Gabriela Muskała – Mój rok przemocowych matek

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Jesteśmy na Festiwalu w Gdyni, a naszą rozmówczynią jest Gabriela Muskała, która przyjechała tutaj z dwoma tytułami. Bardzo różnymi, ale mającymi pewne podobieństwa – „Òpi” w reż. Marty Giec i „Kalafior przeznaczenia” Anny Urbańczyk. Zacznijmy od tego drugiego. Jak to jest dostać scenariusz do filmu pod takim tytułem?

Gabriela Muskała: Moja pierwsza myśl: „To niesamowita odwaga reżyserki, żeby tak zatytułować film i eksplorować temat mówiącego kalafiora”. Ta bezkompromisowość w podążaniu za swoją szaloną wyobraźnią, brak lęku przed tym, co wypada a czego nie, to domena młodych twórców i za co ich podziwiam. Dlatego tak bardzo lubię z nimi pracować. Nie boją się opowiadać o rzeczach absurdalnych ani robić z nich metafory dzisiejszych czasów.

Nasz film „Kalafior przeznaczenia”, którego jednym z bohaterów jest kalafior, mówiący głosem Adama Woronowicza, zobaczyłam dopiero tutaj, w Gdyni, kilka dni temu. I miałam wrażenie, że warzywo przemawiające do głównej bohaterki po kilku minutach przestaje być absurdem, a staje się dla widza czymś zupełnie naturalnym. Zaczynamy traktować tę dziwną rzeczywistość jak coś oczywistego. Miałam wrażenie, że filmowy kalafior jest po prostu głosem, który każdy z nas słyszy w młodości, kiedy nie radzi sobie z emocjami, traumami czy po prostu z życiem.


Reklama

Każdy ma swojego „kalafiora”. Te kalafiory przybierają tylko różne formy i różnie się nam urzeczywistniają. Ja miałam zwierzątka. Wychowałam się na wsi i spotykałam je na łąkach, w lasach, w gospodarstwie mojej sąsiadki. Mówiłam do nich, a one mówiły do mnie. A jeśli nawet nie, to ja w swojej dziecięcej wrażliwości na pewno ich mowę słyszałam i ją rozumiałam. To były moje bezpieczne miejsca, gdzie mogłam być wysłuchana i gdzie rozumiałam innych. Myślę, że dla bohaterki filmu, dialog z kalafiorem, był właśnie taką bezpieczną przestrzenią, gdzie może usłyszeć własny głos. Przy matce i w miejscu, w którym się urodziła, nie ma takiej możliwości. Do pewnego momentu. 

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: To ciekawe, bo kiedy słyszymy tytuł „Kalafior przeznaczenia”, wyobrażamy sobie komedię, totalny absurd. Tymczasem ten kalafior bardzo szybko staje się oczywistym elementem rzeczywistości. Cały czas zastanawiałam się tylko, czy to głos z zewnątrz, czy głos wewnętrzny bohaterki. Czy jej pomaga, czy wręcz przeciwnie – bo jest bardzo bezkompromisowy.

Gabriela Muskała: Często mamy ochotę coś powiedzieć, zripostować, sprzeciwić się, ale nie mamy na to odwagi. Jesteśmy poblokowani. Przez rodziców, przez środowisko, w którym się wychowaliśmy, albo po prostu przez własny charakter. Ale ten wewnętrzny, niewypowiedziany głos w nas się odzywa. Podpowiada, nakazuje, czasami zbyt zbyt głośno i stanowczo. Dlatego nie odważamy się go wypuścić, dać mu swojego głosu, dusimy go w sobie, milczymy. Kalafior w filmie Ani jest uosobieniem tego wewnętrznego, odważniejszego niż my sami, głosu. Później bohaterka musi sobie z nim poradzić. Nie będę zdradzać co robi, kiedy wreszcie, dzięki kalafiorowi, wychodzi na niepodległość. 

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Grasz matkę, którą, mam wrażenie, nie mogło być łatwo zagrać. Właściwie w każdej scenie widzimy jej inne oblicze. Trudno ją jednoznacznie zdefiniować. O co tej matce chodzi? Kim ona właściwie jest? Mówi: „Ty jesteś jedyną córką, która mi się udała”, a chwilę później jest niesamowicie okrutna. Potem okazuje się, że ma zupełnie inne wcielenie, o którym nawet jej córka nie wiedziała.

Pojawia się też sugestia, że mogą za tym stać problemy psychiczne, może choroba dwubiegunowa. Jak gra się postać, której właściwie nigdy nie możemy do końca przyszpilić? Wiemy, że coś jest z tą matką nie tak, ale nie potrafimy jednoznacznie powiedzieć co.

Gabriela Muskała: Takie barwne, nieuchwytne, trudne postaci są najciekawszym, aktorskim wyzwaniem. Zwłaszcza, że nie są bardzo oddalone od kobiet, które na pewno każdy z nas spotkał w życiu choć raz. I pomyślał, że ostatnią rzeczą, jaką powinny robić, jest rodzenie dzieci. Elżbieta to kobieta, która nie radzi sobie ze swoim niespełnieniem. Miała wielkie marzenia, aspiracje i potencjał, ale ktoś go w niej zdławił. Kiedy zaszła w ciążę, posłuchała tzw. „głosu rozsądku” – a może głosu własnej matki, który był silniejszy niż jej własny – i wróciła do prowadzenia warzywniaka. Z taką bardzo „fajerwerkową”, artystyczną osobowością, stanęła za ladą sklepu z zieleniną. I wszystkie frustracje przelała na córkę, nawet nie mając świadomości, że ją za swój los obwinia.

Wydaje mi się, że takich Elżbiet jest w naszym kraju dużo. Kocha swoją córkę Anię i chce dla niej jak najlepiej. Ale gdzieś pod spodem czuje gigantyczny żal do losu, który ma na imię Ania, i czasami ten żal bierze górę. Kiedy Elżbieta robi krzywdę, chwilę później ze łzami w oczach przeprasza. Ale za chwilę znów, sfrustrowana wybitą szybą w swoim warzywniaku, musi się odstresować, więc robi rzeczy, których robić, mówiąc oględnie, nie wypada, bo mając rodzinę i żyjąc się w tak małej, osiedlowej społeczności, zbyt wiele się ryzykuje. Ale mimo to Elżbieta cały czas jedzie po krawędzi nad przepaścią na zdezelowanej hulajnodze. Nie potrafi inaczej. To kobieta, która zdecydowanie najpierw działa, a dopiero później myśli. Zanim zdąży się zastanowić, czy to, co robi, jest słuszne i właściwe, już dawno to zrobiła. Wrzaśnie, przeklnie, obrazi, a zaraz potem uśmiecha się uroczo: „Ale o co ci chodzi? Na żartach się nie znasz?”. Jest absolutnie niestabilna emocjonalnie.

Na życie, takie osoby jak Elżbieta omijam szerokim łukiem, natomiast zagranie jej było czystą frajdą. Już pomijam jej wnętrze, ale to, jak moja bohaterka wygląda, jak się ubiera, jakie ma paznokcie, jak eksponuje biust, jaką ma burzę włosów i te sportowe buciki na obcasie… W taką aktorską ucztę skacze się na główkę, bez zastanowienia.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Właśnie ta nieprzewidywalność Elżbiety sprawia, że życie głównej bohaterki jest tak trudne. Nigdy nie wie, z którą wersją matki się spotka. Dla mnie bardzo poruszające jest wspólne wyjście do kina. Wydaje się, że to szansa, żeby w końcu było jak dawniej, a potem nagle pojawia się ten nieprzewidywalny element. I miałam poczucie, że fakt, iż wiemy, że ta matka kocha córkę, dodatkowo komplikuje tę relację. Gdyby nie było w niej tej emocji, byłoby to prostsze. Tymczasem w jej nieprzewidywalności widać próbę przebicia się do tej osobowości – nawet poprzez krzyk czy impulsywne działanie. Wydaje mi się, że wiele osób rozpozna w tym swoje doświadczenia: tę głęboką frustrację, kiedy nie jesteśmy w stanie zrozumieć drugiej osoby, uczynić jej przewidywalną i przez cały czas wystawiamy się na kolejne ciosy.

Gabriela Muskała: Elżbieta się wymyka. Wymyka się również samej sobie. To nie jest zły człowiek, tylko bardzo pogubiony. Myślę, że wszystko, co robi, jest tak naprawdę ucieczką przed własną refleksją. Kiedy wreszcie udaje jej się stanąć z tą refleksją twarzą w twarz, zrozumieć swoje zachowanie i to, co robi swoim bliskim, jest już za późno. 

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Czyli: „Muszę się odstresować, nie mogę się zatrzymać, bo jak się zatrzymam…”, to będzie straszne. A jednocześnie mamy córkę z artystycznymi ambicjami… 

Gabriela Muskała : Graną wspaniale przez debiutantkę Maję Michnacką!

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: …która również tkwi w tym warzywniaku. I pojawia się pytanie: czy matka chce uchronić ją przed własnym losem, czy może sprawić, żeby córka pokutowała za to, co ją spotkało? Ale muszę powiedzieć, że masz chyba rok grania nieidealnych matek – ujmując to bardzo delikatnie.

Gabriela Muskała: Tak, i przyjęłam te propozycje z otwartymi ramionami. Ania Urbańczyk i Marta Giec zadzwoniły do mnie w bardzo krótkim odstępie czasu z propozycjami ról, które opisały niemal identycznie: charyzmatyczna, silna, przemocowa kobieta, matka głównej bohaterki, której córka próbuje wyzwolić się z toksycznej relacji. Zapytałam obie reżyserki: „Dlaczego ja?”. To były nietypowe role dla mnie – nigdy wcześniej nie grałam przemocowej matki, właściwie w ogóle nie grałam postaci przemocowej. I obie, niezależnie od siebie powiedziały, że zobaczyły mnie w „Fudze” i dostrzegły w tej bohaterce moją siłę i charyzmę. I obie pomyślały, że chciałyby kiedyś zobaczyć mnie w swoim filmie jako kobietę o takiej wewnętrznej sile. Pomyślałam: „Ok, ciekawe. Z jakiegoś powodu te propozycje przychodzą właśnie teraz. Nic nie dzieje się bez przyczyny”. Uznałam, że wybiorę jeden projekt, bo przecież nie będę grała dwóch podobnych postaci.

Kiedy przeczytałam oba scenariusze, okazało się, że nie ma bardziej skrajnie różnych kobiet niż Elżbieta i Urszula, choć obie można było opisać dokładnie tymi samymi słowami. I to jest bardzo, bardzo ciekawe. Pomyślałam: „Biorę obie!”. Trudność polegała na tym, że zdjęcia do „Òpi” i „Kalafiora przeznaczenia” odbywały się w tym samym czasie. Produkcje próbowały jakoś spiąć kalendarz we wrześniu ubiegłego roku. W praktyce wyglądało to tak: dwa dni „Òpi”, trzy dni „Kalafiora…”, znowu trzy dni „Òpi”, potem dzień „Kalafiora…”. Na zmianę przechodziłam z jednej postaci w drugą. Kiedy zobaczycie na ekranie te dwie bohaterki, zrozumiecie, jakie to było wyzwanie – codziennie przeobrażać się w dwie tak różne kobiety.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Zgadzam się, że obie bohaterki łączy charyzma, bez której nie byłoby tych toksycznych relacji. Z drugiej strony, jeśli spojrzeć na spektrum toksycznych matek, są właściwie na dwóch jego krańcach. Jedna przytłacza córkę swoją nieprzewidywalnością i ekspresją, druga z kolei zamyka ją w przewidywalności, w bardzo wąskich ramach, w których Urszula pozwala funkcjonować swojej córce. Jest też komponent religijny. Wydaje mi się, że wiele osób może się w tym odnaleźć. Mamy matkę siedzącą przed telewizorem, w którym oczywiście pojawia się papież. Nic nie jest powiedziane wprost, ale wiadomo, gdzie kieruje najwięcej emocji – właśnie ku religii.

Gabriela Muskała: Dokładnie. Wyobraziłam sobie, że Urszula podkochuje się w papieżu, że jest on dla niej obiektem cichych westchnień. Religijność, krzyż i papież są dla Uli tym, czym dla Elżbiety karaoke czy kochanek. Elżbieta mówi dużo, jest głośna, kolorowa i hałaśliwa, podczas gdy Urszula pozostaje powściągliwa, niemal zmrożona. Mówi powoli, bardzo precyzyjnie dobiera słowa, porusza się po z góry wyznaczonych ścieżkach i wszystko ma pod kontrolą. Ta kontrola jest zresztą przerażająca – zarówno nad córką, jak i nad własnym życiem, które, jak się później okazuje, wcale nie jest kontrolowane przez nią, tylko pozostaje w niewoli mrocznej, rodzinnej tajemnicy, mającej z kolei swoje źródło w kaszubskich wierzeniach i legendach.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Dla mnie ciekawe jest też to, że oba filmy dotykają czegoś, co bardzo często się zdarza: własnego, matczynego niespełnienia. W „Kalafiorze przeznaczenia” to stracona szansa na występ w Opolu, w „Òpi” – odejście męża, ale też kwestia sumienia i ucieczki przed własną rodziną. Wszystko to przelewa się na córki, które właściwie nie mogą nic z tym zrobić. A do tego obie matki, mam takie poczucie, kochają swoje córki. W jednej ze scen „Òpi” mamy urodziny i prezent. Widać tam szczere, matczyne uczucie, które być może nie jest już w stanie przebić się przez tę dziedziczoną traumę.

Gabriela Muskała: Tak. Straszne jest też to, że Urszula odcięła córkę od najbliższej rodziny, aby ją chronić. Nie powiem dlaczego, tylko zaproszę do kin – premiera już w styczniu. Powiem tylko, że w mojej bohaterce ścierają się dwie, sprzeczne emocje: jedna to potrzeba, by ochronić własne dziecko, druga, to siła, która je odrzuca, z powodu tajemnicy z tym dzieckiem związanej. Nie życzę żadnej matce takich wewnętrznych walk. I żadnej córce tego, by o miłość matki musiała tak żebrać, jak Trina, fantastycznie grana przez kolejną przezdolną debiutantkę, Wiktorię Kruszczyńską.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: W przypadku obu filmów miałam też taką myśl, że są trochę o tym, jak mało córki znają swoje matki. Poznają tylko niewielki wycinek ich życia, fragment ich osobowości. Gdyby zobaczyły je w pełni, może te relacje mogłyby ułożyć się inaczej.

Gabriela Muskała: Trochę tak jest. Swoje matki często poznajemy dopiero wtedy, kiedy jesteśmy już dojrzali. Dla dziecka matka jest zamknięta w bańce bezwarunkowej miłości i przekonania, że wszystko, co złe, pochodzi od nas, a nie od niej. Póżniej przychodzi nastoletni bunt, a dopiero z czasem zaczynamy rozumieć, skąd biorą się pewne zachowania naszych matek. Możemy je dzięki temu lepiej zrozumieć, czasami usprawiedliwić, a czasami powiedzieć: „To, co we mnie jest, co mnie boli, drażni i czego się wstydzę, też pochodzi od mamy”. Może przekazała mi nieświadomie cierpienie, bo kiedyś sama została skrzywdzona. Albo zaskakuje nas samych refleksja, że to, co uważaliśmy za matczyne dobro i ciepło, było tak naprawdę naszej mamy biernością. Niesamowite jest to, że swoich rodziców poznajemy przez całe życie, a obraz, jaki mamy w głowie, nieustannie się zmienia.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Dla mnie zawsze ciekawe jest to, że ponieważ matki są z nami od zawsze, wydaje nam się, że nie mają przeszłości. Dopiero w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że było coś przed nami – coś, czego wcześniej nie widzieliśmy. I dopiero kiedy to odkrywamy, możemy naprawdę zrozumieć drugą osobę. Mówiłaś na początku, że podziwiasz odwagę młodych reżyserek. Rzeczywiście mamy tu dwa bardzo odważne filmy, ale w przypadku „Òpi” dochodzi jeszcze odwaga nakręcenia horroru w Polsce. Nie mamy wielu horrorów ani dużego doświadczenia w tym gatunku. Dlatego zapytam: jak to jest grać w horrorze? To jednak specyficzne doświadczenie. Musi być groza i napięcie, a jednocześnie trzeba je stopniować – nie można wszystkiego pokazać od razu.

Gabriela Muskała: Horroru nie można grać horrorem, tak jak komedii komedią. W komedii nie bierzemy postaci w nawias i nie puszczamy oka do widza: „Oto tutaj będę śmieszna”. W horrorze podobnie – nie gramy z intencją: „Teraz będziemy państwa straszyć”. I tu i tu wszystko co nas spotyka, choćby było nie wiem jak zabawne czy niewiarygodne, gramy absolutnie na serio, jakby to wszystko zdarzało się nam w realnym życiu. Oczywiście to, co Urszula musi zrobić w ramach kaszubskiej tradycji, które reżyserka filmu, Marta Giec, odkryła, jest straszne. Ale wynika z autentycznych wierzeń i praktyk, stosowanych ponoć jeszcze do lat 70. I to jest wielka zasługa scenariusza, który Marta napisała z Dominiką Kłoczewiak. Dziewczyny poza całą tą horrorową otoczką, po prostu przybliżyły widzom nieznane, ale jak najbardziej  prawdziwe oblicze tego pięknego, kaszubskiego regionu.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Właśnie dzięki temu napięciu między codziennością – pieczeniem ciasta na urodziny, zresztą scena z pieczeniem jest pełna napięcia, bo cały czas czekałam, co się wydarzy – a tymi strasznymi rzeczami ten film działa tak mocno. Sama przestrzeń, w której rozgrywa się akcja, jest niezwykła. Dom jest urządzony tak, jak znamy to z własnego życia: komputer, telewizor, program, który oglądamy. Wszystkie te elementy są znajome, a jednak nagle stają się przerażające. To przestrzeń rodem z horroru.

Gabriela Muskała: Marta zaryzykowała. Jako debiutantka sięgnęła po wierzenia kaszubskie – coś, co przez pokolenia było spychane w sferę tajemnicy. Może ktoś inny zastanawiałby się, czy kogokolwiek będzie to interesować, ale Marta po prostu chciała o tym opowiedzieć i opowiedziała. I w taki sposób jaki ją interesował a nie taki, jaki – po podliczeniu statystyk – byłby najbardziej opłacalny.

Podobnie z gatunkiem, jaki wybrała. W Polsce nie mamy przecież silnej tradycji horroru. Tymczasem bilety na film w Gdyni wyprzedają się w ciągu dwóch minut. Ludzie podchodzą do mnie i mówią: „Chcę zobaczyć »Òpi«, ale nie mam już biletu – ani na dziś, ani na jutro”. To pokazuje, że dobre kino zawsze znajdzie odbiorcę, również horror. Zwłaszcza taki, którego podstawą jest rodzinny i psychologiczny dramat. 

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Też mam taką nadzieję. Wydaje mi się, że widzowie czekali na polski horror, który rzeczywiście straszy, ale jednocześnie wpisuje się w nową falę gatunku – mocno osadzoną w problemach społecznych i rodzinnych. W ostatnich latach mieliśmy kilka produkcji, które odniosły duży sukces właśnie z tego powodu.

W pierwszych, dodajmy, głównie pozytywnych opiniach o „Òpi” pojawia się też określenie „horror feministyczny”. Rzeczywiście jest to horror bez mężczyzn – rozgrywa się między kobietami i wynika między innymi z relacji rodzinnych. Mamy matkę i córkę, babcię, czyli kolejne pokolenie matek, a także siostry i odpowiedzialność, jaka istnieje między nimi.

Gabriela Muskała: Wspaniałym pomysłem scenarzystek było stworzenie filmu, który jest w istocie kinem kobiecym i to jest jego ogromną siłą. Opowieść o trzech pokoleniach kobiet i o tym, co każde z nich przekazuje kolejnemu, z czym wszystkie muszą się mierzyć, jest niezwykle ciekawa. 

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Dla mnie ciekawe jest to, że pojawiają się tu elementy horroru, ale zupełnie nieparanormalnego. Chociażby kwestia opieki: kto zostanie w domu, kto będzie zajmował się chorą matką. Każda decyzja w jakiś sposób zmienia nasze życie. Zostajemy – i nagle okazuje się, że właściwie przestajemy je mieć, bo cała opieka pochłania wszystko. Wyjeżdżamy – pojawiają się wyrzuty sumienia, bo tracimy tę relację. Pomyślałam więc, że to jest taki horror, który w polskich rodzinach właściwie rozgrywa się codziennie.

Gabriela Muskała: Tak, codziennie. O „Kalafiorze przeznaczenia” przeczytałam niedawno opinię, że to „obrazek z co drugiego polskiego domu”. Myślę, że „Òpi” też jest takim obrazkiem. I to jest jednocześnie smutne i dające do myślenia, bo ta sztafeta pokoleń, traumy, które sobie nawzajem przekazujemy, i okrucieństwo wobec najbliższych, których przecież kochamy, są obezwładniające. Zamiast dawać sobie miłość i radość, widzieć świat pięknym, wybieramy konflikty, napięcia i manipulacje. I niestety potrzebujemy do tego kogoś, kto stanie się naszą ofiarą.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Dobrym prognostykiem na przyszłość jest chyba to, że młode twórczynie chcą o tym opowiadać i wyciągać te tematy na światło dzienne. Widać, że zmieniają się pokolenia. To już nie jest: „Dobrze, nikomu o tym nie powiemy, będziemy dusić emocje w sobie”. To córki, które się wyemancypowały i chcą o tym wszystkim powiedzieć światu.

Gabriela Muskała: Dokładnie. I to jest też optymistyczny punkt obu tych filmów, bo jednak oba w jakimś sensie kończą się pozytywnie. To wyzwolenie obu młodych bohaterek… W każdym takim ciągu pokoleniowych zachowań, przekazywanych z babci na matkę, z matki na córkę i tak dalej, co jakiś czas pojawia się jedna osoba, która to przerywa, która przecina tę negatywną tradycję. I robi rewolucję w rodzinie. Mówi: „Fuck it!. Nie przekażesz mi tego. Odcinam się, nie chcę. Koniec. Nie!”.

Oczywiście boli rodziców to „Nie”. Oni myślą: „Dlaczego? Przecież ja nie powiedziałam »nie« i moja matka też nie powiedziała »nie«”. Dla bliskich tu i teraz jest to straszne, niezrozumiałe, ale w efekcie bardzo oczyszczające i niesamowicie potrzebne. Do tego potrzeba jednak wielkiej odwagi i siły, bo takie zwycięstwo, to dobro, które robi się w ten sposób całej rodzinie, często jest okupione własną samotnością i zerwaniem potrzebnych przecież każdemu, rodzinnych więzi. No ale tu pojawia się pytanie: co jest ważniejsze – te chore więzy, czy wolność, którą przekażę swoim dzieciom?

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Tak, to jest ten paradoks wzrostu przez rozpad. Coś musi się rozpaść, żeby mogło wyrosnąć z tego coś nowego. Dla mnie ważne jest też to, że oba te filmy są gatunkowe. Nie są po prostu kinem obyczajowym, jak zwykle je rozumiemy. Dzięki temu mogą przyciągnąć do kin ludzi, którzy prawdopodobnie nie poszliby na te historie, gdyby „Òpi” nie było horrorem, a „Kalafior przeznaczenia” nie miał takiego tytułu. Będą mogli skonfrontować się z sytuacjami trochę rodem z kina obyczajowego, ale takiego dobrego – takiego, które dotyka nas tam, gdzie boli. Bardzo ci dziękuję za rozmowę.

Gabriela Muskała: Ja również dziękuję.

Fot. Bartosz Maciejewski

Reklama