Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu – città eterna, pocztówki pełnej klisz: Koloseum, Forum Romanum, hiszpańskie schody, Fontanna di Trevi. W reportażu Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie Nicola Lagioia odsłania jednak inne oblicze Wiecznego Miasta: chaotyczne, naznaczone przemocą i pustką, a zamiast przewodnika po zabytkach dostajemy mapę ciemnych zaułków i studium okrucieństwa dwudziestolatków. To książka, którą czyta się jak kryminał i esej jednocześnie – a miasto-obserwator jest organizmem, który od pierwszych stron ulega rozkładowi.
Tytuł książki nie jest przypadkowy. Ciao amore, ciao – trzy słowa, które w języku włoskim łączą w sobie czułość i ból ostatecznego pożegnania. To także tytuł piosenki Luigiego Tenco, która w 1967 roku miała podbić festiwal w San Remo, a stała się elegią po samobójczej śmierci jej autora. Lagioia przejmuje te słowa i przenosi je w inne rejestry. „Ciao amore, ciao” nie brzmi już jak ballada o utraconej miłości, lecz jak echo makabrycznego pożegnania z życiem – brutalnie przerwanym w mrocznym sercu Wiecznego Miasta, tuż za fasadą turystycznych pocztówek.
Lagioia zaczyna od kontrastu: tam, gdzie turyści widzą ducha historii i pewien zachowany porządek, mieszkańcy Rzymu doświadczają frustracji, przemocy, walki o przetrwanie i wewnętrznego chaosu. Turysta poszukujący piękna Wiecznego Miasta trafia na absurdalną i męczącą codzienność: próby oszustwa, śmieci na ulicach, kolejki do kolejnych atrakcji do odhaczenia. W Rzymie sacrum i profanum mieszają się nieustannie – bazylika sąsiaduje z wysypiskiem, a obok pomników historii dzieją się ludzkie tragedie. „Kiedy Rzymian było tylko dwóch, jeden zabił drugiego” – ironizował Giulio Andreotti. Lagioia przywołuje te słowa jako ostrzeżenie: w mieście, gdzie historia wciąż się powtarza, życie i śmierć zawsze idą obok siebie. A taka sceneria staje się świadkiem zbrodni, która na lata wstrząsnęła nie tylko Rzymem, ale i całymi Włochami.

Marzec 2016 roku. Dwaj młodzi mężczyźni – Manuel Foffo i Marco Prato – spotykają się w mieszkaniu na via Igino Giordani. Zatopieni w kokainowym szaleństwie, dryfują na fali rozchwianych emocji, prowokacji i coraz bardziej brutalnych eksperymentów, które doprowadziły ich do upadku. Do tego świata zostaje wciągnięty 23-letni Luca Varani. Chłopak nie wychodzi z mieszkania żywy – ginie w męczarniach brutalnie zamordowany. Przyczyny morderstwa jednak pozostają niejasne. „Horror na peryferiach Rzymu. Po wielogodzinnych torturach […] zbrodnia wydaje się pozbawiona motywu” – pisała następnego dnia „La Repubblica”.
Na oczach całego kraju sprawcy stali się bohaterami programów telewizyjnych, a ich proces obserwowano jak spektakl i reality show z udziałem celebrytów. Gazety relacjonowały każdy detal – od historii rodzinnych po zapis przesłuchań – a włoskie społeczeństwo wciągnięto w rolę komentatora. Lagioia odtwarza tę historię krok po kroku, bazując na rozmowach ze świadkami i osobami z otoczenia sprawców i ofiary. Nie zatrzymuje się jednak na rekonstrukcji faktów, pogłębiając obraz trudnych relacji, zależności, kompleksów i zaburzeń. W tle majaczą rodziny, które wierzą w niewinność swoich dzieci (pomimo przyznania się do popełnienia przestępstwa) lub udają, że wszystko jest w porządku. Zeznania świadków różnią się, ukazując skomplikowane osobowości sprawców i ofiary, a także przekrój społeczny rzymskiej młodzieży. Młodzi ludzie nie wiedzący, czym wypełnić codzienność, uciekają w nałogi, prostytucję, względne moralnie eksperymenty przekraczające granice bezpieczeństwa. Utracili niewinność i godność, a relacje stały się wykalkulowanymi transakcjami. Nie ma tu jednoznacznych wniosków: ofiara wybiega poza standardową definicję ofiary, sprawcy nie są wyłącznie potworami. To właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że historia przeraża bardziej niż klasyczny kryminał. A dzięki stopniowemu odkrywaniu nowych aspektów sprawy, Lagioia tworzy intrygującą i obrazoburczą opowieść o dzieciach z tzw. dobrych domów.
„Potwory nie istnieją. Tworzymy je sami, żeby odciążyć nasze sumienie” – mówi jeden z adwokatów. Lagioia cytuje te słowa, jakby chciał powiedzieć, że w tej historii nie chodzi tylko o dwóch morderców i jedną ofiarę. Diagnoza sięga społeczeństwa, które produkuje własne demony, a potem udaje, że nie ma z nimi nic wspólnego.
Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie to zejście pod powierzchnię – próba zrozumienia, jak mogło dojść do zbrodni, która nie ma logicznego motywu. Autor wraz z odkrywaniem kolejnych kręgów piekielnego podziemia Rzymu dostrzega, jak bardzo go ta sprawa pochłania, a miasto zaciska pętlę na jego szyi. Sprawa staje się jego obsesją. Lagioia wciąż powraca do rozmów ze świadkami, czyta protokoły przesłuchań, słucha nagrań. Zadaje pytania, na które nie da się odpowiedzieć, bo Foffo i Prato nie planowali klasycznej zbrodni – ich czyn przypomina raczej chaotyczny rytuał, wynikający z mieszanki pychy, desperacji i współuzależnienia. Czy można było uniknąć tragedii? To nie przypadek, że Lagioia zestawia ich sprawę z innymi włoskimi procesami, jak historia Alexandra Boettchera i Martiny Levato, którzy oblewali kwasem dawnych partnerów dziewczyny. W obu przypadkach powraca to samo pytanie: gdzie kończy się eksperymentowanie, a zaczyna barbarzyństwo?

Jednym z ciekawszych zabiegów Lagioi jest wprowadzenie wątku starszego holenderskiego turysty. Pojawia się na początku, jako alternatywny plan dla wydarzeń związanych ze zbrodnią. Ale jego spojrzenie – kogoś, kto patrzy na Rzym z zewnątrz – staje się kontrapunktem dla włoskiej codzienności. Turysta widzi atrakcje, mieszkańcy widzą brud i chaos. Zaskoczeniem jest odkrycie tożsamości turysty i wątek kryminalny z jego udziałem. Lagioia sugeruje, że oba te obrazy są prawdziwe, tylko patrzący wybiera, na którym zatrzyma wzrok. Jednak, by poznać prawdę, trzeba zajrzeć tam, gdzie turysta zwykle się nie zapuszcza – do mieszkań, klubów, sądowych korytarzy.
Lagioia w Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie nie daje czytelnikowi komfortu – zmusza do konfrontacji z tym, co niewygodne: że ofiara nie zawsze budzi współczucie, że sprawcy mogą być jednocześnie potworami i zagubionymi chłopcami, że miasto, które kochamy na zdjęciach, kryje w sobie warstwy, do których nie zawsze chce się zaglądać.
Lagioia pisze jak reporter, ale myśli jak eseista. Każda scena jest zakorzeniona w faktach, a jednocześnie otwiera się na szersze pytania: o granice wolności, o banalność zła, o odpowiedzialność rodziny i społeczeństwa. Pokazuje, że na każdej sensacji, ktoś zarabia duże pieniądze, zwłaszcza kiedy wiąże się z ludzkim cierpieniem. To książka, która wciąga i nie pozwala spać spokojnie. Największe wrażenie obok realistycznych scen i zeznań morderców robi sposób, w jaki autor traktuje Rzym. Nie jak tło wydarzeń, ale jak pełnoprawnego bohatera. Miasto jest w tej opowieści równie ważne, co sprawcy i ofiara – żywe i zarażające chaosem. Rzym staje się metaforą każdego miejsca, w którym pod powierzchnią turystycznego blasku toczy się inna historia: o przemocy i okrucieństwie, demoralizacji, desperacji czy społecznym znieczuleniu.


