Olga Bołądź: Coś pożyczonego, coś własnego

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin



Reklama

Olga Bołądź – wielu kojarzy ją jako aktorkę, w istocie to kobieta wielu talentów. Oprócz gry w filmach założyła wspierającą kobiety fundację, jest też nagradzaną reżyserką, właśnie rozwijającą swój fabularny debiut. W wywiadzie dla Anywhere opowiada o ewolucji przed i za kamerą, szukaniu pewności siebie, zawodowym ryzyku i tym, dlaczego warto głośno mówić o rzeczach, które są dla nas ważne.

 

Anna Tatarska: Chciałam na początek zadać Ci pytanie, które lubię zadawać na początku, odkąd świat stanął na głowie: Jak się masz? Jak się czujesz? Bo wiem, że ostatnio zaczęłaś robić wiele ciekawych, nowych rzeczy.

Olga Bołądź: Dziękuje mam się całkiem świetnie. Tak, zrobiłam krótki metraż, mój pierwszy film, z którym jestem mocno związana. Jest mi bardzo bliski. Czuję się bardzo ciekawie i świeżo w roli debiutantki, czuję że sięgam do rejonów, w których jeszcze nie byłam. Wszystkie inicjatywy kobiece, w których miałam przyjemność brać udział, umocniły mnie jako kobietę. Staram się robić swoje rzeczy. Oprócz tego, że aktorstwo jest moim zawodem i pasją – bo to jednak musi być pasja – odkrywam się w nowych rolach i jest mi z tym dobrze.

– Trochę Cię pochwalę, bo w Polsce mówimy sobie za mało dobrych rzeczy wprost. Twój film krótkometrażowy „Alicja i żabka” dostał całą masę nagród na rozmaitych festiwalach, łącznie z Festiwalem Filmów Fabularnych w Gdyni. To doświadczenie pokazało Ci, że jesteś dobra w reżyserii?

– Nie będę udawać, że nagrody nie wzmacniają, bo wzmacniają. Docenienie ze strony osób, które obejrzały ten film i mówiły, że dobrze, że go zrobiłam dodało mi wiatru w skrzydła i marzę, aby robić kolejne rzeczy. Miałam z „Alicją i żabką” takie założenie, jak ze szkołą teatralną. Wtedy stwierdziłam, że jeśli się dostanę, to pójdę w to, ale jeżeli nie, to odpuszczam, jadę do Stanów i będę opiekunką dla dzieci. Dostałam się jednak zaraz po liceum i dlatego jestem aktorką. Teraz stwierdziłam, że jeżeli „Alicja i żabka” zostanie zrozumiana i ktoś będzie chciał to oglądać i o tym rozmawiać, jeśli zrobi to na kimś pewne wrażenie, na którym mi zależało – bo ten film jest pewnego rodzaju przeżyciem, grą kolorami, konwencją bajki i pomieszanych światów – więc jeżeli ktoś będzie pod wpływem tego, to znaczy, że się coś przekazuje, że może się nadaję.

– Co się musiało stać takiego w Tobie, że poczułaś się gotowa stanąć po drugiej stronie kamery?

– Nie ukrywam, że chodziło głównie o wsparcie z zewnątrz i dostałam je od kobiet. Od moich przyjaciółek i współpracowniczek, z którymi stworzyłyśmy razem Fundację. Wspólnie z Magdą Lamparską i Jowitą Radzińską mamy Fundację Gersly. Tworzyłyśmy ją jeszcze z Julitą Olszewską. Dziewczyny wsparły mnie w moim pomyśle, powiedziały „zrób to, dasz radę”. Potem przez kolejne trzy lata robiłam ten film. Wiadomo, filmy robi się długo. I dobrze, bo kiedy masz czas to może się coś ciekawego w Tobie urodzić, jakieś pomysły i rozwiązania scen. Aktorka wchodzi na plan i wychodzi, niczym się nie przejmuje, a reżyserka jest od pomysłu, pierwszego zalążka w głowie, do momentu, aż widzowie wyjdą z kina. Dziewczyny mi zaufały i to zaufanie zaprocentowało tym, że dzisiaj robię to dalej.

– No właśnie, wsparcie, takie siostrzeństwo, które pomogło temu filmowi ujrzeć światło dzienne, to jedno, ale ten film ma też taką bardzo kobiecą, wspierającą wymowę. To mi pasuje do Fundacji Gerlsy i w ogóle do Ciebie. 

– Chyba robię rzeczy, które chcę sama pogłębić i na których mi zależy. Miałam, pewnie jak większość, swoje kompleksy jako dziewczyna i jako kobieta. Było wiele spraw, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić. Jesteśmy wychowane w kulturze patriarchalnej, jesteśmy w torach, które zostały nam wybrane przez kulturę, ale też kraj, w którym żyjemy. Nawet jeżeli miałyśmy super rodziców i mamy, które nas wspierały, to jednak cały odbiór kultury sprawia, że jesteśmy gdzieś w ryzach, trudno jest je pokonywać i zmieniać samą siebie… Ja poznaję swoje potrzeby, wiem, o czym chcę opowiadać. Badałam to też w swoich rolach. Miałam niesamowite szczęście zagrać wiele kobiet, którymi nie jestem, bardzo różnych ode mnie. Dzięki nim wiem, na co mnie stać. Idąc w fundację czy reżyserię, nawet nie przeczuwałam, ile w sobie muszę przepracować rzeczy, żeby móc opowiadać, a ile rzeczy chciałabym dalej przepracowywać. I też być pomocą dla innych kobiet, żeby one same tworzyły. Żebyśmy się oglądały w filmach w takich rolach, w których chciałybyśmy się zobaczyć. Ten proces będzie jeszcze trwał długo.

– Na co dzień, kiedy idziesz po ulicy, spotykasz się z przyjaciółkami albo wybierasz się na demonstracje, widzisz wokół siebie takie kobiety, które są Tobie bliskie i myślisz sobie „Hola, gdzie one są w filmie? Nie widzę ich!”. Chciałabyś stworzyć przestrzeń, pozwalającą zobaczyć kogoś takiego, prawdziwego?

– My, jako kobiety, mamy wiele różnych stron. To zależy od momentu życia i od tego, która „część Księżyca” jest bardziej widoczna, tak bardzo jesteśmy różne. Ja dziś jestem inna niż rok temu. Pewnie gdybyśmy się spotkały dwa lata temu to zadawałabyś mi inne pytania i coś innego by Cię frapowało. Czuję, że bardzo ważne jest nie tylko pokazywać kobiety silne, odważne, ale przede wszystkim prawdę, która jest właśnie różna: pełna sprzeczności, walorów, ale też wad. Prawdy, która jest pełnią. O takich kobietach chcę robić filmy i takie laski chcę grać.

– Mówi się, że „kobieta zmienną jest”, ale znaczenie tego hasła kiedyś różni się od dzisiejszego. Kiedyś ta zmienność to były emocje, niestabilność – coś niefajnego. Teraz ta „zmienna” kobiecość jest kompletna. Jest słabość i jest moc. Bo i jedno, i drugie jest okej.

– Jest wiele kwestii społecznych, o których musimy w Polsce opowiadać, dlatego, żeby pewne tematy przestały być tabu. By przeszły od skrajności do mainstreamu i dzięki temu przestały w nas wzbudzać tyle emocji. Film „Alicja i żabka” opowiada o dziewczynce, która zachodzi w niechcianą ciążę i wewnętrznie podejmuje decyzję o aborcji. My pokazujemy ile ta decyzja ją kosztuje z zewnątrz i dlatego ona wchodzi w świat nierzeczywisty. Pokazujemy jak kończy się jej dzieciństwo. Nieważne jaką decyzję podejmie, to te wewnętrzne procesy zachodzą i ona przestaje być dzieckiem. Teraz chcę zrobić film o kobiecie, która jest dojrzała i stara się żyć pełnią życia, mimo że ma bardzo utrudnione warunki zewnętrzne. Zależy mi na historiach, o których sama się chcę czegoś więcej dowiedzieć.

– Masz taką potrzebę nawiązywania relacji z ludźmi, którzy są od Ciebie inni? Często mam wrażenie, że jak się żyje w Warszawie albo środowisku artystycznym to trochę można zapomnieć, co się dzieje poza. Aktorka może sobie do pewnego stopnia na to pozwolić, ale reżyserka już nie. Czy dbasz o to, żeby mieć oczy wrażliwe na świat?

– Poprzez dużą ilość normalnego życia, które prowadzę na co dzień. Jestem mieszkanką, obywatelką, ale przede wszystkim matką, kobietą, partnerką. Idę do sklepu, spotykam się ze znajomymi, po prostu żyję i to życie napędza mnie do działania. Staram się mniej zajmować niepotrzebnymi rzeczami i mieć czas na myślenie, żeby dochodzić do własnych wniosków. A żeby dochodzić do własnych wniosków, trzeba mieć czas, żeby myśleć.

– Jesteś też podróżniczką i to taką, z którą czuję pokrewieństwo. Na Twoim Instagramie nie widać wystudiowanych zdjęć z hotelowych basenów, tylko dużo krzaków, drzew, wspinaczek w sportowych ubraniach. Nie są to za bardzo glamour widoki, które uważam, że są przepiękne. Co Ci daje wychodzenie w nowe miejsca, nie zawsze wygodne?

– Dla mnie podróże z natury nie są wygodne, bo jeżeli chce się dużo zobaczyć to się dużo podróżuje. A żeby dużo podróżować, trzeba się przemieszczać, a jest to męczące, często niewygodne, musisz mieć mało bagażu. Bardzo lubię modę, ale wtedy, kiedy jest na nią czas i miejsce. Moda ma bardzo dużo przestrzeni w moim życiu, bo jestem osobą publiczną, mam gdzie eksperymentować modowo i lubię to, że mogę się fajnie ubierać, to mnie kręci. Nie ukrywam też, że mam super stylistkę, Karolinę Domaradzką i nas to ciekawi i bawi. Musi się ze mną użerać: mówi „załóż to, będzie dobre”, a ja do niej „nie, gdzie ja w tym wyjdę”, po czym to uwielbiam. Moda jest ciekawą częścią mnie. Druga jest taka, że kocham chodzić w dresach, lubię się nie malować, nie szykować specjalnie nigdzie i być sobą. Mam przestrzeń, żeby to łączyć, bo jestem osobą, która musi wychodzić, mam taki zawód, ale prywatnie mogę być na luzie, zupełnie saute.

– Pamiętam Twoje złote kozaki w Gdyni, w których w tym roku – ponieważ w ostatnim festiwal się nie odbył – otrzymałaś swoją nagrodę za „Alicję i żabkę”. Ale trudno byłoby w Bieszczady w tych kozakach pojechać.

– Wiesz co, to były srebrne kozaki, ale nie chcę Cię poprawiać, bo to nie o to chodzi. One były takie bling-bling, teraz to moje ulubione buty. Natomiast na wyprawę do dżungli czy w góry zabieram znoszone buty, które są przede wszystkim wygodne, bo one mają sprawić, żeby dobrze chodziło mi się po górach, a nie żeby dobrze wyglądać. Zdjęcia z Instagrama są takie, jak ja się ubrałam w góry, a nie „jak modnie się ubrać w góry”.

– To jeszcze od razu, korzystając z okazji, podpytam Cię o ideę wielorazowości. Życie publiczne ma to do siebie, ze cały czas musisz zakładać coś nowego. Co prawda Jane Fonda podobnież nosi już tylko to, co ma w szafie, no ale ona ma wielką szafę. Nie można założyć na premierę czegoś, co już się na sobie miało.

– Ten trend pewnie gdzieś jeszcze został i ktoś go kultywuje, natomiast dla mnie myślenie tego typu się skończyło już parę lat temu. Lubię swoje rzeczy i jeżeli już inwestuję w pewną rzecz, to chcę ją nosić wielokrotnie. Lubię też rzeczy vintage. Podoba mi się idea wypożyczenia ubrań na jakiś event, one później zostają odświeżone, zdezynfekowane i ktoś inny może je założyć. Jestem za tym, żeby się wymieniać ubraniami i inwestować w takie, które posłużą kilka lat. Dobre rzeczy.

– Mam wrażenie, że idea wymianek staje się coraz popularniejsza i cieszę się, że nie dotyczy to już tylko kręgów sąsiedzkich.

– Mam siostrę, z którą zawsze wymieniałyśmy się ciuchami, bo mamy ten sam rozmiar. Z mamą mamy ten sam rozmiar buta, więc zawsze te buty krążyły. Teraz noszę kowbojki mojej mamy sprzed 20 lat. Idę do szafy mojej siostry, która nigdy niczego nie wyrzuca, daję mojej siostrze coś, czego sama już nie noszę i te ciuchy krążą. Mamy tak od zawsze.

– Mówiłaś, że miałaś przywilej zagrać bardzo różne kobiety. Wiem, że aktorzy mają różne podejście do wcielania się w postaci – niektórzy wchodzą i wychodzą, inni bardziej się zatapiają. Czy bierzesz dla siebie coś ze swoich postaci, uczysz się od nich?

– Uczę się przy okazji grania postaci. Żeby [w „Wolce” – przyp. red.] zagrać więźniarkę musiałam się zagłębić w to, jak to jest dokonać zbrodni, odbywać karę w więzieniu, być uwięzioną przez 15 lat, poradzić sobie z tym emocjonalnie. Dużo mi pomogło doświadczenie w szkole filmowej w Los Angeles. Tam miałam zajęcia z metody Stelli Adler, która uczy Cię, jak zagrać mordercę, nikogo przy tym nie krzywdząc. To taka teoria, że musisz kupić kawałek mięsa, wbić w niego nóż, zobaczyć, jak krwawi. To wszystko Ci pomaga i później jest w oczach. Nie lubię osobiście przekombinowanego aktorstwa, które śmierdzi nieprawdą, formą. Kocham wierzyć aktorowi.

– Wydaje mi się, że wiele aktorek z Twojego pokolenia miało na początku więcej ról lżejszych, romantycznych. Polskie kino w tamtym czasie w ten sposób widziało kobiety, jako obiekty zainteresowania jakiegoś adoratora. To się zmienia. Ale teraz znowu pracujesz nad takim projektem, „Miłość na pierwszą stronę”, który jest lekki, komediowy. Domyślam się, że to trochę inna opowieść niż ta sprzed 10 lat?

– Jestem trzynaście lat w zawodzie i rzeczywiście na początku przede wszystkim był to świat seriali, mało było filmu. Miałam to szczęście, że zaczęłam od seriali dobrych. Rok po szkole trafiłam do „Czasu honoru” i to mnie bardzo wykształciło, miałam wielką estymę do tego projektu, to był po prostu świetny, wojenny serial, kochany przez widzów. To też jest fajne, żeby grać w czymś, co jest zapamiętywane, co ludzie mają w swoim sercu. W czasie przemiany branży filmowej też mogłam grać ciekawe role. Mogłam zagrać u Patryka Vegi, „Służby specjalne” były fajnym filmem. Były też takim przewrotem, bo Patryk tym filmem jak gdyby wrócił w nowym wcieleniu, a ja mogłam zagrać rolę, która była zupełnie mi nie po drodze, nikt mnie z takimi rolami nie kojarzył. Musiałam zgolić włosy, przeistoczyć się w małego faceta. Teraz, po kilku latach, zrobiłam ponownie komedię romantyczną. Balony, walce, kąpiel w fontannie – jest tam bardzo romantycznie. Ale zrobić to z kobietą, z Marysią Sadowską, która jest muzyczką i reżyserką, to była wielka frajda. Bawiłyśmy się konwencją.

– Wiemy, jakie filmy Marysia robiła do tej pory. Na przykład „Sztuka kochania” miała całkiem inne spojrzenie na kobiecą seksualność. Teraz bardzo dużo mówi się o zmianie warunków pracy, dbałości o poczucie bezpieczeństwa aktorów w kwestiach intymności. Platformy na przykład mają sztywne zasady, bo są częściami amerykańskich korporacji.

– Tak, zmienia się podejście, zmienia się też stosunek do pracy aktora przy scenach intymnych. Kiedyś nie wiadomo było jak o tym rozmawiać .„Może nakręćmy to tak, a może coś tam…”. Teraz dyskusja na ten temat jest łatwiejsza przez to, że są zasady, to lepsze dla pracy. Wiem, że są coachowie intymności. Ja jeszcze nie miałam z nimi styczności na planie, ale moje przyjaciółki już tak i wiem, że to pomaga. Z ciekawością czekam, czy zmieni się czas pracy w filmie – na mniejszą ilość godzin.

– Większy szacunek dla tego, że aktor też człowiek i potrzebuje odpoczynku?

– Aktor, ale też ekipa filmowa. Śmieję się, że najlepiej się gra do przerwy obiadowej. Potem też, ale… (śmiech). Jednak praca 12 godzin i po tym czasie masz pełne zbliżenie… No umówmy się, kto po 12 godzinach ma jeszcze świeże oko? Ale trzeba, bo film robi się szybko i krótko, a kocha się ten zawód i się wytrzymuje kolejnego duble i nadgodziny jak trzeba. Wyciągasz to z siebie, nie wiadomo jak – zbiegniesz po schodach, wypijesz 7 kawę, się wkurwisz, może reżyser zapłodni Cię jakąś uwagą. I wtedy to zrobisz, bo wiesz, że musisz to nakręcić. Tobie zależy, bo aktorom zależy najbardziej, żeby zrobić to super.

– Zbliza się Twój debiut fabularny, już nabiera zdecydowanie ciała, to się na pewno wydarzy. Czego Ci życzyć? Co by było najważniejsze przy tym projekcie, żeby wyszedł tak, jak byś chciała?

– Chciałabym, żeby był szczery, prawdziwy i odważny.

– No to niech będzie szczery, prawdziwy i odważny tego Ci życzę i bardzo dziękuję, że byłaś z nami dzisiaj.

– Bardzo dziękuję.

 

Zdjęcia: Łukasz Dziewic

Reklama

Nie boję się wyzwań | Anna Halarewicz i Joanna Walaś

Dziś Joanna Walaś gości w swoim programie #ToZależy Annę Halarewicz – ilustratorkę i malarkę. Wspólnie poznamy historię Ani i dowiemy się co jej praca wniosła do jej życia. Jak dziś podchodzi do swoich projektów i realizowanych współprac?

LUBIĘ PRACOWAĆ NAD ROLĄ INDYWIDUALNIE | Hubert Miłkowski

Hubert Miłkowski opowiada szczerze o aktorstwie, intuicji i nieustannym poszukiwaniu własnej drogi. W rozmowie z Julią Trojanowską mówi o potrzebie błądzenia, odwadze w odmawianiu projektów i szukaniu ról, które dają przestrzeń na prawdę i niuans.