Książka Obca Claudii Durastanti ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne w 2024 roku. O tym, czy jest to książka autobiograficzna, jak wyglądało dorastanie na styku kultur włoskiej i amerykańskiej w latach 80. i 90. oraz jak relacje rodzinne narratorki wpłynęły na język powieści, opowiedziała mi sama autorka przy okazji festiwalu Conrada w Krakowie.
Alicja Kubów: W książce Obca opisujesz przenikanie się tożsamości amerykańskiej i włoskiej, co prowadzi do poczucia wyobcowania zarówno we Włoszech, jak i w Ameryce. Postać wydaje się czuć bardziej Amerykanką. Na ile twoje doświadczenia są podobne do doświadczeń bohaterki i czy możemy mówić o powieści autobiograficznej? Jak sama byś ją zaklasyfikowała?
Claudia Durastanti: Nazywam Obcą powieścią z życia. Gdyby głównym celem tego projektu była autobiograficzna prawda, mogłabym łatwo powiedzieć, że 99% tego, co przeczytacie, jest prawdziwe i wydarzyło się mnie, narratorce. Ale dla mnie prawda i fantazja zawsze są splecione z ramami, stylem, gatunkami i jestem naprawdę córką mojej matki w tym sensie. Szybko tracę zainteresowanie faktem czy anegdotą. To, co ma dla mnie znaczenie, to podejście: jeśli jesteś powieściowy w swoim przekazie, jeśli desperacko starasz się przekształcić bliskich i siebie w literackie postacie, to wtedy wchodzimy prosto w strefę powieści. Powód, dla którego czuję się oddzielona od konwencjonalnego pamiętnika, mieści się właśnie w tej idei zakresu i intencji: nie napisałam tej książki, żeby pogodzić się z moją rodziną i życiem – to poważna praca, która odbywa się gdzie indziej. Chciałam pracować z resztkami pamięci, z tym, co zostało już przetworzone gdzie indziej, wolnym od potrzeb terapeutycznych. W tym sensie to nie jest aż tak bardzo osobista praca, czułam się raczej jak obca obserwatorka, nawet względem siebie samej.

I właśnie nawiązując do pamięci, o której wspomniałaś – powieść zaczyna się od pierwszego spotkania rodziców narratorki. Ukazujesz je z różnych perspektyw, co może sugerować, że pamięć bywa zawodna. Temat prawdy, wymyślania i tworzenia własnej opowieści wydaje się tu kluczowy, a fragmentaryczna forma książki – łącząca historie rodzinne, podróże i rozdział miłosny – dodatkowo to podkreśla. Jaki był Twój zamysł przy tworzeniu takiej kompozycji?
Miałam szczęście, kiedy mój ojciec zaprzeczył wersji mojej matki dotyczącej ich spotkania. Główny zarys książki już istniał, ale ta sprzeczna wersja pojawiła się nagle i zmieniła wszystko: podążałam za mitologią mojej matki (wszyscy mamy do czynienia z rodzicami i bliskimi, którzy ucieleśniają literackie tropy – niektórzy przypominają powieści kryminalne, inni są jak wiersze, jeszcze inni jak przypowieści), bo była mi bardzo bliska. A potem relacja mojego ojca uwolniła mnie od obowiązku pamiętania i dokumentowania rodziny: nagle miałam w rękach powieść – coś, co otwarcie zmienia się w zależności od narratora. To był kluczowy moment dla całej struktury książki, zwiększający jej dynamikę i porowatość między fikcją a literaturą faktu.
Ta fragmentaryczna forma przedstawia zebrane momenty, dzięki którym postacie ożywają. Jednak odnosi się wrażenie, że narratorka celowo pomija pewne aspekty opowieści, a momentami styl przypomina strumień świadomości, który kojarzy się z procesem wspominania, rozpamiętywania, analizowania. Co skłoniło cię do uwzględnienia właśnie tych konkretnych fragmentów z życia narratorki w książce i co chciałaś przekazać poprzez ten sposób pisania?
Nieustannie selekcjonujemy materiał z przeszłości i pewne epizody są opowiadane, przeżywane i przekształcane na nowo przez całe życie. To te same anegdoty, które opowiedzielibyśmy nieznajomemu w barze: na przykład to, jak mój ojciec mnie porwał, jak zostałam porzucona na festynie przez moją pierwszą sympatię, jak zostałam upokorzona podczas włoskiej wersji studniówki. Te historie zajmują w nas powieściową przestrzeń, która stopniowo wypiera inne wspomnienia – być może nawet bardziej znaczące. Zawsze fascynuje mnie trwałość niektórych faktów w kontraście z zanikiem innych. Zbyt prostym byłoby powiedzieć, że usuwamy głęboki ból i zostawiamy tylko to, co znośne – prawda jest taka, że zapominamy też ulotne chwile szczęścia, nie mamy wystarczającego języka ani siły, by zachować resztki najradośniejszych wspomnień. To jest inercja pamięci. Może dlatego, że jesteśmy swoimi najostrzejszymi redaktorami – wierzymy, że nikogo nie obchodzi nasza dobroć, szczęśliwe momenty, te pozbawione fabuły białe plamy satysfakcji. Myślę, że otwarcie komentowałam właśnie to – nasze zmagania z tym, by odnaleźć jakąś fabułę w naszej przeszłości, jakieś momenty zapalne. To, co niewypowiedziane w Obcej, to nie tyle ciemność czy przemoc — to i tak można wyczuć. Chodzi o chwile, w których czułam się naprawdę żywa i bezpieczna na swoim miejscu.
Rozmawiając o Obcej, nie można zapomnieć o innym kluczowym wątku w książce, czyli o wychowywaniu przez rodziców z niepełnosprawnością. Rodzice narratorki są głusi, co jest w książce ważne również w kontekście języka, zwłaszcza że nie znają języka migowego. W związku z tym dzieci muszą na nowo stworzyć figury retoryczne, które ułatwiają im porozumiewanie się z rodzicami. Jaką więc funkcję pełni język w powieści i jak różni się jego postrzeganie przez narratorkę, jej brata i ich rodziców?
Ciekawie jest spojrzeć na to z perspektywy pokoleniowej: kiedy ma się rodziców z niepełnosprawnościami, trudno jest pogodzić się z ich rzeczywistym wiekiem. Wydają się wiecznie dziecinni, czasem zachowują się jak zbuntowani nastolatkowie i ma się wrażenie, że nigdy nie są naprawdę dorośli. A jednocześnie potrafili okazywać ten sam dystans, jaki każdy dorosły ma wobec dzieci – to był dezorientujący spektakl. Myślę, że główna różnica dotyczyła tego, co jest „poprawne politycznie”, co jest grzeczne, co można powiedzieć. Byłam bardzo poprawnym i pruderyjnym dzieckiem – nie znosiłam przekleństw, wulgaryzmów, a moi rodzice je uwielbiali. Miałam wrażenie, że dla nich nie ma żadnych granic – ani w tym, co można powiedzieć, ani w tym, co można pomyśleć. Tworzyli rzeczy, pogrążali je w mroku, przedstawiali skrajne wersje naszej wspólnej rzeczywistości – dlatego ja oraz mój brat uformowaliśmy się wokół „standardowego” włoskiego. Graliśmy zgodnie z zasadami, może nawet udając dorosłych, zamiast być dziećmi. Wszyscy mówili, że nigdy nie mówiłam jak dziecko – i myślę, że mieli rację. Mój język wybiegał w przyszłość i nie był zbyt elastyczny.
A jak opisałabyś tutaj relację matka-córka, której poświęcasz wiele uwagi w książce? Może się wydawać, że to córka wychowuje matkę, ale bardziej ze względu na różnice w osobowości bohaterek – narratorka wydaje się dojrzalsza. Jaka dynamika występuje między bohaterkami? Pamiętam, że wspominałaś o dwóch przeciwstawnych siłach: sile artystycznego żywiołu oraz sile intelektualnej pracy. Jak to rozumiesz?
To też ciekawy punkt widzenia. Teraz, kiedy jestem po czterdziestce, widzę wyraźnie, że moja matka wybrała malarstwo i drogę artystyczną, a ja – pisanie i kształtowanie rzeczywistości za pomocą języka: wiarygodnego i możliwego do podzielenia się z innymi. Prawie nigdy nie pisałam poezji. Wśród wszystkich różnic, jakie mogą dzielić matkę i córkę, to może właśnie dziś jest najgłębsza: nie liczy się już, kto kogo „wychowywał”, kto wykorzystywał czyjąś wrażliwość (zajęło mi dekady i tę książkę, by zobaczyć moją matkę jako osobę kruchą, cierpiącą i zrozumieć skalę jej bólu), kto pierwszy kogo opuścił. Myślę, że teraz to, co kiedyś wydawało się powierzchowną przepaścią – kod, styl, język, który wybrałyśmy, by się wyrażać – stało się prawdziwą przepaścią, tą która naprawdę pozostała. Moja matka jest w stałym kontakcie ze światem pozawerbalnym w sposób, który mnie przeraża, podczas gdy ja całkowicie zanurzyłam się w języku.
W książce pojawia się wiele odniesień do popkultury – od Twin Peaks, przez Sounds of Silence, po polskie konteksty (Witkacy, Joseph Conrad). Czy są to twoje osobiste inspiracje? Co jeszcze ukształtowało twoją wrażliwość jako autorki, żyjącej na styku kultur amerykańskiej i włoskiej?
Książka rzeczywiście przypomina kapsułę czasu – desperacko próbowałam zachować pewne materiały, które już zaczynały się zacierać. Teraz kiedy jestem tak bardzo zaangażowana w feminizm, łatwo byłoby zlekceważyć męski świat, w którym dorastałam. Mając starszego brata i będąc zakochaną we wszystkich chłopakach z mojej włosko-amerykańskiej rodziny, łatwo byłoby zapomnieć, jak bardzo Ojciec chrzestny, filmy z Alem Pacino, Stephen King czy Bruce Springsteen ukształtowali moje poczucie epickości — albo jak fragmentaryczne, eliptyczne teksty Michaela Stipe’a, zupełnie jak niektóre z najbardziej nieczytelnych stron Fitzgeralda, sprawiły, że zaczęłam pisać tak, jakby zawsze chodziło o coś poza naszym zasięgiem, coś, co wypada między słowami. To były dla mnie rzeczy fundamentalne – wpłynęły na moje rozumienie miłości, historii i władzy w sposób może nieoczywisty, ale głęboki.
Dziś moje odniesienia są inne. Jeśli chodzi o muzykę, to płyty PJ Harvey towarzyszyły mi przez całe moje kobiece życie i wciąż wydają się równoległe do mojego ludzkiego doświadczenia – ale ona nie była tym fundamentem, który chciałam pokazać w książce. Byłam osobą od gitarowej muzyki i tak już zostanie. Włoskie odniesienia przyszły dużo później. A i tak najczęściej pociągali mnie ci włoscy autorzy, którzy byli „amerykańscy” w duchu – Pavese, Ginzburg. Albo Franco Battiato – jego poszarpany styl pisania bardzo na mnie wpłynął.
W cyklu Made in Italy opowiadam o kulturze włoskiej, dlatego mam pytanie – jaką literaturę poleciłabyś osobom, które chcą ją zgłębić? Od czego powinny zacząć?
Autorzy, którzy zawsze tęsknili za innymi językami i gatunkami: Cesare Pavese, Natalia Ginzburg, Pier Vittorio Tondelli, Cristina Campo, a nawet Curzio Malaparte. To pisarze skrajnie różni, ale wszyscy nieustannie tłumaczyli formy kulturowe na coś innego — wiersze, eseje, powieści. Byli jak remikserzy kodów. Jeśli chodzi o współczesność, nadal najbardziej cenię autorów, którzy sami są tłumaczami! – Vincenzo Latronico, Marta Barone, Veronica Raimo.


