Co po Oscarach? Najlepsze filmy i seriale na wiosnę 

drama 2

Karka i Julia zostawiają oscarowe filmy już za sobą i zapraszają na przegląd nowości (lub trochę starszych tytułów), które osłodzą jeszcze chłodne, wiosenne wieczory i wypełnią kulturalną lukę po zakończonym sezonie nagród.

Julia: 


Reklama

„Pillion”

Polecam w trochę newralgicznym momencie – film grany jest jeszcze w kilku kinach, ale trzeba się go naszukać, a do tego nie trafił jeszcze na streaming. Mam jednak nadzieję, że już niedługo wszyscy ci, którzy nie zdążyli do sali kinowej, będą mogli bardzo szybko nadrobić „Pillion”.

On – introwertyk, mieszkający z rodzicami, lekko pogubiony, totalny everyman. On – wysoki, małomówny i niesamowicie przystojny członek gangu motocyklowego. Ich przypadkowe spotkanie da początek fascynującej relacji pełnej uległości, dominacji, seksu, przynależności, ustalania granic i – choć nie jest to tak oczywiste – miłości. Harry Melling i Alexander Skarsgård stworzyli fantastyczne, zniuansowane kreacje, które zdecydowanie są najjaśniejszym elementem filmu. To historia, która rozbawi, wzruszy i okazuje się o wiele bardziej uniwersalną opowieścią o poszukiwaniu siebie i samotności, niż wskazuje na to krótki opis fabuły. Będziecie zaskoczeni!

„Czego nie wiemy o dinozaurach”

Ręka w górę – kto z wypiekami na twarzy oglądał „Jurassic Park” i uczył się na pamięć wszystkich skomplikowanych nazw tych wielkich stworzeń, ledwo wymawiając przy tym „r”? Moje serce zabiło więc mocniej, kiedy okazało się, że na Netflixie pojawił się czteroodcinkowy dokument o dinozaurach produkcji Stevena Spielberga, a jego narratorem jest sam Morgan Freeman.

„The Dinosaurs” to opowieść w czterech aktach – początek ich egzystencji, podbój Pangei, rozwój ogromnego imperium i tragiczny koniec panowania spowodowany asteroidą, która odmieniła losy świata. I chociaż twórcy spróbowali zmieścić 165 milionów lat w czteroodcinkowym serialu dokumentalnym, nie ma tu pośpiechu. Co prawda pod koniec można poczuć lekki niedosyt, a superdociekliwi miłośnicy dinozaurów mogą nie być do końca usatysfakcjonowani, ale wizualnie i narracyjnie „The Dinosaurs” to perełka, którą ogląda się tak dobrze jak film fabularny. Do polecenia na chłodniejsze, wiosenne wieczory.

„Drama”

Ja miałam okazję obejrzeć film przedpremierowo, ale kiedy czytacie ten tekst, nowy film studia A24 z Zendayą i Robertem Pattinsonem jest już w kinach. I naprawdę polecam się wybrać, bo to kawał dobrego kina! Emma i Charlie biorą ślub – i wszystko byłoby idealne, gdyby nie fakt, że Emma ma pewien sekret, którym dzieli się ze swoim narzeczonym i dwójką przyjaciół podczas kolacji połączonej z testowaniem weselnego wina. Ciężar jej wyznania przerasta najbliższych i wywołuje lawinę wydarzeń, która stawia ceremonię pod znakiem zapytania.

„The Drama” Kristoffera Borgli to przede wszystkim świetne dialogi i dynamiczny montaż (ukłon w stronę widzów z krótkim attention spanem). Do tego dochodzi niezaprzeczalna chemia pomiędzy Zendayą a Pattinsonem, która sprawiła, że seans był dla mnie jednym z najprzyjemniejszych w ostatnim czasie. I choć film dostarcza sporą dawkę humoru, skłania też do refleksji nad sensem istnienia miłości bezwarunkowej oraz nad tym, czy faktycznie ludzie są ze sobą „na dobre i na złe”. No i przede wszystkim – czy kobietom wybacza się mniej?

Karka:

„Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”

Było to dla mnie lekko szokujące, ale okazało się, że w polskim kinie pojawił się ktoś, kto sportretował młodych dorosłych tak, że nie trzeba się krzywić z cringe’u. Dzięki, Emi Buchwald!

„Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” to kilka nowelek o pewnym rodzeństwie – Janie, Natce, Benku i Franku – które mierzy się z problemami dorosłości, ale też tymi zakorzenionym w dzieciństwie, mającymi swoje źródło w miejscu, z którego pochodzą i relacjach, które tam zbudowali. Emi Buchwald do swoich bohaterów podchodzi z czułością, jednocześnie nie popadając w nadmierną egzaltację i pozwalając pewnym sytuacjom wybrzmieć takimi, jakie są i jakie znamy z prawdziwego życia. W końcu czasem nie potrzebujemy wielkiej dramy, by się rozkleić – wystarczy, że młodszy brat po raz kolejny nie zapyta, co tam słychać albo dostrzeżemy, że rodzice podupadają na zdrowiu. Te drobne subtelności wychwytuje reżyserka, tworząc film prawdziwie pokoleniowy, który nie musi krzyczeć, by trafiał w czułe punkty. 

„One Piece” – sezon drugi

Za każdym razem, gdy piszę o czymś związanym z anime, czuję potrzebę podkreślenia, że nie jest mi z nim po drodze, ale… chyba w końcu czas spojrzeć prawdziwie w oczy i przyznać, że są takie uniwersa, których jestem absolutną fanką, niezależnie od komiksowego pochodzenia. Tak też mam z serialem „One Piece”, który znam przede wszystkim z netflixowego live action z 2023 roku. W marcu doczekaliśmy się drugiego sezonu przygód Monkey D. Luffy’ego, wiecznie uśmiechniętego pirata w słomkowym kapeluszu. Na szczęście poziom i fabuła pozostają bez zmian – dalej szukamy tytułowego skarbu, czyli One Piece’a (którego będziemy zresztą szukać jeszcze długo, bo źródło oryginalnej historii, czyli manga, wychodzi nieprzerwanie od 1997 roku, a One Piece’a dalej ani widu, ani słychu), tym razem zwiedzając z bohaterami coraz to dziwniejsze wyspy.

To cudowna, dostarczająca wiele dziecięcej frajdy żegluga po morzach komiksowej przesady, w czasie której jednak ani razy nie wypadamy za burtę absurdu – chociaż czasem jesteśmy blisko, bo kiedy ostatni raz słyszeliście na przykład o antagoniście atakującym za pomocą… wybuchowych kóz z nosa? W świecie „One Piece’a” to nie powinno jednak dziwić. Po prostu dajcie się zaprosić na pokład i nie zadawajcie zbyt wielu racjonalnych pytań. 

„Projekt Hail Mary”

Ciężko przegapić tak głośną premierę, ale na wszelki wypadek podkreślę: na „Projekt Hail Mary” trzeba iść do kina. Najlepiej takiego z jak największym ekranem, gdzie to kosmiczne kino drogi wybrzmiewa najmocniej. 

To film przygody, film nadziei, film przyjaźni (tak, z gadającą skałą też można się zaprzyjaźnić i po seansie na pewno Was to już nie będzie dziwić). Fabularnie prosty, wizualnie – wgniata w fotel. Kosmos jeszcze nigdy nie był tak piękny, ale też bliski, wręcz namacalny. Tutaj na pewno wiele dobrego zrobiły aspekty techniczne przy produkcji – brak greenscreena, zbudowanie prawdziwego modelu statku kosmicznego (a potem ustawienie go na specjalnej platformie, która imitowała wstrząsy itp.), a nawet takie detale jak wykorzystanie zdjęć głębokiego nieba autorstwa Roda Prazeresa, astrofotografa z Brisbane, które stanowią tło finałowej sekwencji (o czym więcej warto poczytać tutaj). 

Co ważne, „Projekt Hail Mary” działa też emocjonalnie (spodziewajcie się pierwszych łez około słynnej sceny karaoke w wykonaniu Sandry Hüller), częściowo na pewno dzięki chemii, jaką Ryan Gosling stwarza ze swoim kosmicznym kumplem. 

Share this post

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

PROPONOWANE

Kosmetyki do opalania – jak wybrać je dobrze, by chronić skórę i cieszyć się słońcem?

Wraz z nadejściem cieplejszych, wiosennych i letnich dni coraz więcej czasu spędza się na spacerach, w ogrodzie, podczas wyjazdów i aktywności na świeżym powietrzu, dlatego ochrona skóry przed promieniowaniem UV staje się ważnym elementem codziennej pielęgnacji. Właśnie wtedy kosmetyki do opalania przestają być wyłącznie dodatkiem do wakacyjnej torby, a zaczynają pełnić rolę świadomie wybieranego wsparcia, które pomaga ograniczać ryzyko oparzeń, fotostarzenia i dyskomfortu związanego z nadmierną ekspozycją na słońce.