
Na festiwalach klaszcze się po każdym seansie, ale po Rose na tegorocznych Berlinalach te brawa wybrzmiały jakby głośniej. Najgłośniej zwłaszcza dla Sandry Hüller, która w filmie reżysera Markusa Schleinzera, kradnie pierwszy plan (i każdy kolejny).
Akcja filmu rozgrywa się w XVII wieku w małej wiosce, do której dociera pewien żołnierz, twierdząc, że jest spadkobiercą opuszczonej farmy. Udaje mu się stopniowo zyskiwać zaufanie i akceptację mieszkańców, a tym samym osiedlić się tam na dłużej. Daje pracę w gospodarstwie, przygarnia zwierzęta w czasie wielkiej zawieruchy, ratuje sąsiada przed niedźwiedziem. Ale najważniejsze, czyli to, co naprawdę czyni go mężczyzną – żeni się i „płodzi” dziecko. A „płodzi”, a nie płodzi, bo Rose to kobieta, skrupulatnie ukrywająca się za męską maską (historia nawiązuje zresztą do przykładów znanych nam z historii wczesnonowożytnej Europy). Im dalej w las, tym jednak cała ta misternie zaplanowana konstrukcja zdaje się coraz bardziej krucha.

Rose zrobiła to, by poczuć większą wolność. I by wszyscy dali jej względny spokój. A jak wiadomo, założenie spodni dużo w tej kwestii daje. Tym bardziej w wieku XVII, kiedy niezamężna kobieta była społeczną anomalią i raczej nie mogła liczyć na swoje długo i szczęśliwie z kilkoma kotami. Rose pożyczyła więc tożsamość zmarłego żołnierza, by chociaż przez chwilę żyć po swojemu. Być może dalej w świecie pozorów, ale w mniejszym uwięzieniu niż jako kobieta.

A kto zrozumie kobietę w XVII wieku lepiej niż jej żona Suzanna (nawet jeżeli z aranżowanego małżeństwa)? W tej roli występuje równie świetna Caro Braun, która nawet po poznaniu sekretu Rose, nie porzuca jej. W tamtych czasach taka lojalność to akt największej odwagi i buntu przeciwko społeczności. Ale to właśnie zamknięte w czterech ścianach, te kobiety przez kilka chwil mogą czuć się sobą, z dala od ciekawskich oczu, z dala od społecznych wymagań. Ich relacja nie musi tu być erotyczna, nie musi być sprecyzowana, by wzruszała bardziej niż niejedno love story. W filmie wiele rzeczy zresztą pozostaje w niedopowiedzeniach, a twórcy zgrabnie balansują między subtelnością kadrów a ostrością tego kobiecego manifestu.

Historia Rose demaskuje prawa rządzące binarnym światem: małżeństwo – pożądane, staropanieństwo – nieakceptowane, mężczyzna – podmiot, kobieta – przedmiot (transakcji społecznych), dzieci – obowiązek , brak dzieci – ostracyzm. Te uproszczenia oczywiście mają odbicie w tamtych czasach, ale można je odczytywać również przez pryzmat współczesności. W wielu miejscach na świecie kobiety nie mają prawa do samostanowienia (wystarczy zresztą wyjrzeć przez polskie okno), w wielu marzą o tym, by założyć te przysłowiowe spodnie i zdobyć decyzyjność, której nigdy nie miały. Reżyser Markus Schleinzer opowiada nam to marzenie bez efekciarstwa, stawiając na czarno-białe kadry (i znowu – binarność), poruszający casting, a momentami nawet i humor – którego zresztą mogłoby być tu i więcej, bo zaskakująco pasował do absurdów tej XVII-wiecznej wsi.
Rose mówi o tym, jak przetrwać na własnych zasadach i zachować w tym godność od początku do końca – bo mimo upokarzającej rozprawy za to „oszustwo”, upokorzyć Rose nie sposób. Nawet przemoc, nawet perspektywa śmierci – nic nie odbiera jej prawa do napisania własnej historii.
Karolina Kołodziejczyk


















