Mary Pawłowska – Scena Daje mi Głos

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Alicja Pruszyńska: Dzień dobry. Moim gościem jest dziś Mary Pawłowska, debiutująca na wielkim ekranie w filmie „Wielka warszawska”. Powiedz, czy miejsce, w którym teraz jesteś – zawodowo – to coś, o czym marzyłaś? 

Mary Pawłowska: Myślę, że nawet nie miałam śmiałości marzyć o tym na tak wczesnym etapie. Nigdy bym się nie spodziewała, że trafię tu jeszcze w trakcie kończenia szkoły. To wszystko trochę przerasta moje marzenia, ale jest przepiękne. Jestem ogromnie wdzięczna, że mogę tu być. 

Twój debiut jest naprawdę wyjątkowy. Opowiedz proszę o swojej bohaterce, Ewie — przyjaciółce głównego bohatera, Krzyśka. Jak byś ją opisała? 


Reklama

Ewa ma swoje marzenia i jest w nich wytrwała, ale też świadoma tego, że jest zależna od ludzi, którzy ją otaczają. 

Wspomniałaś o trudnościach kobiet — w filmie widać to także z perspektywy mężczyzn. Sceny w szatni są bardzo mocne. A co dopiero pomyśleć o młodych, ambitnych dziewczynach, które chciały startować. Jak przygotowywałaś się do tej roli? Myślałaś o tym, żeby podkreślić kobiecą perspektywę? Jest tam przecież scena, w której się buntujesz. 

Tak, jest taka scena. Zastanawiałam się, czy będzie w ogóle przestrzeń, żeby opowiedzieć o tym szerzej. Ale myślę, że to po prostu jest wpisane w moją bohaterkę – w Ewie widać tę potrzebę walki. Ona nie czuje się ani trochę gorsza od mężczyzn. Wie, że mogłaby galopować po torze i brać udział w wyścigu. Tylko że to jeszcze nie jest jej czas i nie to miejsce. 

A jeśli chodzi o casting — jak to się właściwie zaczęło? Jak trafiłaś do tego projektu? 

Casting obiegł całą szkołę – byłam wtedy na drugim roku Akademii Teatralnej. Wszyscy nagrywali się do Wielkiej Warszawskiej, a mnie ten casting jakoś ominął. Zapytałam więc agentki, czy jest jeszcze szansa, żeby się dograć. Powiedziała: „Mary, poczekaj, 

zobaczymy. Castingi trwają, nic nie jest jeszcze postanowione”. Dwa tygodnie później, kiedy wszyscy już zdążyli o tym zapomnieć, ja dostaję maila z castingiem i prośbą o nagranie scen. Od razu poczułam tę Ewkę — że ona musi być trochę sarkastyczna. W jej relacji z Krzyśkiem nie może być tak, że od razu jest w nim zakochana. 

No właśnie, tam jest ten dystans. 

Tak, i moim zdaniem on jest fundamentem tej relacji. Ona się napędza przez to, że Krzysiek tak bardzo chce, a Ewka jest bardziej: „Uspokój się, stary, czego ty ode mnie chcesz?”. Ale jednocześnie coś do niego czuje. Może nawet sama przed sobą nie chce się do tego przyznać, ale myślę, że delikatnie coś tam się pojawia. 

Po self-tape’ie udało się spotkać na żywo na castingu. A kiedy potem odebrałam telefon od agentki, że wygrałam — że się udało — to, jak to ja, rozpłakałam się ze wzruszenia. To było bardzo piękne, bo to projekt marzeń. Od dziecka byłam „koniarą”. Marzyłam o dwóch rzeczach: chciałam zostać aktorką i mieć swojego konia. Więc ten projekt jest dla mnie jakimś takim…spełnieniem dwóch światów naraz. 

Czyli połączyłaś to już na starcie, w swoim debiucie. Dopytam cię o konie, bo mówisz, że są ci bliskie. Czy to ułatwiało pracę na planie? 

Myślę, że tak. Kaskaderzy, z którymi pracowałam, mówili, że jazda konno jest trochę jak jazda na rowerze — jeśli kiedyś próbowałaś i trochę jeździłaś, ciało wszystko pamięta. Miałam kilkuletnią przerwę od jeżdżenia, a kiedy znów wsiadłam na konia, moje ciało dosłownie wiedziało, co robić i jak się ustawić. To bardzo pomogło. Poza tym uspokajało mnie to, że choć wiadomo – koń może się czegoś przestraszyć i na pewne rzeczy nie ma się wpływu – to kluczowe jest, żeby się go nie bać, tylko się z nim zaprzyjaźnić. Konie bardzo wyczuwają stres. 

Mieliście na planie takie momenty przerwy, że mogłaś po prostu pojeździć? Czy plan był bardzo intensywny? 

Plan był raczej intensywny, więc nie było na to za bardzo przestrzeni. Może na zdjęciach wyjazdowych zdarzały się chwile, kiedy po pracy chodziłam z kaskaderami do koni — ale to nie po to, żeby jeździć, tylko żeby się nimi zaopiekować: nakarmić, pobyć z nimi. Więc samej jazdy konnej nie, ale kontaktu z tymi stworzeniami — jak najbardziej. 

A jeśli chodzi o obsadę — jest tam dużo ciekawych, wyjątkowych nazwisk. Jak wam się pracowało? Czegoś ciekawego się nauczyłaś? Domyślam się, że nowości było sporo. 

Tak, bardzo dużo. Kiedy dostałam informację o obsadzie, pomyślałam, że nie mogłam sobie wymarzyć lepszego debiutu. Obserwowanie ludzi z tak ogromnym doświadczeniem, tak utalentowanych — jestem za to naprawdę ogromnie wdzięczna. WFiększość scen miałam z Tomkiem Ziętkiem. Tomek jest absolutnie przecudownym człowiekiem. 

Złapaliście flow

Tak, zdecydowanie. Czułam się przez Tomka bardzo zaopiekowana. Jeśli miałam jakiekolwiek stresy — czy to związane ze scenami, czy z funkcjonowaniem na planie, bo to wciąż było dla mnie coś nowego — on naprawdę się tym zajmował i bardzo mi pomagał. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna. To było wspaniałe doświadczenie. 

Ale z reżyserem to było już wasze drugie spotkanie, prawda? 

Z Bartkiem Ignaciukiem pierwszy raz spotkaliśmy się przy Wielkiej Warszawskiej, a później bardzo płynnie przeszliśmy do realizacji drugiego sezonu Pati. Tylko że Pati zdążyła już wyjść, a Wielka Warszawska ma premierę później. Ale tak – spotkaliśmy się z Bartkiem dwa razy i naprawdę go uwielbiam. Mam ogromne szczęście do ludzi. Nie wiem, skąd to się bierze, ale trafiam na osoby niezwykle wspierające. Nie mogę powiedzieć żadnej negatywnej rzeczy o pracy na planie z Bartkiem — ani Wielkiej Warszawskiej, ani Pati

Może o to właśnie chodzi: kwestia doceniania, wdzięczności — i ta energia wraca. 

Pewnie tak, to się jakoś wymienia. 

Mary, skąd u ciebie to aktorstwo? Kiedy poczułaś tę miłość? 

Myślę, że od małego miałam coś takiego – na co dzień jestem osobą raczej nieśmiałą. Paradoksalnie nie przepadam za byciem w centrum uwagi, nie lubię zwracać jej na siebie. 

To jesteś w idealnym miejscu (śmiech). 

Idealnym, prawda? (śmiech) Ale zawsze miałam tak, że kiedy wychodziłam na scenę, wiedziałam, że mogę się za czymś schować — że mogę coś stworzyć. To jest przestrzeń, w której głos jakby zostaje mi przyznany. Moment, w którym chcę coś od siebie powiedzieć, ale nie muszę robić tego przez wyrywanie się.Ludzie na widowni wiedzą, że będą mnie oglądać i obserwować — sytuacja jest jasna od początku. I to sprawia, że jest mi łatwiej. 

Od zawsze czułam, że ciągnie mnie na scenę, że mam coś, o czym chcę porozmawiać — w tym dialogu między widzem a artystą. I scena, czy kamera, w jakiś sposób tę rozmowę ułatwia. 

A jeśli chodzi o Wielką Warszawską — miałaś tam jakieś aktorskie wyzwanie? Co było dla ciebie najtrudniejsze? 

Myślę, że największym wyzwaniem była scena, która otwiera film. Galopowanie po plaży o wschodzie słońca. Brzmi jak scena marzeń, ale w praktyce… Pobudka o 3:30, transport na plażę. Było zimno i wietrznie. Konie kaskaderskie, choć pracują na planach i są przyzwyczajone do chaosu, kompletnie nie znały morza. Bały się szumu fal, wiatru. Kaskaderzy musieli je najpierw przygotować, sami przejechać trasę kilka razy, a dopiero potem ja z Tomkiem wsiedliśmy na konie. 

Myślałam tylko o tym, żeby utrzymać się na koniu. A jednocześnie dostawaliśmy konkretne wskazówki: „trzymaj półtora metra odstępu, potem zwiększ do dwóch, a potem delikatnie wyprzedź Tomka”. To wymagało ogromnej podzielności uwagi i maksymalnego skupienia. Ale było też fascynujące. I pamiętam, że byłam z siebie bardzo dumna, kiedy ta scena się udała. 

Bartek podrzucał nam jeszcze aktorskie uwagi — na przykład: „na 68. metrze rzuć delikatny uśmiech”. To było naprawdę wyzwanie. A do tego dochodził sam wschód słońca — mieliśmy bardzo ograniczony czas. Nie było komfortu, że możemy kręcić dwie godziny. Trzeba było się zmieścić w 40 minutach, żeby złapać idealne światło. 

Była na planie jakaś improwizacja, czy trzymaliście się scenariusza? 

Raczej trzymaliśmy się scenariusza, ale zawsze wcześniej rozmawialiśmy o scenach – ja, Tomek i Bartek. To było piękne, bo wchodząc w projekt miałam jeszcze mentalność studentki: byłam najmłodsza na planie, wśród ludzi z ogromnym doświadczeniem, więc zakładałam, że będę trzymać się z tyłu i po prostu robić swoje. 

Tomek bardzo zachęcał mnie, żebym proponowała swoje pomysły – żeby mówić o tym, co czuję i jak widzę scenę. Był naprawdę ciekawy mojego zdania. Czułam się niesamowicie zaopiekowana. To było super — widzieć, że ktoś z tak dużym dorobkiem, ktoś, kto jest dla mnie wzorem, naprawdę chce usłyszeć, co mam do powiedzenia. 

Film będzie miał premierę w styczniu, ale ty widziałaś go już na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jaki był odbiór? 

Słyszałam właściwie same dobre rzeczy. Wszyscy bardzo mnie uspokajają… to nie jest złe słowo, bo u mnie zawsze stres łączy się z ekscytacją. 

Ludzie mówią, że film totalnie ich wciąga, że kibicują Krzyśkowi, i że wątek mój i Tomka bardzo im się podobał. Zobaczymy co będzie w styczniu. Wiem jednak, że nie jestem sama w stanie ocenić tego obiektywnie. 

A będąc na planie i przygotowując postać — jaki efekt chciałaś osiągnąć? Co chciałaś przekazać widzom? 

Myślę, że najbardziej inspirującą cechą mojej bohaterki jest jej wytrwałość. Chciałabym, żeby choć trochę zaraziła nią innych — dziewczyny, chłopaków, każdego, kto może czasem wątpi w siebie i swoje marzenia. Żeby czuli, że warto być wytrwałym. Bo choć w Wielkiej Warszawskiej Ewa nie ma do końca przestrzeni, żeby te marzenia zrealizować, to nawet bez spektakularnego efektu ta jej determinacja jest bardzo ważna. 

A jest ci bliska ta postać? 

Myślę, że tak. Zazdroszczę Ewce odwagi, bo chyba nie mam jej aż tak dużo. Ale jesteśmy do siebie podobne — tak mi się wydaje. Ta pewność siebie jest jeszcze do zbudowania. 

Jeśli chodzi o samo aktorstwo — ty już skończyłaś szkołę, czy jesteś na końcówce? 

Jestem na końcówce. We wrześniu zaczęłam czwarty rok, rok dyplomowy. W październiku ruszyły próby do dyplomu, więc została mi już tylko chwilka. 

A jak myślisz o niedalekiej przyszłości — jak siebie widzisz? 

Mam tak, że nie zamierzam się na nic z góry nastawiać. Mam swoje marzenia i cele, które chciałabym osiągnąć i i po prostu powoli będę na nie pracować. Do dziś nie potrafię wybrać między teatrem a filmem — to dwa zupełnie różne, ale równie piękne światy. Kiedy zdawałam do szkoły, miałam gdzieś z tyłu głowy marzenie o filmie, choć planu filmowego właściwie nie znałam. Za to kochałam teatr. A gdy trafiłam na pierwszy dzień zdjęciowy, zakochałam się w tym, jak to wygląda i jaką tworzy społeczność. 

Przecież można to ze sobą połączyć. 

Można – wielu ludzi to robi, więc czemu nie? Dlatego nie nastawiam się na nic. Chcę konsekwentnie dążyć do realizacji marzeń. 

To czego mogę ci życzyć? Pogodzenia jednego z drugim? 

Może… wytrwałości. I odwagi. I nieustawania w budowaniu pewności siebie. 

To tego ci życzę. I zapraszamy na Wielką Warszawską. Premiera w kinach 23 stycznia. 

Fot. Michał Orliński

Reklama

Nie boję się wyzwań | Anna Halarewicz i Joanna Walaś

Dziś Joanna Walaś gości w swoim programie #ToZależy Annę Halarewicz – ilustratorkę i malarkę. Wspólnie poznamy historię Ani i dowiemy się co jej praca wniosła do jej życia. Jak dziś podchodzi do swoich projektów i realizowanych współprac?

LUBIĘ PRACOWAĆ NAD ROLĄ INDYWIDUALNIE | Hubert Miłkowski

Hubert Miłkowski opowiada szczerze o aktorstwie, intuicji i nieustannym poszukiwaniu własnej drogi. W rozmowie z Julią Trojanowską mówi o potrzebie błądzenia, odwadze w odmawianiu projektów i szukaniu ról, które dają przestrzeń na prawdę i niuans.