Pierwszy sezon zdobył tak wielu fanów, że na każdy kolejny miliony wiernych widzów czekają z niecierpliwością. Kostiumowy romans stał się tak popularny, że wywarł ogromny wpływ na rynek i kulturę popularną, a zjawisko to trafiło do mainstreamu jako „Bridgerton effect”. Za nami premiera kolejnego sezonu o licznej arystokratycznej rodzinie, w której każdy na swój sposób poszukuje miłości. Dlaczego jednak wśród tylu produkcji Netflixa to właśnie ta zdobyła tak wielką popularność? Przyjrzyjmy się temu.
Trudno szukać w kulturze, literaturze czy kinematografii bardziej chwytliwego tematu niż miłość. Świat szaleje na jej punkcie. Nic więc dziwnego, że każdy potrafi wymienić co najmniej kilka dzieł opowiadających o wielkim, pięknym uczuciu łączącym dwie bratnie dusze. Ludzie mają jednak to do siebie, że gdy jakiś wątek staje się popularny, zaczyna być wykorzystywany na potęgę. Wtedy dzieła z tym motywem zaczynają nużyć – stają się zbyt znajome, zbyt oklepane, mało nowatorskie; pojawia się po prostu przesyt. W tym wypełnionym po brzegi miłością rynku filmowym znalazła się jednak perełka, która na nowo urzekła widzów.
Dlaczego?
Seriali kostiumowych i romansów znajdziemy wiele – „Downton Abbey”, „Sanditon”, „Sisi”… jednak żaden z nich nie zdobył takiej popularności jak „Bridgertonowie”. Do jego sukcesu przyczyniło się zapewne wiele czynników, w tym eskapizm. Codzienność bywa wymagająca – bardziej lub mniej świadomie próbujemy od niej uciec w świat, który wydaje nam się bardziej przyjazny. Świat pełen intensywnych kolorów, bogatych strojów, hucznych bali, pięknych ludzi i szczęśliwych zakończeń. Oglądając „Bridgertonów”, możemy przenieść się do fantazyjnej rzeczywistości, w której rozwiązaniem niemal każdego problemu okazuje się miłość. Tutaj rozterki sercowe stają się głównym zmartwieniem – znacznie ciekawszym niż problemy finansowe czy trudności w pracy lub na uczelni.

Co więcej, z przedstawionymi w serialu postaciami łatwo się utożsamić. Są one znacznie bardziej współczesne, niż wskazywałaby na to epoka. Noszą piękne makijaże, w których można byłoby spokojnie pokazać się na ulicy, mają sylwetki wpisujące się w obecne kanony piękna, a tańczą nie do Mozarta, lecz do klasycznych aranżacji utworów Pitbulla. Ponadto tempo ich relacji, pewna frywolność, a jednocześnie szacunek i otwarta komunikacja między zakochanymi są dużo bliższe współczesnym ideałom związków niż temu, co było normą w XIX wieku. Sam temat erotyki, wyrozumiałość partnerów czy dbanie o obopólną przyjemność to kwestie, na które dziś zwracamy szczególną uwagę.
Łatwo więc zanurzyć się w świecie serialu, poczuć jego bliskość i dobrze zrozumieć bohaterów, bo zostali wykreowani znacznie bardziej współcześnie, niż można byłoby się spodziewać. I nie ma w tym nic złego. Zapewne każdy dostrzeże w tej produkcji odstępstwa od norm, obyczajów i podziału ról, jakie faktycznie panowały w XIX wieku. Nietypowe dla tej epoki są choćby tak jaskrawe kolory i nowoczesne materiały. Nie wspominając już o podziałach klasowych czy rasowych, które w tamtym czasie były bardzo wyraźne i surowo przestrzegane.
Odkrywanie seksualności Benedicta z innym mężczyzną w trzecim sezonie? Trudno przypuszczać, by był na to tak chętny, gdyby karą za taki związek było więzienie – jak bywało w rzeczywistości. Sama historia również pozostaje misternie pominięta. O toczących się wówczas wojnach Napoleona nie pada właściwie ani słowo, nawet po powrocie Colina z podróży, a w całej angielskiej rodzinie królewskiej zgadzają się właściwie tylko imiona.
Współcześni odbiorcy nie szukają w tym serialu realizmu, a na niektóre odstępstwa od dzisiejszych standardów nie są nawet gotowi. Było to widać choćby po ostatnim sezonie. Mój TikTok zalała fala wściekłych fanek i fanów, którzy nie mogli przeboleć propozycji Benedicta skierowanej do Sofii. „Czy zostaniesz moją kochanką?” — dziś niemal każdy mógłby się o coś takiego obrazić. Jednak w XIX wieku? Był to mezalians w pełnej okazałości, ale czy Sofia naprawdę miałaby lepsze wyjście? Odmowa dżentelmenowi również mogła nie skończyć się dla niej najlepiej.

Wracając do głównego wątku rozważań, warto pamiętać, że serial ma solidną bazę. Opiera się na książkach Julia Quinn: „Mój książę”, „Ktoś mnie pokochał”, „Propozycja dżentelmena”, „Miłosne tajemnice”, „Oświadczyny”, „Grzesznik nawrócony”, „Magia pocałunku” oraz „Ślubny skandal”. Książki spotkały się z dobrym odbiorem – w końcu ukazało się aż osiem tomów. Twórcy serialu mieli więc do dyspozycji historię, której w zasadzie wystarczyło nie zepsuć.
I to się udało. Co więcej, nie tylko jej nie zepsuli. Sprawili, że książki stały się jeszcze bardziej poczytne, a Bridgertonowie przerodzili się w markę działającą niczym maszyna do tworzenia trendów. W tym miejscu warto wskazać jeszcze jeden istotny filar sukcesu – potężny budżet marketingowy. Serial nawiązał współpracę m.in. z markami Dove, Pandora, Ruggable czy KIKO Milano. Sami aktorzy podczas promocji podróżowali do wielu krajów, w tym do Warszawa, aby spotkać się z fanami. Organizowano konferencje, wydarzenia i bale, w których brały udział tłumy influencerów, zapewniając serialowi dodatkowy rozgłos. A mural promujący trzeci sezon przy Metro Politechnika – przyznam szczerze – skradł moje serce.
Gdy wokół czegoś robi się tyle szumu, sukces wydaje się niemal przesądzony. Bridgertonowie wywołali prawdziwy boom na estetykę Regencycore – trend w modzie i aranżacji wnętrz inspirowany stylem arystokracji XIX wieku. Wiele osób zaczęło marzyć o założeniu olśniewającej kreacji i udaniu się na wystawny bal. Na tę potrzebę szybko odpowiedziała branża eventowa. W Mosznej, Małej Wsi, Krakowie i wielu innych miejscach zaczęto organizować przyjęcia inspirowane stylem serialu. A to przecież tylko rynek polski.
W skali globalnej zaobserwowano także wzrost sprzedaży drukowanych romansów. Analityczka rynku książki Kristen McLean wskazała, że jednym z impulsów tego wzrostu była właśnie popularność serialu Bridgertonowie. Na nowo rozbudzono zainteresowanie romansem jako gatunkiem. Same książki Julia Quinn, o których wcześniej wspomniałam, zaczęły w krótkim czasie sprzedawać się w setkach tysięcy egzemplarzy. Powieść „The Duke and I” trafiła nawet na pierwsze miejsce listy bestsellerów The New York Times.
Można oczywiście debatować, co w największym stopniu stoi za sukcesem Bridgertonowie: dobry scenariusz, ponadczasowy motyw miłości, świetnie wykorzystany potencjał marketingu czy może ta bardzo ludzka potrzeba oderwania się od rzeczywistości. Najpewniej każdy z tych elementów był niezbędną częścią sukcesu serialu. Osobiście jednak chcę wierzyć, że w dużej mierze stoi za nim ludzka nostalgia i głęboka wiara w to, że miłość jest najpiękniejszą rzeczą na świecie.
Karina Jaworska


