
Skąd wzięła się potrzeba zrobienia tego filmu?
Takie decyzje podejmują się same. Jeśli reżyser dobrze zna jakąś sytuację, to może o niej opowiadać. Ja znałem ją od podszewki, więc stwierdziłem, że jest to dobry materiał na film.
Nie miał Pan obaw, że bliscy mogą mieć do Pana pretensje o zbyt duży ekshibicjonizm?
Oczywiście były takie obawy, ale bliscy rozumieli mnie bardzo dobrze. Jeśli opowiada się o takiej historii, trzeba robić to odważnie. A co inni powiedzą? Mam nadzieję, że zrozumieją.
Postaci w filmie są dość ambiwalentne. Dziś na seansie była Iga Cembrzyńska (żona Andrzeja Kondratiuka – red.) Jak odebrała film?
Bardzo dobrze. Iga jest artystką, która rozumie konieczność wiążącą się z tym, że jeśli podejmujesz się opowiedzenia jakiejś historii, to powinieneś opowiedzieć ją do końca ze wszystkimi wynikającymi z niej konsekwencjami, a nie jedynie ślizgać się po temacie.

Podobno miał Pan nawet pomysł, aby zagrała samą siebie.
Tak, ale nie chciała tego zrobić. Uważała, że kosztowałoby ją to zbyt wiele smutku i rozpaczy. Ja też nie chciałem grać siebie, bo to nie jest dokument, tylko film fabularny. Nie rodzinny tylko uniwersalny. Z aktorami, i to świetnymi, pracowało się cudownie. To jakby mieć w ręku stradivariusa – wystarczy dotknąć i wydobywa się z niego piękny dźwięk.
Ostatecznie Pan oraz Iga Cembrzyńska nie zagraliście w filmie, ale zdecydował się Pan scenograficznie wykorzystać swój dom.
Tak i nie żałuję tego. Stłukli mi parę szklanek, ale za to miałem komfortową sytuację, nie musiałem pędzić taksówką pół dnia na plan ani pracować w dekoracjach, czego nie lubię. Znam mój dom, wiem, gdzie się przechodzi, gdzie można usiąść, porozmawiać. Tym samym miałem opracowaną całą „choreografię”.
W filmie ukazuje Pan także relacje zawodowe, jakie łączyły Pana z bratem.
Myślałem, że dobrze byłoby, gdybyśmy razem robili filmy, ale on miał inne zdanie na ten temat. Jeśli już angażowałem się w jego projekty to miał do mnie o wszystko ogromne pretensje. Współpraca nie była więc możliwa.
Mimo całej goryczy wypływającej z filmu ujął Pan to w komediowej formie.
W życiu tak już jest, że bywamy raz tragiczni, a raz śmieszni. W kinie sztuką jest połączyć te dwa zupełnie oddzielne gatunki.
W „Jak pies z kotem” jest scena, w której wykrada się Pan z seansu „Dziewczyn do wzięcia”. Jak Pan postrzega swoją twórczość z perspektywy czasu?
Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z wczesnych filmów odbieram jakąś fajną energię, którą posiadałem, i to mi się podoba. A wykradam się, bo znam moje filmy od podszewki, więc zmykam.

Seansu tego filmu też nie wysiedzi Pan na widowni?
Na Festiwalu w Gdyni nie. Z publicznością widziałem ten film w Kazimierzu. Ludzie odebrali go z wielkim wzruszeniem, niektórzy wychodzili ze łzami w oczach. Myślę, że odebrali ten film jako historię uniwersalną, która każdego spotka albo już spotkała.
W „Jak pies z kotem” poza wątkami rodzinnymi pojawia się nawiązanie do Pana okresu belferskiego. Krytykuje Pan w nim młode pokolenie – ich ignorancję wobec wielu spraw.
Poniekąd rozumiem młode pokolenie. Różnica między nimi a moją generacją jest tylko taka, że to, co ja mam w głowie, oni mają w Wikipedii. Nie muszą obciążać umysłu. Jeśli nie wiedzą, kim jest Bergman, to w kilka sekund mogą się dowiedzieć. Uważam jednak, że wiedzę trzeba czerpać z wielu źródeł, a nie tylko z tych dostępnych w Internecie – często mylących.
Wszystkie szkoły uczą różnych zawodów, ale nie docierają do istoty sprawy, nie zadają pytań: „po co człowieku to robisz?”, nie ułatwiają drogi do zrozumienia swojego powołania. Reżyserii można nauczyć w parę miesięcy, tylko potrzebny jest jeszcze background kulturowy, znajomość muzyki, literatury i malarstwa. Umiejętność przekonywania ludzi, żeby wykonywali ciężką pracę niekoniecznie dla pieniędzy. Poza tym trzeba mieć energię, żeby produkcję filmową wprawić w ruch jak ogromne koło zamachowe. No i talent by się przydał.

Gdyby mógł Pan jeszcze raz podjąć decyzję – być czy nie być reżyserem to?
Szczerze mówiąc, wolałbym przeżywać niesamowite, fantastyczne przygody w rzeczywistości, a nie za kamerą.
Zdjęcia: Hubert Komerski


















