Marcin Januszkiewicz: Chciałbym zagrać Konfederatę

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kuba Wejkszner: W naszym studio Marcin Januszkiewicz.

Marcin Januszkiewicz: Dzień dobry, cześć.

KW: To już nie pierwszy raz, kiedy się widzimy. Widzieliśmy się w Łążku Garncarskim trzy lata temu, jak wspominałeś. Wówczas rozmawialiśmy sporo o dubbingu, o śpiewaniu i pisaniu piosenek. To jest coś, co mnie zainteresowało jak przygotowywałem się do tego wywiadu – jesteś teraz bardziej piosenkarzem, muzykiem czy aktorem?

MJ: Zawsze odpowiadam na to pytanie, że jestem tenisistą. Ja się tak czuje.

KW: Czyli śpiewającym tenisistą, który gra twarzą.

MJ: Dokładnie. Rozdzielam te rzeczy. Oczywiście łączę je zawodowo – na scenie, w spektaklach muzycznych czy w filmach, gdzie dubbinguje i trzeba śpiewać, gadać, ale ja rozdzielam te rzeczy. Świat muzyki jest dla mnie osobną rzeczą, aktorstwo osobną.

KW: Twoje piosenki kojarzą mi się mocno z Grzegorzem Ciechowskim.

MJ: Wow… z jakiego powodu?

KW: Mają też w sobie taki oniryczny element – taki senny, lejący się, często zmieniający tempo. Jeszcze ta grafika mi się jeszcze mocno kojarzy z teledyskiem Śmierć na pięć.

MJ: Rozumiem, coś w tym może być. To jest mocno off-owa i alternatywna muzyka którą robię póki co. Czasami odważam się na jakiś mariaż popowy i współczesny nazwijmy to, chociaż nie lubię tego słowa. Ale zgadzam się, to jest trochę oniryczne.

KW: Rozumiem, że to jest strefa, w której się wyrażasz całkowicie, nie musisz chodzić na żadne kompromisy, to jest twoje.

MJ: Tak – biorąc pod uwagę, że ciągle nie jestem podpisany z żadną wytwórnią muzyczną, a wydaje już od grudnia zeszłego roku, czyli od paru miesięcy, single na własną rękę, jak to się mówi, za własne, ciężko zarobione pieniądze, to faktycznie nie mam żadnych ograniczeń. Robię to co czuję, współpracuję z Kubą Więckiem od paru miesięcy, wybitnym jazzmanem i producentem, z Kubą się inspirujemy razem, nie mamy ograniczeń, po prostu tworzymy.

KW: Przesłuchałem tych piosenek  i one są bardzo nawołujące do pokoju, do tego, żebyśmy się lubili i dogadali – to są twoje główne przemyślenia na temat obecnych czasów postpandemicznych i wojennych przy okazji?

MJ: Wiesz co, trochę tak. Gdy zadawałeś pytanie pomyślałem, czy ja się w ogóle potrafię buntować w tym co robię, muzycznie na przykład. Nie umiem – wielokrotnie mam w szufladzie kilka takich utworów-rzygów, gdzie naprawdę jadę dość ostro, ale nigdy tego świat nie usłyszał, bo ciągle to sobie w szufladzie tkwi. Ale tak faktycznie jest, nawet mój koncert, Osiecka Po Męsku, który gramy już od pięciu lat – za każdym razem jest taki moment na koncercie, w którym przytaczam historię z 2015 roku. Byłem świadkiem spalenie kukły żyda na wrocławskim rynku. Wtedy to była dość głośna akcja, no i co się zobaczyło to się nie odzobaczy, co się pomyślało to się nie „odpomyśli”. Byłem przerażony, że jak żywo sceny z Kabaretu Boba Fosse’ego mi się przed oczami ukazały i że to do niczego dobrego nie doprowadzi, co chwile nas życie zaskakuje.

KW: Szczególnie, że to nie jest dziewięćdziesiąty-któryś rok, tylko 2015, to niesamowite, że takie rzeczy mają jeszcze miejsce.

MJ: Historia nas niczego nie uczy, jak śpiewał Sting. Jest to hasło znane i stare jak świat. Wczoraj czy przedwczoraj miałem rozmowę ze znajomymi a propos pamięci, tożsamości i tego, jak ważne jest kultywować pamięć, mówić o czymś, jak bardzo ważne jest stawiać takie myślowe pomniki i dbać o nie, czcić wręcz. Pamięć jest tak krótka –  mam wrażenie, że to co pamiętam, takiego społeczno-politycznego sprzed paru, parunastu lat, już się dawno zatarło.

KW: I pewnie pamiętasz to w jakiś pokręcony sposób.

MJ: Na przykład, ale to już inny case, że się zakłamuje rzeczywistość i historie do celów politycznych.

KW: Ale nawet jakbyś chciał przypomnieć jakąś historię ze swojego życia i były tam dwie osoby – ty i ktoś jeszcze – to macie zupełnie inne wspomnienia.

MJ: Tak, to faktycznie, albo sami to inaczej pamiętamy. To jeszcze inny temat, warto czasami weryfikować nasze odczucia i emocje z drugim człowiekiem i jego zdaniem,

KW: Trzeba się nagrywać, wtedy wiesz dokładnie jak będzie.

MJ: No dobra, mam nadzieje, że nic głupiego nie palnę.

KW: Jeżeli chodzi o twoje działalności aktorskie, serial „Nieobecni”. Było u nas już kilka osób z tego serialu. Grasz Kubę – twoja postać wchodzi w tym sezonie tak?

MJ: Tak, wiem, że na Playerze mój wątek już się pojawił, nie wiem czy to już jest emitowane na TVN-ie czy jest jakieś opóźnienie, przyznam szczerze, że nie wiem jak to działa. Gram męża i ojca dwóch córeczek. To już jest dla mnie ten etap w karierze, że zakładam obrączkę i już jestem mężem.

KW: Potem można przebranżowić się na żony.

MJ: Słuchaj, gram Marlenę Dietrich od niedawna na scenie. Zrobiliśmy z Marysią Seweryn, która wyreżyserowała ten spektakl i Jankiem Młynarskim “Edith i Marlene” w Domu Kultury Świt. Jest to o Edith Piaf i Marlenie Dietrich i ja właśnie gram Marlenę Dietrich, także myślę że mój repertuaru zagrań jest dosyć szeroki.

KW: Wydaje mi się, że ludzie myślą o tobie, że masz taką uczciwą twarz, że jesteś uczciwym mężem.

MJ: Wiesz, że to było bardzo ważne? Pamiętam jeszcze castingi to tego sezonu „Nieobecnych” i priorytetem do zatrudnienia aktora do tej postaci było to, czy jest sympatyczny, czy budzi sympatię.

KW: To najgorzej tak powiedzieć o kimś.

MJ: Ja wiem i ja to rozumiem, ale też rozumiem z punktu widzenia reżyserki czy producentów, że to właśnie o to chodzi. Że taki musi być efekt w kontraście z postacią którą gra Eliza Rycembel – pełną wątpliwości, targają nią emocje, a ten bohater z kolei musi być ciepły i przyjemny w odbiorze, nie wiem jak to inaczej określić. Zdarzają się takie role i trzeba mieć tego świadomość.

KW: Mówisz, że teraz będziesz grał mężów. A dalsza kariera? Myślisz, żeby zrzucić to wszystko potem, zrobić sobie bliznę…

MJ: Nie no, zagrałem w filmie „Mój Dług”, który był kontynuacją historii z „Długu”. Bardzo się cieszyłem, że dostałem tę rolę, bo tam z kolei grałem zbira, kogoś niezrównoważonego psychicznie i pełnego agresji, albo wręcz wyzutego z emocji, psychopatycznego. Na takie role najbardziej czekam.

KW: Czyli „Dług 3. Inflacja” (śmiech).

MJ: „Dług 3. Inflacja” mógłby być, ale to musiałbym chyba zagrać jakiegoś polityka.

KW: W jakimi obozie politycznym byś chciał zagrać? Wydaje mi się, że najciekawiej byłoby zagrać kogoś z PISu.

MJ: A ja z Konfederacji.

KW: Albo z Konfederacji. Jeżeli będziemy planować jakiś film o polityce, to uderzać do ciebie.

MJ: Proszę bardzo, ja Konfederacja.

KW: Rozumiem. Twoja płyta jest w trakcie tworzenia, pojawiają się single. Wychodzi też serial i „Mój dług” jako film pełnometrażowy. Co dalej? Bo rozumiem, że te trzy ścieżki idą sobie osobno.

MJ: Trochę je łączę. Bardzo czekam na premierę serialu HBO „Warszawianka” – to jest najnowszy polski serial, jaki ma się ukazać na HBO po przejściu na HBO Max. Mieliśmy już „Odwilż” i z tego co wiem, to następna ma być właśnie „Warszawianka”, którą napisał Kuba Żulczyk i wyreżyserował Jacek Borcuch. Mam tam naprawdę fajną rolę niezwykle pokręconego typka i partneruje Borysowi Szycowi, który gra główną role, jest też  w zasadzie narratorem całej tej historii w pierwszym sezonie. Powiedziałem jakby był drugi, nie wiem czy jest i czy będzie, chyba nie mogę tak mówić (śmiech). Chciałbym to połączyć, ponieważ zaprosiłem Borysa do mojego utworu, singla, którego stworzyliśmy całkiem niedawno i czekam, aż serial się ukaże i pojawi się mój wątek. Wtedy chciałbym, żeby świat zobaczył ten utwór. To się też łączy, ale raczej w takich kanałach dystrybucyjno-produkcyjnych, żeby zwiększyć zasięgi, co dzisiaj jest naszą (twórców) zmorą.

KW: To jest najważniejsza rzecz na świecie. Ja myślę w ogóle, że jeżeli masz więcej zasięgów, to jesteś lepszym człowiekiem i powinieneś mieć dwa głosy.

MJ: Tak, rozmawialiśmy o tym za kamerami, jak się przygotowywaliśmy, że tak dzisiaj funkcjonuje rzeczywistość. Ja się z tym osobiście nie zetknąłem, ale moi znajomi z branży tak. To jest trochę absurdalne, moim zdaniem. Z jednej strony to rozumiem, ale z drugiej – żeby stworzyć osobę z zasięgami, trzeba dać jej możliwość zaistnienia. Kiedyś tak funkcjonowała telewizja. Nagle na ekranie pojawiała się osoba zupełnie nie znana publiczności, a potem się okazywało, że swoją pracą, talentem, umiejętnościami, potrafiła zaskarbić sobie sympatię widzów i nagle się stała kimś w takiej przestrzeni medialno-telewizyjnej.

KW: Tak, ale też jest taka sytuacja, że jeżeli weźmiesz osoby popularne, to nie zawsze są one utalentowane np. w aktorstwie czy śpiewaniu i możesz wziąć kubeł popularnych osób, które mogą nie zrobić Ci dobrego materiału.

MJ: To prawda, tylko widzisz, pytanie, jakiego widza zdążyliśmy przez te lata wychować.

KW: Czyli  po prostu takiego, który zobaczy, że ktoś jest sławny i pójdzie do kina.

MJ: Na przykład, ale to już jest kolejny temat i to jest problem. To, czym się param, to bardzo niewymierna rzecz. Wiem to po sobie, bo też mam aktorów, których lubię albo których nie chce mi się oglądać, natomiast widzę, że widownia zupełnie inaczej reaguje, ma swoje typy. Czasami coś, co dla widowni masowej, popularnej jest bardzo efektowne i efektywne, dla mnie jest w ogóle nie do przejścia.

KW: Mówiłeś o tym, że zaprosiłeś Borysa Szyca do współpracy, udało Ci się też zaprosić Daniela Olbrychskiego.

MJ: Tak, ale to jest śmieszna historia strasznie. Poznaliśmy się, kiedy byłem studentem Akademii Teatralnej i Daniel prowadził z nami Warsztat Mistrzowski i tak się poznaliśmy. Nigdy nie spotkaliśmy się w pracy, ale przy różnych okazjach i mamy bardzo fajną relację. Daniel bardzo wierzy w nas, swoich studentów, to było wspaniałe. Wlał w nas wiele niesamowitych uczuć i historii, no i zadzwoniłem do niego po prostu. Powiedziałem, jaki mam pomysł, zgodził się. Co śmieszne, w ogóle mu się nie podoba ten utwór, naprawdę, powiedział, że to nie jest na miarę moich umiejętności, to jest o szarym i brudnym świecie i dlaczego o tym śpiewać, jemu się to nie podoba. Ja wtedy, takim zmrożonym głosem “a…a…ale czy to znaczy, że mamy się wycofać z tego”? “Nie absolutnie”, wyraził tylko swoje zdanie.

KW: Może to nie jest jego estetyka po prostu.

MJ: Na pewno nie, ale moim zdaniem jego ponadczasowy i legendarny głos się fenomenalnie odnalazł w tym utworze.

KW: Czyli nie można Tobie zarzucić, że skleiłeś to z czegoś innego, bo tam pada Twoje nazwisko?

MJ: Taki miałem chytry plan, żeby było wiadomo, że nie wziąłem sampla z jakiejś produkcji, tylko specjalnie dla mnie Daniel to nagrał.

KW: I tak samo jest z Borysem Szycem (śmiech).

MJ: Borys akurat nie wymienia mojego imienia i nazwiska, ale przepięknie pojawia się w tym utworze. To jest outro tego utworu, tyle mogę powiedzieć.

KW: Nie mogłeś zrobić po prostu takiej serii…

MJ: Z lektorami? Oczywiście myślałem o tym. Oczywiście myślałem o tym, żeby Piotra Fronczewskiego zaprosić, ale nie wiedziałem czy to mi się sklei w całość, a działam raczej intuicyjnie. Tam miałem taki pomysł, że fenomenalnie w tym zdaniu zabrzmiałby Daniel Olbrychski, tutaj wiedziałem, że Borys będzie świetny w tym utworze.

KW: A jeżeli chodzi o oprawę graficzną? Animacja poklatkowa jest pięknie zrobiona.

MJ: Dzięki. To w ogóle też jest historia…odezwał się do mnie Marcin Zorak-Szymański, który jest beat-boxerem, wielokrotnym mistrzem Polski.

KW: Ksywa Zorak.

MJ: Zorak, ksywa, tak, wygrywał w UBW, wiele rzeczy robił. Marcin się do mnie odezwał, pogadaliśmy na zasadzie “co u Ciebie?”. Parę lat temu założyliśmy zespół pryzma, razem z gitarzystą Melchiorem Szroederem, zrobiliśmy materiał, ale nic z tego materiału dalej nie wyniknęło, zagraliśmy kilka koncertów. No i tak rozmawiamy, że szkoda, że nie gramy, rozłączyliśmy się i wysłał mi wiadomość “Zobacz, teraz robię takie rzeczy”. Od razu do niego oddzwaniam z zapytaniem “Ile?”. Dogadaliśmy się finansowo, zrobiliśmy trzy single, tryptyk, który się zgrywa w jedną historię “Szary świat”, “Wolny spokój” i “kraina”. Jemu się to teraz rozkręciło, wiem, że dostał parę propozycji, żeby zrobić kilka teledysków. Warto jeszcze wspomnieć o Oli Knedler, czyli OK Collage, która zrobiła mi kilka teledysków do Perfect Lady Punk, drugiej płyty, zrobiła kolażowe teledyski, to jest kupa roboty, ludzie też nie mają pojęcia ile.

KW: “Szary Świat”, poznaliśmy “Wolność” i trafiliśmy do “Krainy”.

MJ: Trochę tak, ale “Kraina” to jest to, o czym wspomniałeś na początku, bo “Kraina” jest dla mnie takim utopijnym dążeniu do spokoju. Myślę, że żyjemy w takim świecie, w którym jest 51:49 na korzyść dobra.

KW: Miejmy nadzieję. Płyta…a właśnie, kiedy będzie płyta?

MJ: Mam nadzieję, że z początkiem przyszłego roku, na razie ciągle nie wiem jak to będzie. Albo mi się uda złapać wydawcę, co wcale nie jest łatwe, a jak nie, to z własnych środków sfinansuję cały album.

KW: Miejmy nadzieję, że w międzyczasie nie rozpęta się konflikt nuklearny, który przeszkodzi w wydaniu płyty.

MJ: Niekoniecznie nuklearny, może być inny.

KW: Tak. Nie dla konfliktów, jesteśmy przeciwni konfliktom.

MJ: Jakimkolwiek. Chciałem jeszcze podkreślić, że konfederatę, to bym z chęcią zagrał, nie że coś ten…

KW: Pozdrawiamy i zapraszamy do “Nieobecnych” i na YouTube’a.

Fot. Michał Buddabar

Reklama