osobą z niepełnosprawnością, tylko składał tę postać z obserwacji kilkunastu różnych osób. Wybierał to, co było naturalne dla jego ciała. To było niewiarygodne. Wtedy jeszcze nie znaliśmy Leonarda – ja naprawdę myślałem, że to jest takie dziecko. Nie wierzyłem, że to zdrowy chłopak.

Julia: Tak, to były absolutne wyżyny. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam lepszą rolę.

Piotr: Jest też film Johnny o księdzu Kaczkowskim. Długo nie chciałem go oglądać, bo myślałem, że to będzie jakieś romansidło, laurka. Tymczasem aktor, który go gra, po prostu jest nim. Udaje go tak wiarygodnie: mówi jak on, zachowuje się jak on, ma problemy ze wzrokiem jak on. My naprawdę widzimy tego księdza.

Julia: Tego filmu akurat nie widziałam, bo generalnie obawiam się oglądania produkcji dotyczących osób bardzo poważanych i dodatkowo związanych z Kościołem. Często obawiam się wydźwięku, wynoszenia na piedestał. Mam za to pytanie: dlaczego tak łatwo jest nam tworzyć w traumie albo na podstawie trudnych doświadczeń, z którymi się nie pogodziliśmy?

Piotr: Bo wtedy nie żyjemy, tylko przeżywamy. A kiedy przeżywamy – bo ktoś nas rzucił, bo cierpimy, bo jest trudno – jesteśmy zamknięci w sobie. To wszystko się w nas kotłuje i w końcu się z nas wylewa. Nauczyliśmy się pisać przez te trzy tysiące lat: wylewać emocje i uczucia, miłość, tęsknotę czy żal. A kiedy jest dobrze, to idziemy na kawę, na spacer, do łóżka. Jest fajnie, więc nie ma potrzeby pisać. Czasem romanse i wiersze miłosne powstawały właśnie z tęsknoty: „nie widzę cię, tęsknię”. Ale kiedy jesteśmy razem to już nie piszemy, bo nie ma na to czasu. Tworzymy więc w bólu, cierpieniu, niedostatku, braku, potrzebie. Dziś mamy też potrzeby edukacyjne – ludzie tworzą programy szkoleniowe, bo chcą dzielić się wiedzą albo doświadczyły czegoś niefajnego i chcą to zmienić dla innych pokoleń. To też jest proces twórczy.

Julia: Większość tekstów na moją płytę Sublimacja napisałam właśnie z bardzo trudnych emocji. Dla mnie to było zamknięcie niezwykle trudnego etapu. Ale dopiero teraz, kiedy ten materiał jest już w internecie i wykonuję go na scenie, zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle było bezpieczne.

Piotr: No skąd. Obnażyłaś się. To był ekshibicjonizm. Naraziłaś się na opinie, na hejt, na to, że wszyscy wiedzą, że nie masz nic do ukrycia. Każdy ma swoje zdanie i każdy powie ci, co zrobiłaś źle, a co dobrze. Nie dostałaś czegoś takiego?

Julia: Jeżeli dostałam, to niewiele. Zrobiłam sobie pewną tarczę. Bo choć wszystkie teksty były podyktowane emocjami, to nie wszystkie są o mnie. To nie jest film dokumentalny, powołałam się na podmiot liryczny. Część opisuje moje zmagania z życiem, ale nie będę mówić które. Pewne piosenki w ogóle nie są o mnie.

Piotr: I wtedy zasłaniasz się – pięknie to nazwałaś – tarczą. Ktoś może nie chcieć cię hejtować, bo z którymś tekstem się utożsamia. Może pomyśleć, że to wcale nie jest o tobie, tylko o nim czy o niej. Kiedy mówimy, że coś nie jest wprost o nas, tylko oparte na kilku czy kilkunastu życiorysach, hejtu bywa mniej. Ludzie mogą się w tym odnaleźć: w jednym tekście, w jednej roli, w jednej postaci.

Julia: To zależy. Niektóre piosenki były bardzo wprost – dosadne, wulgarne. Często spotykałam się z opinią, że to do mnie nie pasuje, że „kto to widział”, że nie wolno używać takiego języka, szczególnie jak się jest dziewczyną.

Piotr: Karcenie.

Julia: Tak, ale w swoim pytaniu miałam na myśli trochę co innego. Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo oceny czy hejtu, ale kiedy to, co robimy, pełni funkcję terapeutycznie oczyszczającą, a kiedy – jak nazywała to moja babcia – „drepczemy w czarnej farbie”. Bo ja przez wiele miesięcy siedziałam w emocjach, które wydarzyły się dużo wcześniej, i z potrzeby serca rozgrzebywałam je na nowo.

Piotr: I to jest właśnie ta czarna farba – siedzenie i grzebanie w przeszłości. Oczyszczające jest natomiast nazwanie tego, podzielenie się i wyrzucenie z siebie, nawet w formie „do szuflady”. Najgorzej jest wtedy, kiedy drepczemy i ciągle tkwimy w przeszłości – myślami, sercem, ciałem – i nic z tym nie robimy. 

Samo nazwanie, powiedzenie na głos, ubranie tego w zdania przynosi ulgę. Myśli często są niezdefiniowane, niezwerbalizowane, kłębią się. A pierwsza pomoc psychologiczna polega właśnie na tym, żeby je zwerbalizować. Psycholog pyta: „Ale co dokładnie? Jakby pani to nazwała? Jakie zdanie by ułożyłaby pani, żeby opisać te emocje?”. I to już pomaga. Same słowa. A jeżeli jeszcze to wyrzucisz – napiszesz, powiesz, zaśpiewasz – to masz efekt oczyszczający. Pozbywasz się ciężaru ze środka. Nigdy tego nie zapomnisz, ale to przestaje działać. To jak szrama po wypadku: pamięć zostaje, ale już nie boli. Na tym tak naprawdę polega terapia. Często mówi się, że aktorzy robią sobie terapię swoimi rolami.

Julia: Dla mnie najbardziej terapeutycznym w procesie twórczym związanym z płytą był pierwszy koncert. Po raz pierwszy wyszłam na scenę z własnym tekstem, bardzo osobistym. Była jedna piosenka, która kosztowała mnie strasznie dużo. Miałam też rekwizyt, który kupiłam w bardzo trudnym momencie życia, żeby pamiętać o tym, w jakim miejscu wtedy byłam, i użyłam go na scenie.

Kiedy skończyłam śpiewać tę piosenkę, byłam przekonana, że będę musiała zejść za kulisy i już nie wrócę. Ale zostałam. Przeszłam do kolejnej piosenki. Najciekawsze było to, że kilka miesięcy później, gdy zaśpiewałam ją ponownie, było już inaczej. Jakbym wyrzuciła z siebie to, co było najtrudniejsze. Przestało mnie to ciągnąć w dół – nie czułam potrzeby ucieczki, nie chciało mi się płakać.

Piotr: To jest bardzo podobne do psychodramy, czyli pracy terapeutycznej opartej na odgrywaniu ról. Ćwiczymy coś, czego się boimy albo co jest przed nami. Na przykład młodzież w psychodramie uczy się odmawiania narkotyków czy alkoholu. Jeszcze się z tym nie spotkali, ale jeśli to przećwiczą, będzie im łatwiej odmówić. Ty zrobiłaś dokładnie to samo. To było przełamanie. Zaśpiewałaś pierwszy raz – emocjonalnie – i wyszło. Drugi raz już jest łatwiej. W zawodzie aktora potrzebna jest pewna bezwstydność, bo tak czy inaczej się obnażacie.

Julia: Tak, ale to jest akurat przyjemny rodzaj obnażania. Przynajmniej w większości przypadków. Czasem robię sobie takie próby – jeśli czegoś się boję, wyobrażam sobie tę sytuację i nawet piszę sobie scenariusz.

Piotr: Czyli robisz sobie psychodramę.

Julia: Dokładnie. Jestem z wykształcenia nauczycielką. Pisałam licencjat o metodzie dramy w nauczaniu języków obcych. Fajna praca, dostałam chyba cztery plus.

Piotr: Jesteś żywym dowodem na to, że działa. Zaufajmy specjalistom. Jeśli mamy naprawdę dobrych nauczycieli, którzy mówią do rodziców: „nie przeszkadzajcie, my sobie poradzimy”, to warto im zaufać. Zaufajmy ekspertom – ludziom, którzy są specjalistami w swojej dziedzinie.

Julia: Jestem ogromną fanką ufania specjalistom. Sama czuję się dość pewnie w swoich opiniach, ale bardzo lubię wspierać je wiedzą i zdaniem osób, które studiowały dany kierunek. Daje mi to poczucie względnej pewności w podejmowaniu życiowych wyborów i naprawdę polecam takie podejście.

Chciałam jednak zapytać cię jeszcze o jedną rzecz, związaną z edukacją. Dlaczego edukatorom artystycznym stosunkowo łatwo wybacza się przemocowe podejście – takie, które w przypadkach edukacji nieartystycznej nie byłoby akceptowane?

Piotr: Myślę, że wynika to z wielowiekowego przekonania, że artysta jest „z innej gliny”.  Że nie musi być – w cudzysłowie – normalny. Mamy w historii Michała Anioła, któremu buty wrastały w skórę gdy malował. Mamy poetów umierających na suchoty, bo nie dbali o jedzenie czy pieniądze, nie leczyli się czy muzyków, dla których pasja była najważniejsza. Nauczyliśmy się, że artysta działa w innej kategorii. W jego życie wpisane są szaleństwo, czasami przemoc. Nie interesowało nas jego życie codzienne — to, że jest okropny wobec dzieci czy bije żonę. Interesowało nas to, że pięknie tworzy, a jego dzieła mówią za niego.

Dziś jednak mamy dostęp do informacji i wiemy coraz więcej – o Romanie Polańskim, o Picassie i wielu innych. Nagle okazuje się, że to nie byli „fajni ludzie”. Starsze pokolenia często mówią: „nie interesuje mnie, kim był jako człowiek, ja chcę jego dzieła”. Tymczasem we współczesnym świecie takie podejście coraz częściej odbierane jest jako nieludzkie. Coraz trudniej oddzielać twórcę od jego życia prywatnego. Oczekujemy spójności – jeśli jesteś świetnym artystą czy artystką, to powinieneś też być dobrym człowiekiem, bo ktoś chce cię podziwiać i stawiać za wzór. Media sprawiają, że wszystko prędzej czy później wychodzi na jaw – zdjęcia z dzieciństwa, historie opowiadane przez sąsiadów. Artysta staje się normalnym człowiekiem. W starszych pokoleniach temu artyście się wybaczało. To się jednak zmienia. Coraz częściej odzywają się studenci szkół artystycznych, którzy mówią wprost, że nie zgadzają się na takie traktowanie. Okazuje się, że to funkcjonowało przez lata i są ofiary. Często dopiero wtedy, gdy młodzi ludzie czują się już bezpieczni zawodowo i finansowo, mają odwagę powiedzieć, że byli źle traktowani, że wykładowcy byli okropni.

Julia: W tym kontekście jedyną rzeczą, której naprawdę nie żałuję, jest to, że nie próbowałam dostać się do szkoły teatralnej. Myślę, że istniało realne ryzyko, że zostałabym potraktowana w sposób przemocowy i niesprawiedliwy – a na mojej „zwykłej” uczelni to mnie nie spotkało. Jestem za to ogromnie wdzięczna. Oczywiście czasem żałuję, że nie mam kierunkowego wykształcenia i zastanawiam się, czy moje życie potoczyłoby się inaczej. Ale z drugiej strony – czy potoczyło się źle? Nie.

Piotr: Ale masz jakieś pretensje do swoich kreacji? 

Julia: Nie. Mam trochę niedosyt repertuaru. Ja, jako aktorka bez dyplomu, raczej nie będę pracować w niektórych miejscach. 

Piotr: To załóż swoje! (śmiech)

Julia: Właśnie nad tym pracuję. Powoli docieram do tego momentu, że się odważyłam. To się zadziało po mojej płycie. To był taki bardzo ważny moment, kiedy otworzyłam się na to, ze mogę stworzyć coś sama, swój świat artystyczny. Dało mi to mnóstwo radości i pewności siebie. Teraz robię kolejny krok, więc zobaczymy gdzie mnie to zaprowadzi. 

Piotr: Szkoła aktorska jest szkołą zawodową. Jest tam sporo rzemieślników, ale i sporo artystów. Artysta myśli szerzej – tworzy, pisze, buduje własny teatr. Rzemieślnik idzie na casting. Też może być świetny, ale ty możesz mieć inne, szersze zdolności. Rób swoje i nie ograniczaj się.

Julia: Kiedyś Jan Jankowski, z którym współpracowałam w teatrze i mnóstwo się od niego nauczyłam zauważył, że przejmuje się – za bardzo jego zdaniem – pewnymi rzeczami związanymi z teatrem. I zawsze, gdy widział mnie w takiej sytuacji, mówił: „Z tego się nie strzela. To nie jest aż takie ważne. Ludzie mają się dobrze bawić, pośmiać, wzruszyć, ale to nie jest operacja na otwartym sercu”. To bardzo specyficzny rodzaj pracy – czasem trudny, czasem niezwykle przyjemny – ale nie zależy od niego czyjeś życie, więc ta odpowiedzialność nie jest aż tak duża.

Piotr: A jak radzisz sobie z tym, że w swojej pracy musisz być profesjonalna wobec autorytetów, które podziwiasz? Wiele osób, robiąc karierę – idąc do firmy, do biznesu – ma swoje guru. I pojawia się problem: jak być sobą, kiedy ten autorytet, ktoś, kogo podziwiam, spojrzy na mnie krzywo? Jak to zrobić? Poradź teraz wszystkim: bez względu na to, z jakim geniuszem pracuję, jak skupić się na sobie i pozostać sobą.

Julia: Wydaje mi się, że mam na to odpowiedź. Nie będę mówić, kto to był, ale miałam – właściwie nadal mam, bo bardzo podziwiam tę osobę do dziś – kogoś, kto wydawał mi się niedoścignionym wzorem. A potem ta osoba zrobiła coś, co mnie zszokowało, bo absolutnie się z tym nie zgadzałam. Osobiście.

Piotr: Czyli zrzuciłaś ją z piedestału.

Julia: Tak. Przez długi czas nie mogłam tego sobie poukładać w głowie. A potem pomyślałam, że do mnie też czasem piszą młode osoby, dla których ja jestem wzorem – i coś im się nie podoba w tym, co zrobiłam. Czyli wydarzyła się dokładnie ta sama sytuacja, którą ja sama wcześniej przeżyłam. I wtedy pomyślałam: no tak, każdy z nas jest inny, każdy jest człowiekiem, każdy ma swoją drogę, czasem popełnia błędy. I to jest zupełnie normalne.

Piotr: Czy taka sytuacja, kiedy zauważasz, że ideał sięga bruku (Norwidem mówiąc), nie jest dowodem na to, że dojrzewasz? Że masz swoje zdanie, swoją hierarchię wartości, swój kręgosłup moralny i nie musisz się ze wszystkim zgadzać? Czy to nie świadczy raczej – jeśli robimy to w kulturalny sposób, bez hejtu, bez transparentów – o pewnej dojrzałości zawodowej?

Julia: Na pewno tak. Daje to poczucie zakorzenienia – że wiem, co uważam za dobre, co za złe, co byłoby dla mnie błędem. Cudownie jest mieć osoby, które podziwiamy, ale dziś – mając prawie czterdzieści lat – myślę, że niebezpieczne byłoby trzymanie kogoś cały czas na piedestale i ślepe wpatrywanie się w tę osobę. Bo to jest tylko i aż człowiek. 

Piotr: Wtedy zaczynamy być wyznawcami, a zapominamy o sobie.Ale miałabyś odwagę napisać tej osobie: „Słuchaj, dobrze, że coś ci się we mnie nie podobało, to dla mnie cenna informacja, ale ja staram się być sobą”? I jednocześnie docenić, że ta osoba buduje własną tożsamość?

Julia: Absolutnie. Bardzo często piszę z osobami, które wysyłają do mnie wiadomości. Czasem odpowiadam nawet tym, którzy atakują mnie w sposób wulgarny czy agresywny. Robię to z ciekawości: kiedy to się zaczęło, co za tym stoi. Najczęściej, kiedy takie osoby dostają kulturalne pytanie i szacunek dla swojego zdania, są tak zaskoczone, że same zaczynają pisać kulturalnie. Uwielbiam ten moment. Różnie potem te rozmowy się kończą – czasami bywa wręcz niebezpiecznie – ale kilka razy udało mi się nie tyle kogoś do siebie przekonać…

Piotr: …ostudzić zapał nieprzyjemnych słów. 

Julia: Tak, a czasem nawet zyskać coś w rodzaju przekonania, że można ze mną rozmawiać, mimo że mamy kompletnie różne poglądy. I to jest w porządku. Jeśli nie będziemy ze sobą z szacunkiem rozmawiać, mimo skrajnie różnych poglądów, to nie ma żadnej szansy na jakikolwiek konsensus.

Piotr: A w twoim świecie artystycznym widzisz coś takiego, że zapomnieliśmy o rozmowie? Że zamiast: „Aha, ty uważasz tak, ja inaczej – ciekawe, skąd to się wzięło”? Czy w środowisku aktorskim czy muzycznym też dominuje ta postawa: „moja racja”?

Julia: Jest, bardzo często. Ale spotkałam też kilka osób otwartych na dialog i to było niezwykle ciekawe. Bo jeśli siedzimy tylko w swojej bańce, nie ma szans, żeby zrozumieć cokolwiek poza nią. Dopiero rozmowa z kimś spoza tej bańki coś nam daje. A nie będzie rozmowy, jeśli będziemy się obrażać albo próbować nawzajem poniżyć. Lubię czasem zrobić sobie taki trening: porozmawiać z kimś spoza mojej bańki i zastanowić się, jaka historia stoi za jego przekonaniami – nawet jeśli bardzo mnie one poruszają emocjonalnie. To wymaga wspięcia się na wyżyny…

Piotr: …akceptacji. Psycholog pracujący z ludźmi nie może oceniać ich poglądów. Musi powiedzieć: „Okej, pani żyje tak, pan żyje tak, pani ma takie poglądy, pan wyznaje taką religię – w czym mogę pomóc?”. Inaczej nie da się pracować.

Julia: Czy to przychodzi samoistnie? 

Piotr: Czasem są do tego predyspozycje. Ja chyba miałem to od zawsze – nigdy szczególnie nie interesowały mnie różnice. To był po prostu drugi człowiek. Ale faktycznie, przebywając w różnych środowiskach, możemy się tego nauczyć. Kiedy odpuścimy i zaczniemy akceptować, nasze życie staje się lepsze, tak jak życie ludzi wokół nas. Możemy więc mieć predyspozycje – to wynika pewnie z genów, wychowania, środowiska i wczesnych doświadczeń, ale obcując z pewnym światem możemy się nauczyć, że jednak to jest lepsze. 

Julia: To tym pięknym podsumowaniem zakończmy. Akceptacja jest najlepsza.

Fot. Bartosz Maciejewski

Reklama

External brain jako przewaga konkurencyjna w modzie

Ranita Sobańska w rozmowie z Barbarą Andrzejewską i Krystianem Cieleckim. Wspólnie rozkładamy na czynniki pierwsze jak połączenie strategii, produktu i AI wpływa na wyniki biznesowe. Mówimy o tym, dlaczego same pomysły nie wystarczą, jak poprawiać marżę i strukturę kolekcji oraz w jaki sposób wdrożenia AI mogą skracać czas decyzji i zwiększać efektywność organizacji.

Dla kogo Yoga Twarzy to będzie game changer? | Olga Szemley i Joanna Walaś

Dziś Joanna Walaś gości u nas Olgę Szemley – pionierkę jogi twarzy w Polsce i twórczyni Yogatwarzy – autorska metoda i Yogattractive (Jogatwarzy.com), jedynej metody jogi twarzy i automasażu w Polsce posiadającej certyfikat fizjoterapii, potwierdzonej 12 letnimi badaniami naukowymi nad kobiecymi rytuałami pielęgnacyjnymi na pięciu kontynentach oraz na Cambridge University.

Cena Sukcesu. Kiedy warto się zatrzymać? – Kamila Rowińska | Mentalne Espresso

W tej rozmowie Kamila Rowińska mówi bardzo szczerze o tym, dlaczego nie chciała być niewolnikiem własnego sukcesu, jak wygląda cena intensywnego życia zawodowego i co dzieje się wtedy, gdy człowiek zaczyna pytać siebie, czemu naprawdę chce poświęcić kolejną dekadę życia. Pojawia się też temat trudnego dzieciństwa, budowania sprawczości, kompensacji, pieniędzy, rodziny i tego, kim jesteśmy wtedy, kiedy zdejmie się z nas etykietę człowieka sukcesu. To rozmowa o dojrzałości, odwadze i o tym, że rozwój osobisty naprawdę opłaca się w każdym znaczeniu tego słowa.